Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Niemcy uważają się za pierwsze ofiary Hitlera [ROZMOWA]

przeczytanie zajmie 8 min
Niemcy uważają się za pierwsze ofiary Hitlera [ROZMOWA] WWIIHITLERTHIRDREICHHISTORY/flickr.com

Historia dla historyków, ale racja musi być po naszej stronie- tak można podsumować niemiecką politykę historyczną w kontekście II wojny światowej. U naszego zachodniego sąsiada rządzą dwie opowieści. Dyskurs „ofiary” przedstawia Niemców jako pierwszych pokrzywdzonych przez Hitlera i nazistów. Dyskurs „odciążenia” zakłada wzięcie odpowiedzialności za rozpętanie wojny i jej tragiczny przebieg, jednak ze znaczącym „ale”. Niemcy może i zaczęli, ale pozostali im w trakcie wojny wtórowali. Bez kolaboracji innych narodów wymordowanie Żydów nie byłoby możliwe. O tym czy Niemiec i nazista to jedna osoba, jakie święto narodowe jest dla współczesnych Niemców najważniejsze i czy młodzi Niemcy wiedzą czym był obóz zagłady Auschwitz-Birkenau z ekspertem od polityki historycznej Niemiec Ośrodka Studiów Wschodnich, Arturem Ciechanowiczem rozmawia Mateusz Perowicz.

1 września 1939 roku na polskiej lekcji historii to data wiadoma i oczywista. A jak to wygląda w niemieckiej szkole? Niemieccy uczniowie też uczą się o pancerniku Szlezwik-Holsztyn i bombardowaniu Wielunia?

Trudno odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie, bo specyfiką niemieckiego systemu nauczania jest jego geograficzna decentralizacja. Każdy land ma w konsekwencji własny podręcznik historii. Przypuszczam więc, że dzieci w Bawarii mogą słyszeć trochę inne rzeczy niż ich rówieśnicy z Dolnej Saksonii.

Zakładam jednak, że pewien wspólny mianownik dla całego kraju istnieje.

W polityce historycznej Niemiec dotyczącej II wojny światowej za ś.p. prof. Zbigniewem Mazurem z Instytutu Zachodniego możemy wskazać dwie podstawowe narracje: dyskurs ofiar i dyskurs odciążenia.

Dyskurs odciążenia to w pierwszej kolejności przyznanie się do winy oraz wzięcie odpowiedzialności za rozpętanie wojny i jej tragiczny przebieg. W tym miejsca pojawia się jednak znaczące „ale”. Odciążenie polega na stwierdzeniu, że inni również ponoszą część winy. Niemcy może i zaczęli, ale pozostali im w trakcie wojny wtórowali. W tym dyskursie znajdziemy więc przede wszystkim przekonanie, że wymordowanie europejskich Żydów  nie byłoby możliwe, gdyby nie kolaboracja innych narodów. Tym samym wciąga się je do „wspólnoty sprawców”, a z siebie ściąga odium wyjątkowości z powodu popełnionych zbrodni.

Dyskurs ofiar przedstawia za to Niemców jako pierwsze ofiary Hitlera i nazistów, szaleńców, którzy przejęli władzę, doprowadzili do wybuchu wojny i są odpowiedzialni za cały ten ogrom nieludzkich zbrodni z lat 1939-1945. Niemcy w tej narracji idą jednak dalej, mówiąc, że sami też byli ofiarami aliantów, np. w trakcie nalotów na Drezno. W tej opowieści „martyrologicznej” sięgają aż po rok 1989, przedstawiając się jako ofiary podziału Niemiec z czasów zimnej wojny.

Nazista i Niemiec w debacie publicznej u naszych zachodnich sąsiadów to jedna i ta sama osoba? W Polsce oskarżenia, że Niemcy próbują „schować” własne winy za abstrakcyjną figurą pozanarodowych „nazistów” wracają regularnie.

Jest to jeden z przykładów polityki historycznej w bardzo konkretnym wymiarze – próby wpływania na sferę semantyczną. Nie ma żadnych wątpliwości, że jest to świadome działanie wynikające z dbałości o – dosłownie – dobre imię swojego narodu.  

Z potencjalną figurą nazistów jest jeszcze jeden problem. Przecież NSDAP doszło do władzy w wyniku demokratycznych wyborów. Naziści nie wzięli się z księżyca, głosowały na nich miliony Niemców.

Niemcy są mistrzami nieoczywistych analogii. Dzisiaj niemieckie media potrafią porównywać ostatnie sukcesy polityczne „Alternatywy dla Niemiec” właśnie z dojściem Hitlera do władzy. W ten sposób starają się bić na alarm, wskazując, że przecież NSDAP też zaczynała od demokratycznych wyborów. W dzisiejszych czasach argument z „demokratyczności” Hitlera jest wykorzystywany jako pałka na wszelkiego rodzaju polityczne radykalizmy.

A neonaziści z dawnego NRD? W Internecie można znaleźć zdjęcia z ich marszy organizowanych ulicami niemieckich miast.

Jest to raczej zjawisko marginalne. Wydaje się, że neonaziści w ogóle, jako subkultura, to przeżytek. Ich partia, NPD, jest na dobrej drodze do zniknięcia. Ale przyroda nie znosi próżni. Na miejsce neonazistów pojawiają się inne np. ruch identytarny czy PEGIDA, które dystansują się od rasizmu, podkreślając kulturowe różnice tożsamości. Organizacje te skupiają głównie wyborców AfD.    

Alternatywa dla Niemiec stara się już budować własną narrację historyczną?

Jak najbardziej. Sam fakt zdobycia miejsc w Bundestagu pozwala im docierać ze swoim rewizjonistycznym przekazem do milionów Niemców. To już nie jest spotkanie na kilkadziesiąt osób w mniej lub bardziej peryferyjnym domu kultury, lecz główne wydania wiadomości w największych stacjach telewizyjnych, czy programy publicystyczne w najlepszym czasie antenowym.

W praktyce AfD głównie  radykalizuje narrację o Niemcach-ofiarach i dyskurs odciążenia. Stąd choćby głosy, które apelują o docenienie bohaterstwa niemieckich żołnierzy w trakcie II wojny światowej. Alternatywa korzysta także obficie z narracji wprowadzonej  na polityczne salony w latach 2000. przez Erikę Steinbach i jej Związek Wypędzonych, która próbuje budować wizję Niemców jako jednej z największych, jeśli nie drugiej największej po Żydach, ofierze II wojny światowej. Dodajmy, narracji, które znajdowały poparcie w niemieckim mainstreamie politycznym. W tym miejscu warto przypomnieć choćby oficjalną deklarację Bundestagu z 2011 roku, która mówiła wprost, że jej celem jest znalezienie sposobu na to, by „było możliwe mówienie o Holocauście i wypędzeniach jako dwóch zbrodniach II wojny światowej  bez narażania się na zarzut rewizjonizmu”.

W ostatnim czasie opublikowano wyniki badań zleconych przez Fundację Körbera z Hamburga, które wykazały, że aż 41% niemieckich uczniów powyżej 14 roku życia nic nie wiedziało na temat obozu zagłady Auschwitz-Birkenau! Czy to konsekwencja celowego przemilczania niemieckich zbrodni w programach nauczania, czy możemy to zrzucić na karb młodzieży, której historia najczęściej nie interesuje?

Z tego samego badania wynika, że 44% badanych z tej grupy wiekowej nie interesuje się historią. Natomiast wśród uczniów, którzy skończyli 17 lat, bądź  starszych 71% wie co symbolizuje nazwa Auschwitz-Birkenau. Nie wyciągałbym więc z tego sondażu wniosku, że ktoś celowo ukrywa przed Niemcami ciemne karty ich historii. Zjawisko masowego „przemilczania”- rzeczywiście  rozpowszechnione przez lata w „starej” RFN- należy do przeszłości. Od tego czasu niemieckie „sprawstwo” było już przedmiotem ostrych debat historyków i publicystów.

W Niemczech nie ma jednego „centrum sterowania  polityką historyczną”, jednego demonicznego „masterplanu”. Jedne grupy nacisku, stowarzyszenia są bardziej zainteresowane pamięcią o Holocauście, inne głównie „bezkrwawą rewolucją” w NRD, jeszcze inne upamiętnianiem tzw. wypędzonych, czy bitwą w Lesie Teutoburskim.

W konsekwencji buduje to obraz Niemiec jako takiego samego państwa, jak Francja lub Wielka Brytania, z jasnymi i ciemnymi kartami narodowej historii. Istnienie „dyskursu ofiar” jest możliwe właśnie w kontekście tej relatywizacji. Poza dwoma zasadniczymi dyskursami pamięci opisanymi wcześniej istnieje rywalizacja innych, pomniejszych narracji, funkcjonujących nieraz tylko na poziomie konkretnych landów.

Skoro Niemcy- mimo widocznej niejednoznaczności- zasadniczo podchodzą krytycznie do okresu II Wojny Światowej, to jakie święta narodowe regularnie obchodzą?

Dni wolne od pracy to  przede wszystkim święta kościelne. Występuje tylko jedno ogólnoniemieckie święto narodowe- Dzień Jedności 3 października, obchodzone na pamiątkę zjednoczenia Niemiec w 1990 roku. Z badań opinii publicznej wynika, że dla Niemców nie ma wydarzenia historycznego, które mocniej zaważyło na obecnej sytuacji ich ojczyzny.

Oprócz świat narodowych, które są wolne od pracy, mamy też dni pamięci. Taki status ma choćby oficjalne święto upamiętniające wypędzonych, ustanowione z inicjatywy Eriki Steinbach oraz także chadeków z CSU, i obchodzone 20 czerwca- w ONZ-owski Międzynarodowy Dzień Uchodźcy.

Znajdziemy jakieś dni pamięci odnoszące się do wydarzeń sprzed II wojny światowej i dojścia Hitlera do władzy?

Dwie niedziele przed pierwszą niedzielą adwentu Niemcy obchodzą Volkstrauertag, dzień żałoby narodowej. To święto zostało ustanowione w 1919 roku, jeszcze w Republice Weimarskiej, jako święto poległych podczas I wojny światowej żołnierzy. Znaczenie tego święta jest obecnie rozszerzane i obejmuje nie tylko aspekt wojskowy, lecz także cywilny. Wiele lat temu socjaldemokraci z SPD, opierając się ustanowieniu święta wypędzonych, powoływali się na fakt, że przecież istnieje narodowy dzień żałoby, który obejmuje wszystkich poszkodowanych we wszystkich wojnach.

A co z tak popularnymi w Polsce nawiązaniami do zwycięskich bitew z przeszłości? Niemcy nie mają swojego Grunwaldu i Wiednia? 

Jeśli chodzi o takie wydarzenia z II wojny światowej, to w głównym nurcie debaty publicznej takich rocznic nie znajdziemy. Więcej, takie nawiązania są w Niemczech piętnowane i rugowane. W ubiegłym roku miała miejsce głośna afera w Bundeswerze. Okazało się, że niektórzy żołnierze trzymali w swoich szafkach pamiątki z okresu II wojny światowej, np. bagnety, bądź plakaty nawiązujące do tamtych czasów. Spotkało się to z szybką reakcją Ursuli von der Leyen, minister obrony narodowej, która nie tylko zabroniła trzymania tego typu rzeczy w koszarach, ale doprowadziła także do zmiany nazewnictwa obiektów wojskowych, honorujących pamięć dowódców z czasów I i II wojny światowej. Argumentowano to chęcią odcięcia się od „pruskiego militaryzmu”.

Ciekawym zjawiskiem w RFN, które należałoby chyba nazwać publicystyką historyczną jest pisanie książek, w których nie tyle chodzi o historyczne detale, lecz budowę śmiałych analogii ze współczesnością. Dla przykładu, Herfried Muenkler prominentny politolog z Uniwersytetu Humboldta w Berlinie wydał w 2017 roku książkę o wojnie 30-letniej, gdzie konfliktu nie interpretuje w kategoriach wojny religijnej. Twierdził natomiast, że różnice religijne były w niej instrumentalnie wykorzystywane do eskalowania walk. Wnioski na dziś? Podobnie dzieje się teraz z fundamentalizmem islamskim, który jako ideologia polityczna chowa się tylko za „maską” religijności. Pojawiały się także analogie pomiędzy wojnami chłopskimi a współczesnymi organizacjami terrorystycznymi, które również nie mają przecież charakteru państwowego.

Japoński koncern Mitsubishi wypłacił swojego czasu chińskim obywatelom odszkodowania za wykorzystywanie ich do niewolniczej pracy. Niemieckie firmy, jak choćby Siemens, uderzyły się w piersi i w portfele, również wypłacając podobne odszkodowania?

Już w latach 50. ubiegłego wieku państwo niemieckie wraz z częścią firm zaczęli wypłacać odszkodowania i to zarówno państwom, jak i osobom indywidualnym. Np. w latach 1957-1962 I.G. Farben, Krupp, AEG, Siemens i Rheinmetall wypłaciły odszkodowania swoim żydowskim pracownikom przymusowym.   

W popkulturze doskonałą okazją do manifestowania patriotyzmu są wydarzenia sportowe. Można się spotkać z opiniami, że dla Niemiec przełomowe wręcz znaczenie miały piłkarskie mistrzostwa świata organizowane w ich kraju w 2006 roku. To właśnie wtedy miał narodzić się na szerszą skalę sportowy „patriotyzm flagi”. Gdy Niemcy zdobywały mistrzostwo osiem lat później, to niemieckie miasta całe były już obwieszone barwami narodowymi. Podobno spotkało się to z dużą krytyką.

Sprawa jest bardziej skomplikowana i przede wszystkim bardziej rozłożona w czasie. Za ś.p. prof. Zbigniewem Mazurem z Instytutu Zachodniego możemy wyróżnić trzy etapy w budowaniu niemieckiej pamięci i patriotyzmu.

Etap pierwszy trwał od końca wojny do symbolicznej daty 1979 r., kiedy w niemieckiej telewizji wyemitowano serial pt. Holokaust. W tamtym czasie królował dyskurs Niemiec- pierwszych ofiar Hitlera, a sami Niemcy może i ze swojej ojczyzny specjalnie dumni nie byli, ale też się jej nie wstydzili. Po emisji serialu do mainstreamu wdarł się obraz Niemców-sprawców. Przez najbliższych kilkanaście lat trwała więc walka o pamięć, która w konsekwencji przyjęła „kompromisową” postać dyskursu odciążenia. Po roku 1989 zaczął się etap trzeci, którego stawką było zbudowanie wspólnej, zjednoczonej pamięci niemieckiej. Za jej symbol może posłużyć wspomniany już Dzień Jedności.

To jest pewien kanon, czy też wspólny mianownik, poza którym spektrum poglądów jest szerokie. Znajdziemy bowiem zarówno skupiający się na teraźniejszości „patriotyzm konstytucyjny”, stawiający na pierwszym miejscu dumę ze sprawnie działającego państwa i silnej gospodarki, jak i poglądy młodzieżówki partii Zielonych, dla których patriotyzm to już nacjonalizm, a wywieszanie flagi niemieckiej to przejaw szkodliwego szowinizmu.

Dotychczas z naszej rozmowy wyłania się raczej nieskazitelny obraz pełnej skuteczności niemieckiej polityki historycznej. Rzeczywistość nie jest jednak nigdy tak idealna. Jakie są porażki naszych zachodnich sąsiadów w tym obszarze?

W ostatnim czasie należałoby wymienić fiasko wspólnych obchodów 100. rocznicy wybuchu I wojny światowej. Niemcy chcieli je zorganizować wspólnie z Francją i Wielką Brytanią, lecz ich wizja historyczna spotkała się ze zdecydowanym sprzeciwem. Otóż Niemcy pragnęli skupić się na I wojnie jako katalizatorze późniejszych problemów w okresie międzywojennym, które doprowadziły w konsekwencji do wybuchu II wojny światowej, a dalej do podziału Niemiec. Cała ta historia kończyła się happy endem dopiero wraz z zjednoczeniem kraju, a później rozszerzeniem Unii Europejskiej w 2004 roku.

Taka wizja obchodów spotkała się ze zdecydowanym oporem przede wszystkim Brytyjczyków, którzy forsowali opowieść militarną, przedstawiającą Niemców jako inicjatorów całego konfliktu i skupiającą się na walce innych państw Europy z pruskim agresorem. W konsekwencji próby stworzenia międzynarodowych obchodów i jednej międzynarodowej opowieści o I wojnie spełzły na niczym.

W szerszej perspektywie Niemcom udaje się jednak chyba co do zasady „eksportować” własną wizję historii i własną politykę historyczną na zewnątrz. Ich dyskurs o Niemcach-ofiarach i dyskurs odciążenia jest raczej obowiązującą opowieścią o II wojnie światowej w międzynarodowej debacie publicznej.

Niemcy doskonale znają wymierną wartość reputacji w relacjach międzynarodowych. A reputację można budować również w oparciu o historię. Eksport własnej wizji historii jest jednym z zadań polityki historycznej w wymiarze zewnętrznym. Drugie zadanie – to obrona przed ekspansją innych, nieprzyjaznych narracji. Niemcy, jak widać po efektach robią to profesjonalnie, zarzekając się jednocześnie, że przecież historia to sprawa dla historyków i że nie prowadzą żadnych działań w tej dziedzinie.

Tezy i opinie zawarte w wywiadzie nie są oficjalnym stanowiskiem Ośrodka Studiów Wschodnich, wyrażają jedynie opinie autora.