Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Arkady Saulski, Krzysztof Bieda  11 stycznia 2014

Saulski: Ostatni papieros premiera

Arkady Saulski, Krzysztof Bieda  11 stycznia 2014
przeczytanie zajmie 3 min
Saulski: Ostatni papieros premiera Maciej Śmiarowski, KPRM

Od 1 stycznia stawka akcyzy na wyroby tytoniowe zwiększyła się o 5%, co przekłada się na wzrost ceny paczki przeciętnie o 1 zł. Na razie w kioskach można znaleźć papierosy po starych, niższych cenach, ale już od marca sytuacja ulegnie zmianie. Czy ich sprzedaż spadnie, czy tylko przeniesie się do szarej strefy?

Spożycie papierosów z pewnością nie zmniejszy się, a przeniesie do szarej strefy. Na dowód podam słynny przykład z Łodzi. Tam, używając specjalnej maszyny do rolowania papierosów, zamieniano wilgotny tytoń, nieobjęty akcyzą, na paczkę papierosów. Jej cena oscylowała wokół 2 złotych. Natychmiast znalazł się przepis, który umożliwił zamknięcie tego nieźle prosperującego interesu.

Kwestia papierosów i tytoniu to najprostsza metoda uzyskiwania dochodów do budżetu – chodzi o opodatkowanie konsumpcji. Jeżeli wiemy, że coś jest konsumowane, nakładamy na to podatek. Nie wydaje mi się, żeby Polacy wychodzili znacznie ponad średnią europejską spożycia papierosów. Jest to natomiast obszar, z którego można jeszcze jakąś „kopertę” do budżetu wrzucić. Tylko, że skutek takich działań będzie znowu odwrotny od zamierzonego. Pamiętajmy, że mamy najmniejszą ściągalność podatków w Unii Europejskiej – to się na pewno nie zmieni. Kolejne podniesienie akcyzy zmusi palaczy do ucieczki w szarą strefę, wskutek czego wzrośnie przemyt i przestępczość związana z nielegalnym handlem czy oszustwami podatkowymi

Wspomniał Pan o przetwarzaniu mokrego tytoniu. Chciałem pójść w stronę ofert alternatywnych dla palaczy i zapytać o e-papierosy. Nie są one uznawane za wyrób tytoniowy, nie są objęte akcyzą, a cieszą się coraz większa popularnością. Jak długo może trwać taka sytuacja i kiedy – bo to chyba nie budzi niczyich wątpliwości – doczekamy się regulacji również w tej kwestii?

Cynik siedzący głęboko we mnie mówi, że doczekamy się wówczas, kiedy handel e-papierosami wyjdzie spoza grupy, nazwijmy ją tak, zamożnych konsumentów. Bądźmy szczerzy: e-papierosy to nadal produkt popularny głównie wśród bogatszych Polaków. Kiedy więc handel nimi wyjdzie poza tę grupę i pojawi się w grupach społecznych, które nie stanowią bazy elektoratu obecnego rządu, wtedy będziemy mogli się spodziewać regulacji.

Widzę na swoim przykładzie, że jako palacz nigdy nie czułem ochoty ani ciekawości, żeby po e-papierosa sięgnąć. Nie mam również wśród znajomych osób, które by wybierały ten sposób palenia; natomiast wiem, że ich zamożni znajomi palą. To po prostu pewna moda, e-papierosy stają się trochę jak iPhone’y. To gadżety, a nie tylko używki. Problem jest o wiele bardziej skomplikowany, niż się na pierwszy, ekonomiczny rzut oka wydaje.

Ministerstwo Finansów podwyżkę akcyzy uzasadniało, w mojej ocenie bardzo wątpliwym, odwoływaniem się do troski o zdrowie obywateli, a także wymogami unijnymi. Przede wszystkim jednak nadzieją na zwiększenie dochodów państwa – nikt tego nie ukrywał. Z podsumowania za rok 2013 wynika, że wpływy z tytułu akcyzy były przeszło o 300 mln niższe niż w 2012. Czy Ministerstwo faktycznie liczy jeszcze na zwiększenie dochodów, czy jest to tylko pretekst do wypełnienia bardzo niekorzystnej – z punktu widzenia finansów państwa – dyrektywy unijnej?

Nóż mi się w kieszeni otwiera, gdy słyszę, że Ministerstwo chce troszczyć się o nasze zdrowie. Jeśli rząd chce o nas dbać, to niech wreszcie naprawi tę stajnię Augiasza, którą jest polska służba zdrowia. Niech zajmie się kolejkami, w których łatwiej jest zakończyć żywot niż doczekać do ich końca. To jest pierwsza sprawa.

Druga: wypełnienie dyrektywy unijnej to z pewnością pewien argument, natomiast jest wiele innych dyrektyw, na przykład związanych z informatyzacją, których jakoś rząd nie był skory tak skrupulatnie wypełniać. Przypomnijmy infoaferę, która ciągnie się od 2007-2008 roku. Wtedy pisał o niej na przykład dziennikarz „Pulsu Biznesu” Mariusz Zielke i jakoś nikt nie był tym zainteresowany. To wychodzi na jaw dzisiaj. Mimo wszystko ma znaczenie chęć wypełnienia tej dyrektywy – pamiętajmy, że Donald Tusk wciąż liczy na stanowisko woźnego przy Komisji Europejskiej.

Kwestia trzecia jest taka, że jest to po prostu desperacka, podejmowana na szybko próba dopięcia budżetu, żeby był on bardziej realny niż ten na 2013 rok. Szybko jeszcze zedrzeć jakieś pieniądze i dopchnąć budżet kolanem, a później się zobaczy. Pamiętajmy, że rok 2014 będzie rokiem wyborów do Parlamentu Europejskiego: to, jak wypadnie w nich Platforma, będzie bardzo dobrą prognozą tego, jakie sam Tusk ma szanse na uzyskanie upragnionego stanowiska w KE. Wydaje mi się, że to stabilizowanie budżetu chybcikiem skończy się tak jak zawsze, to znaczy spadkiem wpływów i spadkiem ściągalności podatków.

Jeżeli ja mam możliwość od Pana pieniądze pożyczyć, poprosić o nie albo Pana próbować okraść, zastraszyć i zabrać je Panu siłą, to odpowiedzmy sobie na pytanie, która z tych możliwości gwarantuje największą skuteczność? Zaskakujące może być to, że nie kradzież, bo Pan po prostu ucieknie jak najdalej ode mnie. Łatwiej będzie Pana przekonać, żeby Pan mi te pieniądze pożyczył albo dał. A to jest właśnie działanie rządu: przetrzepać kieszenie obywateli zamiast szukać jakichś innych rozwiązań, które zagwarantują lepszą ściągalność podatków i większą stabilizację budżetową.

Rozmawiał Krzysztof Bieda