Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Grzegorz Oleksy  21 sierpnia 2014

Oleksy: Idee i karabiny

Grzegorz Oleksy  21 sierpnia 2014
przeczytanie zajmie 3 min
Oleksy: Idee i karabiny niezlomni.com

Dzięki aktywnej uprzejmości Władimira Władimirowicza, historia imperializmu i polityki faktów dokonanych powraca do łask. Traktowana ostatnimi laty na równi z bajaniami o żelaznym wilku, stała się nagle studnią wiedzy, w której lustrze co rusz przegląda się współczesność. Z tej perspektywy dziewięćdziesiąta czwarta rocznica zwycięstwa nad armią bolszewickich wyzwolicieli nabiera zupełnie innego wymiaru. W efekcie jedna z najpiękniejszych kart, jaką nasza wspólnota zapisała w przeciągu ostatnich stu lat, może być przeczytana, przeżyta i zrozumiana na nowo.

Kamień znad Wieprza

W połowie sierpnia 1920 roku swąd zapowiadanego przez Lenina rewolucyjnego pożaru czuć było nie tylko w Warszawie, ale również w stolicach kapitalistycznego Zachodu. Fale bolszewickiej nawałnicy dobijały już do brzegów Wisły, a ostateczna klęska naszego wojska wydawała się kwestią nie tyle dni, co godzin. Rosjanie, kroczący od zwycięstwa do zwycięstwa w trwającej od początku lipca kampanii, posiadali inicjatywę operacyjną i przewagę militarną. Polacy wycofali się za ostatnią linię obrony, jaką stanowiła Wisła, za którą stały już tylko niewola i śmierć. Los wydawał się więc przesądzony.

W tym dramatycznym położeniu nasi pradziadkowie nie stracili jednak głowy; przeciwnie – jak mawia klasyk – wraz ze swym młodziutkim państwem „zdali egzamin”. Niezależnie od absurdalnej moskiewskiej propagandy, niewiary Paryża, niechęci Londynu, sabotażu Pragi i szczerych życzeń szybkiego zgonu przesyłanych z Berlina, stolica Polski pozostała wolna. Poprowadzona z iście ułańską fantazją bitwa warszawska doprowadziła w przeciągu kilku dni do uszczuplenia sił ofensywnych wroga o dwie trzecie (!), rozstrzygając przy okazji losy tej części Europy na najbliższą dekadę. Powodzenie kontrofensywy znad Wieprza przerosło oczekiwania największych optymistów, stając się kamieniem węgielnym polskiej podmiotowości w XX wieku i jej wiary we własne siły.

Wypada w tym miejscu zapytać: jakim cudem naród, który przez ponad sto dziesięć lat nie potrafił zorganizować porządnego powstania, w rok po cokolwiek przypadkowym odzyskaniu niepodległości wystawia armię wygrywającą wojnę z Rosją w stylu, którego nie powstydziłby się sam Napoleon?

Głód wspólnoty

Odpowiedzi, poza batalistycznymi zdolnościami dowództwa, szukać należy daleko poza polem bitwy. Jest nią bowiem wielka potrzeba przynależności do wspólnoty, której Polacy pragnęli bardziej niż kania dżdżu.

Swoisty głód własnego państwa, rozbudzany systematycznie przez cały okres zaborów, osiągnął kulminację w trakcie I wojny światowej.

Dla nas, wychowanych w Polsce, która wraz ze swymi niedomaganiami wielu spowszedniała i zbrzydła, potrzeba państwa polskiego brzmi jak niezrozumiały, pusty frazes. Wówczas jednak perspektywa była zgoła odmienna.

Sto dwadzieścia lat upokorzeń, dyskryminacji, konfiskat, gwałtów, przegranych powstań i służby w obcych armiach robiły swoje. Branki do wojsk walczących o cudzą sprawę, ustawiczne bicie dzieci w ruskich i pruskich szkołach za używanie jedynego języka, jaki znały, niższe płace, gorsze warunki pracy, kiepskie perspektywy awansu oraz szereg innych elementów składających się na szarą codzienność polskojęzycznych mieszkańców Pomorza, Górnego Śląska, Mazowsza czy Małopolski utwierdzały  przekonanie, że lepiej może być tylko u siebie.

Odzyskując niepodległość po przeszło wieku doświadczeń w innych organizmach państwowych, Polacy doskonale rozumieli, że żadna obca władza nie zatroszczy się o ich indywidualny los. Ten obowiązek dźwigać mogło jedynie państwo polskie, które do sprawnego działania potrzebowało troski swoich obywateli. Lepsza przyszłość dla dzieci i wnuków ówczesnych mieszkańców Łodzi i Poznania miała szanse zaistnienia nie w Austrii, Niemczech czy Rosji, ale w Polsce. Dodatkowo wyzwania, jakie inne narody stawiały przed Polakami na początku XX wieku, można było podjąć jedynie działając razem; jak mawia się po 1980 r. – solidarnie.

Siła w narodzie

Odtwarzając w 1918 r. wspólnotę państwową, nasi przodkowie wnosili różne przyzwyczajenia, przekonania, systemy prawne, a nawet odmienne rozstawy torów, mając jednocześnie jeden wspólny cel – stworzyć na nowo Polskę, która będzie dla nich lepszym lub gorszym, ale własnym domem. Ten świeży, narodowy, niepodległy interes wart był każdej ceny. Odzyskana państwowość wypełniona po brzegi pokładanymi w niej nadziejami stała się wartością nie do przebicia.

Z tego względu naród zorganizowany w państwo z ledwie rocznym stażem był w stanie wystawić armię, która niejednokrotnie na bosaka, w łachmanach i o głodzie dała radę przeciwstawić się imperialistycznym zapędom moskiewskich internacjonałów. O wielkiej pracy, jaką wówczas wykonali nasi przodkowie, warto więc pamiętać, gdyż jest ona przejrzystym dowodem na drzemiące w naszym narodzie siły. Dobrze wiedział o tym Piłsudski, który w rozkazie zawiadamiającym o zawieszeniu broni dziękował żołnierzom słowami:

„Żołnierze, zrobiliście Polskę mocną, pewną siebie i swobodną. Możecie być dumni i zadowoleni ze spełnionego swego obowiązku. Kraj, co w dwa lata potrafił wytworzyć takiego żołnierza, jakim Wy jesteście, może spokojnie patrzeć w przyszłość.

Dziękuję Wam raz jeszcze.”

Dziękujemy i my.