Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Kaszczyszyn  1 października 2014

Nie tak miało być

Piotr Kaszczyszyn  1 października 2014
przeczytanie zajmie 7 min
Nie tak miało być Miasto 44/Facebook.com

Jan Komasa skapitulował. Zamiast dojrzałej opowieści o cenie, jaką przyszło zapłacić za życie według wartości, dostaliśmy makabryczną widokówkę z powstańczej Warszawy. Stawianie pytań, szukanie odpowiedzi, mozolne budowanie sensu z otaczającej nas przestrzeni – to właśnie stanowi o naszym człowieczeństwie i tworzy kulturę. „Miasto 44” to czysta biologia. Stos ciał i kamieni zmiksowany z elektroniczną muzyką i estetyką rodem z komputerowych strzelanek.

Film o ciele i kamieniu

Jacek Bartyzel w eseju „Prolegomena do tez ideowych”, szkicującym misję, jaką według autora po odzyskaniu przez nasz kraj niepodległości powinien pełnić Ruch Młodej Polski, napisał: (…) już teraz wydaje się jednak paląco potrzebne wskazanie, że moralnym obowiązkiem naszego ruchu jako jednego z niewielu dziś w Polsce ideotwórczego ośrodka myśli – w niepartykularnym tego słowa sensie – narodowej, jest synteza przesłania filozoficznego i politycznego dwóch wielkich kreacji historycznych myśli narodowej: romantyczno- mesjanistycznej, pojmującej naród jako wspólnotę duchową i „myśl Bożą w dziejach”, ze szkołą Dmowskiego, stojącą na twardym gruncie interesu narodowego – a w ten sposób przywrócenie równowagi między narodowym logos i bios.

Bios – czyste życie biologiczne. Kategoria kluczowa w odczytaniu najnowszego dzieła Jana Komasy. W tym ujęciu „Miasto 44” jest bowiem filmem o ciele i kamieniu.

Ciele, które na przestrzeni czasu przechodzi stopniową metamorfozę: od erotycznego, przez tymotyczne po tanatyczne.

Bohaterem drugoplanowym jest kamień budujący ulice, sklepy i domy wojennej stolicy, z upływem kolejnych minut seansu przechodzący przez podobny proces rozpadu, co ciała mieszkańców powstańczej Warszawy.

Scena pierwsza: umięśnione ciała młodych bohaterów zamknięte w uniformach robotniczych w czasie pracy w zakładzie samochodowym. Scena druga: piękne torsy, nogi i plecy skąpane w słońcu na jednej z nadwiślańskich plaż. Finał: w końcu pozbywamy się całości ubrań. Scena przypadkowego spotkania głównego bohatera Stefana (całkiem nagi) z Alą (całkiem naga) w saunie, od której zacznie się ich późniejszy wojenny romans.

Wraz z godziną W i wybuchem powstańczych walk przechodzimy od ciała erotycznego do tymotycznego. Tak pisał o nim w recenzji „Pancernika Potiomkina” Jakub Majmurek: Otwiera go ujęcie półnagich ciał marynarzy leżących na hamakach, sennych, pojedynczych, zapatrzonych w siebie, erotycznych raczej niż politycznych ciał. W wyniku agitacji Wakulińczuka i afery z zepsutym mięsem ciała marynarzy nagle tężeją, mobilizują się, stają się w jednej chwili skupieniem woli mocy. W ten sposób otrzymujemy ciało jako wyraz fizycznej woli, narzędzie realizacji konkretnych celów przy użyciu tężyzny i przemocy. Nie inaczej jest w „Mieście 44”, kiedy rozpoczynają się krwawe starcia z Niemcami i młodzi bohaterowie muszą odłożyć amory na później, zaprzęgając swoje piękne ciała do walki z okupantem.

Bardzo szybko ich piękność musi ustąpić szpetocie śmierci. Powstańcy zaczynają ponosić druzgocące klęski, a wraz z nimi ciało tymotyczne ulega metamorfozie, przekształcając się w tanatyczne. W tym ujęciu człowiek, zredukowany do czysto biologicznego i materialnego wymiaru, nie ma już przed sobą innej drogi niż objęcia boga śmierci Tanatosa. Jak słusznie zauważył Piotr Skwieciński, w tej makabrycznej „kreatywności” i hiperrealizmie w przedstawianiu śmierci „Miasto 44” zaczyna przypominać serię XIX-wiecznych rycin „Okropieństwa wojny” autorstwa Goi.

Ciała zabitych przez pociski pistoletów ręcznych, karabinów, moździerzy, czołgów; ciała zmasakrowane przez odłamki i kamienne bryły walących się budynków, ciała przysypane, ukryte w labiryncie gruzów powstańczej Warszawy; wreszcie ciała zdeformowane, kalekie, nieprzerwanie krwawiące i pozbawione kończyn, umieszczone w przestrzeni prowizorycznych szpitali w piwnicach stolicy. Prawdziwą kulminacją tego korowodu śmierci była oczywiście słynna już scena wybuchu czołgu-pułapki, połączona z deszczem krwi i krwawych ludzkich szczątków.

W tej surowej biologiczności i bolesnym hiperrealizmie Jan Komasa zbliżył się niepokojąco do makabrycznej estetyzacji, w czym pomogły mu znakomita scenografia oraz efekty specjalne.

Jednocześnie w seansie towarzyszą nam formalne udziwnienia zastosowane przez reżysera: pocałunek bohaterów w slow motion, „Dziwny jest ten świat” Niemena opisujący masakrę na cmentarzu, wreszcie dubstep podłożony pod scenę seksu Stefana i Kamy (sic!). Szkoda tylko, że to popkulturowe (czy wręcz postmodernistyczne) łamanie decorum jest przede wszystkim sztuką dla sztuki. W pewnym momencie „Miasto 44” zaczęło mi przypominać ultrahipsterski film Xaviera Dolana „Wyśnione miłości”. Dzieło kanadyjskiego reżysera to prawdziwa wizualna i estetyczna perełka, ale broni się dużo gorzej, kiedy po seansie zastanowimy się, co ten piękny i pełen emocji obraz ma nam do powiedzenia (a jest tego niestety bardzo niewiele). Podobnie jest w przypadku „Miasta 44”.

W poszukiwaniu sensu

Na rogu Koszykowej i Śniadeckich zamknięte w skrzynkach bezładnie miotały się raki. Jarosław Marek Rymkiewicz znał ten widok bardzo dobrze, bo skrzynki z rakami znajdowały się niedaleko miejsca, gdzie w dzieciństwie mieszkał. W „Kinderszenen” tak pisał o tych zwierzętach: Powodem, dla którego nie jadłem raków, było prawdopodobnie przekonanie, że są one bardzo głęboko – głębiej niż jakiekolwiek inne sąsiadujące z nami stwory – zanurzone w kosmicznej ciemności. (…) Raki mieszkają w szarym mule jezior i wobec tego są stworami zarazem podwodnymi i poddennymi, zostały umieszczone głębiej niż jakieś inne wcielenia – i jeśli tam, w kosmicznej ciemności istnieje jakaś hierarchia, to w tej hierarchii znajdują się one na bardzo niskim szczeblu. Raki – symbol bezsensu, chaosu i ciemności. W „Kinderszenen”, budując swoją wizję Powstania i jego miejsca w polskiej historii, Rymkiewicz rozpoczął wędrówkę w poszukiwaniu sensu właśnie od raków, umieszczając ostatecznie polskość obok platońskich idei Dobra, Piękna i Prawdy, a Powstanie określając najważniejszym wydarzeniem w naszej historii, prawdziwą kulminacją naszego losu i sposobu istnienia.

Przywołuję ten obraz, gdyż cała nasza debata o sensowności/bezsensowności Powstania rozgrywa się na płaszczyźnie pomiędzy rakami na rogu Koszykowej i Śniadeckich a światem platońskich idei.

W tej dyskusji większość prawicy zbliża się do Platona, a większości lewicy bliżej do skrzynek z rakami. Tymczasem w „Mieście 44” Komasa okazuje się bardziej radykalny od obu stron debaty, cofając się jeszcze głębiej, nawet poza bezwładnie miotające się skorupiaki zamknięte w drewnianych skrzynkach.

W tej podróży mijamy niejednoznaczne związki śmierci, nieśmiertelności oraz polityki, doskonale opisane w eseju Marka Cichockiego „Śmierć i polityka”; mijamy Antygonę walczącą o pochówek swojego brata; mijamy nawet płonące na stosie ciało Patrokla z „Iliady” Homera. Zbliżamy się za to niebezpiecznie do granicy dzielącej kulturę i naturę, pozostawiając za sobą kategorię sensu i bezsensu. Bo miejsce śmierci w porządku natury, funkcjonującej w odmiennej logice od świata ludzi, jest asensowne. Jak w recenzji książki Bernda Heinricha „Wieczne życie. O zwierzęcej formie śmierci” pisał Tomasz Stawiszyński: W tym precyzyjnym mechanizmie śmierć nie jest – jak wyobrażali to sobie niektórzy co bardziej oddaleni od właściwych korzeni istnienia intelektualiści – skandalem czy przynajmniej osobliwą egzystencjalną szczeliną. Przeciwnie – spełnia w nim doskonale zaprogramowane zadanie, stając się przede wszystkim źródłem pokarmu, a zatem energii niezbędnej, aby proces ewolucji mógł trwać, dążąc do nieskończonej doskonałości czy raczej do nieskończenie doskonałej adaptacji.

Logos i bios

A może taka brutalność, bezkompromisowość oraz bezpośredniość w okazywaniu cierpienia i śmierci powstańczej Warszawy była czymś w naszej debacie potrzebnym? Jakub Majmurek na łamach „Dziennika Opinii” pisał: Bałem się tego filmu. Bałem się, że będzie gloryfikował powstanie, wzmacniał jego szkodliwy mit, że za Rymkiewiczem głosił będzie chwałę sierpniowej masakry jako momentu założycielskiego współczesnej Polski. […] To tyleż film o powstaniu, co o współczesnej pamięci powstania i przemyśle kulturowym, jaki je otacza, tanatyczno-hipsterskim Warsaw Uprising Chic.

Sam z Majmurkiem zasadniczo się nie zgadzam. Właściwsze wydaje mi się poszukanie, podążając tropem Jacka Bartyzela, pewnej harmonii między powstańczym (i polskim) logosem i biosem. Tymczasem w „Mieście 44” sfera biologiczna, zbyt często niebezpiecznie zbliżająca się do asensownej przestrzeni natury, zasadniczo dominuje nad sferą Logosu. A ten drugo- czy wręcz trzecioplanowy Logos budzi jednocześnie duże wątpliwości swoją powierzchownością.

Niepoważna, „jajcarska” wręcz, traktowana niczym staroświecka formułka, nie odsyłająca do żadnego porządku wartości, jest scena przysięgi wierności Rzeczpospolitej, jaką na początku filmu składa Stefan.

Powierzchowna w swojej treści jest także próba oddania motywacji walczących za pomocą opowieści Ali skierowanej do małych dzieci. Okupacja i Powstanie sprowadzone do sprzeciwu wobec Niemców, którzy zabronili grupie przyjaciół wspólnej zabawy, sprawia wrażenie raczej ucieczki niż poważnego zmierzenia się z wartościami stojącymi za decyzjami pokolenia Kolumbów.

Tymczasem zagraniczne i polskie kino dostarcza nam przykładów umiejętnego i poruszającego łączenia sfer Logosu i biosu.

W fantastycznym „Głodzie” Steve’a McQueena otrzymujemy dojrzałe i przejmujące ukazanie wierności własnym wartościom oraz zasadom, za które głównemu bohaterowi przyszło zapłacić śmiercią, niemającą nic wspólnego ze wzniosłością i patosem. W znakomitym „Kanale” Andrzeja Wajdy dostaliśmy połączenie historiozoficznej refleksji nad polskim losem z filozofią egzystencjalną, popularną wówczas na Zachodzie i w Polsce. A to wszystko w przestrzeni swoistego narodowego Szeolu, jakim stały się tytułowe kanały, pochłaniającego bezlitośnie dusze i ciała kolejnych powstańców. Wreszcie jest ironiczna i niezwykle potrzebna, bo chroniąca nasze narodowe mity oraz wartości od przemiany w infantylny, pompatyczny pomnik, „Eroica” Andrzeja Munka.

Mix 44

Tymczasem w filmie Jana Komasy otrzymujemy rozczarowujący miszmasz. Głos Marka Kondrata zapraszający nas w imieniu banku na seans, muzykę Skrillexa, efekty slow motion, kiczowate sekwencje przejścia przez kanały, asensowną biologiczną śmierć, stosy trupów i gruzy zburzonej stolicy; wreszcie papierowych bohaterów, o których wartościach, motywacjach, marzeniach i poglądach, pomimo zapowiedzi reżysera, nie dowiadujemy się niczego.

„Miasto 44” – film na 70-lecie wydarzenia budującego, amputowaną przez PRL, tożsamość współczesnej Polski. Nie tak miało być.