Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marcin Suskiewicz  16 sierpnia 2014

Suskiewicz: Opresywna świeckość

Marcin Suskiewicz  16 sierpnia 2014
przeczytanie zajmie 4 min
Suskiewicz: Opresywna świeckość flickr.com

Wydaje się, że religia jest czymś opresywnym, jakimś reliktem dawnych jeszcze porządków, gdy jeden był panem, a drugi sługą – przy czym większości zawsze przypadała rola sługi. Religia – mówi się – konserwuje te opresywne hierarchie, widząc w nich wolę Stwórcy; prostym ludziom zaś zamiast równości oferuje ułudę zaświatów. Wydaje się więc, że należy jarzmo religii zrzucić i zaprowadzić wreszcie prawdziwy egalitaryzm. Zanim jednak przekujemy te plany na praktykę, wsłuchajmy się w słowa Jacquesa Lacana, który w buncie studentów ’68 roku przeciwko, owszem, opresywnej francuskiej mieszczańskości widział histeryczną tęsknotę za jeszcze większą opresją. Histerycy! Pragniecie nowego pana. I będziecie go mieli.

Nie wiem, o jakiej religii pisałem powyżej, ale chrześcijaństwo, choć niewątpliwie bywało i bywa opresywne, jest chyba przełamaniem dychotomii pan-sługa. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego (J 15,15).Każdy z nas jest z natury sługą, nazwany został jednak przyjacielem; zarazem jesteśmy powołani do bycia Dziećmi i Braćmi Boga. Nie realizuje się to w odległych zaświatach, ale tu i teraz, w zwykłym ludzkim życiu, które w chrzcie otwiera się na wieczność.W tym sensie, jak głosi sławna teza Johna Milbanka, chrześcijaństwo jest nie tylko pogłębieniem i rozwinięciem, ale też „egalitaryzacją” i „demokratyzacją” starożytnych ideałów, ich upowszechnieniem. Podczas gdy kiedyś tylko wybrana kasta filozofów była powołana do dobrego i pięknego życia, w chrześcijaństwie powołany jest do niego każdy. Każde życie jest tajemnicą, każde jest walką, każde jest misją, każde jest tworzeniem. Mamy być świętymi, bohaterami, rycerzami, artystami. „Kapłanami”, „prorokami”, „królami”, jak pisze św. Piotr (1 P 2,4-9).

Oczywiście w praktyce „chrześcijański egalitaryzm” wyglądał różnie, zwłaszcza gdy chodziło o demokratyczny dostęp do dóbr, które pomagają owo dobre życie wieść. Porzucenie religii wydaje się jednak krokiem w stronę przepaści, zresztą w Europie już jakby prawie wykonanym. Jak bowiem upowszechnić to, co wzniosłe, jeśli się na wstępie prawdziwą wzniosłość, prawdziwe „ponad”, odrzuci? Zrozum, nie ma czegoś takiego jak „Synowstwo Boże”, jak świętości. Dobro i Piękno nie są przebłyskami z innego świata, które można bez końca zgłębiać. Są atomy i neurony, ok? Jest jedzenie, spanie, rozrywka, są ewentualnie jakieś „potrzeby emocjonalne” i „kulturalne”. Za to wreszcie to wszystko jest, a w każdym razie będzie, rozdystrybuowane po równo.

Ale może porzucenie religii – nawet jeśli zubaża ludzki świat – rzeczywiście oferuje równość? Chyba nie. Przypomnijmy tezę Lacana: bunt przeciwko jednemu panu jest tylko histerycznym pragnieniem innego.

Wydaje się, że człowiek nie może żyć bez wzniosłości. Jak jednak osiągnąć ją w płaskim świecie bez nieba? Chyba jedynie przechodząc ze sfery „zwykłego życia” w „transcendentalną” (w kantowskim sensie) sferę „refleksji o życiu”, „badania życia”, „decyzji dotyczących życia” itd., a więc w tę sferę, która jest domeną myślicieli, naukowców, ekspertów, polityków, lekarzy, artystów, inteligentów. „Moje życie jest ostatecznie przypadkiem, tak jak życie wszystkich innych, ale jestem tego świadomy”. „Człowiek to zbiór neuronów i innych komórek, ale ja te komórki badam”. „Ludzka egzystencja ogranicza się do jedzenia, spania i realizacji rozmaitych »potrzeb«, ale ja decyduję, w jakich ramach to się będzie odbywać”. Życie „myślicieli” i „ekspertów” jest nadal życiem bujnym, barwnym i wzniosłym. Ciekawym, ekstatycznie – w starożytnym znaczeniu tego słowa – ukierunkowanym poza siebie. Ale ci, którym pozostaje „zwykłe życie” – moi sąsiedzi z emigranckiej dzielnicy, których mijam na ulicy, współbracia z wiedeńskich tramwajów z nudów zaczytani w darmowe tabloidy lub grający na komórkach, mieszkańcy komunalnych osiedli, wykonawcy najprostszych zawodów – co oni poczną? Co innego jako „ekspert” obwieszczać rzekome „prawdy” o „odczarowanym” świecie, co innego na takim świecie po prostu żyć.

Wydaje się, że gdy nie ma religii, ustanowione zostaje jakieś nowe, straszniejsze od innych rozwarstwienie. Społeczeństwo zamienia się w jeden wielki szpital, gdzie jeden jest szanowanym lekarzem, który orzeka o zdrowiu i chorobie, a drugi upokorzonym pacjentem, który musi się z chorobą mierzyć. Przy czym to szpital, w którym nie ma kaplicy: miejsca, gdzie każdy jest takim samym Dzieckiem Bożym powołanym do świętości i chwały, pomimo skrajnie różnych okoliczności życia.

Albo inna metafora: modernistyczny inteligencki salon, gdzieś w starym warszawskim mieszkaniu albo zakopiańskiej willi, przed prawie wiekiem. Stare meble, skrzypiące schody, zakamarki, w których można się schować z własnymi demonami. I grupa inteligentów i artystów – których dzienniki i korespondencje, czego są zresztą świadomi, będziemy kiedyś pasjami czytać – pełna najszlachetniejszych intencji zastanawia się, jak sprawić, żeby każdy „prosty człowiek” miał małe mieszkanie w szarym bloku bez żadnych zakamarków i ornamentów, ale, owszem, z bieżącą wodą.

Oczywiście woda jest ważna. Ale zamiast budować dla kogoś blok, warto by go było, choćby metaforycznie, zaprosić na salony. Gdy dajesz obiad albo wieczerzę, nie zwołuj swoich przyjaciół ani swoich braci, ani swoich krewnych, ani bogatych sąsiadów […]. Lecz gdy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych, ślepych (Łk 14,12-13). Egalitaryzacja wartości to nie ich redukcja, ale rzeczywiste upowszechnienie. Wydaje się, że jak dawniej może to zrobić jedynie chrześcijaństwo, religia, która strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych (Łk 1,52). Ale chrześcijaństwo świadome swojej misji w świecie.

To nieprawdą jest – mówił w sławnej homilii wygłoszonej w nowohuckim kościele Arka Pana kard. Karol Wojtyła – że nie należymy do Boga, nieprawdą jest, ze jesteśmy niczyi. Prawdą jest, że jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Syna Przedwiecznego i przez Jego krzyż i zmartwychwstanie staliśmy się i wciąż się na nowo stajemy bożymi, bożymi dziećmi. I to miasto nie jest miastem ludzi nienależących do nikogo, ludzi, z którymi można robić co się chce, którymi można manipulować, wedle praw i reguł produkcji i konsumpcji. To miasto jest miastem synów bożych, których Odwieczny i Jednorodzony Syn Boży oddaje Ojcu. Na to trzeba było tej świątyni, na to trzeba było tego wspaniałego kościoła, ażeby to wyrazić, ażeby to uwydatnić.