Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Konrad Hennig  3 października 2014

Hennig: Samorząd do wymiany

Konrad Hennig  3 października 2014
przeczytanie zajmie 3 min
Hennig: Samorząd do wymiany flickr.com

Ustawa z 8 marca 1990 roku wprowadzająca samorząd gminny stanowiła milowy krok w procesie transformacji ustrojowej PRL. Przełamywała monopol polityczny partii komunistycznej, sankcjonując pierwsze demokratyczne wybory zarządzone na 27 maja 1990 roku. Samorządy przejęły istotny fragment jednolitej dotychczas władzy państwowej, zasób kadrowy administracji terenowej, majątek publiczny w postaci nieruchomości i przedsiębiorstw oraz otrzymały możliwość prowadzenia wydzielonej gospodarki budżetowej.

Proces tworzenia ustroju samorządu terytorialnego poddany był niestety tym samym ograniczeniom, jakim podlegały pozostałe tworzące się sektory postkomunistycznego państwa (rozgłośnie radiowe, stacje telewizyjne, banki, partie polityczne, duże przedsiębiorstwa itd.). Elity okrągłostołowej opozycji odrzuciły model transformacji oparty na gruntownej dekomunizacji prowadzącej do odrzucenia porządku prawno-ustrojowego PRL. Zainicjowane procesy ograniczały się do wyrywkowej weryfikacji i częściowych, zwykle tylko symbolicznych reform i zmian szyldów najważniejszych instytucji państwa.

Jeśli uznać PRL za państwo totalitarne (a takie moim zdaniem było) powołanie gmin, Senatu i Trybunału Konstytucyjnego, a zniesienie Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk nie wprowadziło w Polsce zasad demokracji. Zmieniło jedynie jej model z ludowej na postkomunistyczną.

Wprowadzenie samorządu w III RP nie stanowiło tym samym symbolicznego ani faktycznego momentu ufundowania polskiego społeczeństwa obywatelskiego. Zostało przeprowadzone odgórnie, nie zapewniając Polakom możliwości „spotkania i dyskusji” w celu ukonstytuowania lokalnej, oddolnej wspólnoty. Członkami gminy jej mieszkańcy stali się z mocy prawa. Pominięto tym samym dwa kluczowe momenty upolitycznienia Polaków – spotkania i rozmowy. Samorząd nie stał się instytucją oddolną, lecz zdecentralizowaną formą administracji publicznej z własnym mechanizmem wyborczym, którego logika wykazała wkrótce patologię zastosowanych mechanizmów.

Idea samorządności opiera się w teorii na przekazaniu wspólnotom zarządzania własnymi sprawami. Na przełomie lat 80 i 90tych w momencie ograniczania sfery ingerencji państwa można było z powodzeniem zainicjować taki proces. Określić sfery, z jakich państwo wycofuje się, przekazując wspólnotom lokalnym decyzję czy chcą i, przede wszystkim, w jaki sposób wypełnią powstałą przestrzeń. Należało wówczas dopuścić wolność decyzji, pozostawiając te obszary w gestii samych obywateli. Dając jednocześnie samorządom podstawowe instrumentarium samodzielnego implementowania podjętych decyzji, a więc własny system poboru podatków (samorządowe urzędy skarbowe), sadownictwa (wybierani przez mieszkańców sędziowie i prokuratorzy) czy porządku publicznego (samorządowa policja i straż pożarna).

Nie ma potrzeby przesądzać dzisiaj czy zadania określone przez ustawę z 8 marca, jako zlecone (edukacja, ochrona zdrowia, polityka społeczna) należało wówczas przekazać do wyłącznej dyspozycji samorządu czy pozostawić pod kontrolą państwa.

Bez względu na to, za jakimi wyborami opowiedzielibyśmy się dzisiaj, musimy pamiętać, że u progu transformacji nie zaufano Polakom na tyle, aby pozostawić jakąkolwiek sferę życia publicznego ich oddolnej inicjatywie i zaangażowaniu.

Kształt systemu określono z góry, po czym krępowano go kolejnymi ustawami i rozporządzeniami. Nie pozwolono nam popełniać błędów, uniemożliwiając tym samym rozpoczęcie nauki samodzielnego rządzenia: samo-rządności.

Oprócz braku zaufania nie miano również odwagi, aby wprowadzić faktyczną decentralizację, która z konieczności pociąga za sobą zróżnicowanie, a wiec odejście od spójności i jednolitości systemu.

Jeśli zdecydowalibyśmy się – a wciąż taką decyzję możemy podjąć – na rzeczywistą realizację zasady pomocniczości, czyli przekazanie władztwa wspólnotom lokalnym, musimy pożegnać się ze światem wystandaryzowanych i nadzorowanych z góry usług publicznych, gdzie wszystkie dzieci idą do szkoły w tym samym wieku, uczą się tego samego i w ten sam sposób oraz zdają te same egzaminy.

W debacie podsumowującej XX lat polskiego samorządu prof. Jerzy Regulski, współtwórca ustawy i pełnomocnik rządu ds. Reformy Samorządu Terytorialnego postulował dookreślenie miejsca i roli samorządu terytorialnego w strukturach państwa. Dla obecnego centralistycznego systemu (państwa jako „generalnego zarządcy całości spraw w swoim obszarze”) zaproponował jako alternatywę państwo obywatelskie, które robi to, czego chcą jego obywatele (sugerując tym samym jak daleko naszej trzeciej rzeczypospolitej do demokracji). Diabeł jednak jak zwykle tkwi w szczegółach, a więc w procedurach podejmowania decyzji przez obywateli.

Możliwa jest inna alternatywa, wypełniająca najgłębszą ideę samorządności, a więc państwo, pozostawiające swoim obywatelom swobodę indywidualnych decyzji w sprawach ich dotyczących (wyższość umów prywatnych nad stanowionym prawem) oraz decyzji zbiorowych w ramach wspólnot lokalnych, religijnych i branżowych.

Wyobraźmy sobie państwo bez Kodeksu Pracy, instytucji ślubów cywilnych czy regulowanych zawodów. Dzisiaj samorządy lokalne mają taką samą swobodę określania swojego ustroju jak strony umowy o pracę związane ścisłymi regulacjami Kodeksu Pracy.

Przyjęcie wolnościowego paradygmatu Polski samorządnych obywateli wymaga większej rewolucji, niż zmiana tych czy innych procedur. Czy przy kolejnym bankructwie systemu wystarczy nam do tego odwagi?