Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Krystian Łukasik  11 czerwca 2019

Złudzenie „rządów kodu”. Blockchain nie odmieni naszego świata

Krystian Łukasik  11 czerwca 2019
przeczytanie zajmie 5 min

Technologia blockchain obiecuje likwidację pośredników w relacjach gospodarczych, a nawet całkowitą eliminację potrzeby zaufania względem instytucji czy państwa, a także znaczące przyspieszenie realizacji umów i transakcji. Niestety, zamiast eliminować konieczność zaufania, blockchain jedynie przenosi zaufanie z demokratycznie tworzonych instytucji na dostawców technologii: nieformalne, anonimowe grupy programistów lub prywatne firmy. Przy okazji przenosi część kosztów – na przykład środowiskowych – na społeczeństwo.

Smart kontrakty nie takie znowuż inteligentne

Smart kontrakt to rodzaj umowy zapisanej w komputerowym kodzie, automatycznie realizowanej po wypełnieniu określonych warunków. W ostatnich latach coraz częściej są przedstawiane jako jedno z najbardziej obiecujących rozwiązań, które ma zrewolucjonizować nowoczesną gospodarkę. O tym, jak przydać by się mogły również w budowie „administracyjnego raju” pisał u nas Jakub Lipiński.

Tradycyjna umowa w pierwszej kolejności musi być przeanalizowana przez człowieka, który następnie decyduje o podjęciu działań wynikających z jej postanowień. W przypadku inteligentnych kontraktów, to w kodzie programu zlokalizowane są postanowienia umowy. Algorytm weryfikuje i egzekwuje je samoistnie w oparciu o konstrukcję warunkową (jeśli wystąpi zdarzenie X, to wykonaj działanie Y). Nie potrzebujemy już angażować zaufanej trzeciej strony (na przykład notariusza czy banku), żeby sprawdzić czy strony wypełniają postanowienia umowy oraz przeprowadzić transakcję.

Sama idea smart kontraktu jest niezależna od technologii blockchain. Jednak to rozwiązanie zdobyło popularność właśnie w połączeniu z blockchainem. Po raz pierwszy w praktyce i na większą skalę inteligentne kontrakty oparte na technologii blockchain zostały wykorzystane przez fundusz venture capital – The DAO. W 2016 r. jeden z użytkowników The DAO odnalazł w kodzie programu lukę umożliwiającą wielokrotne wyprowadzenie tych samych środków. W ten sposób „ukradzionych” zostało 50 milionów dolarów w kryptowalucie Ethereum.

To zdarzenie otworzyło dyskusję wokół pytania, czy o takim zajściu możemy mówić w kategoriach cyberprzestępstwa. Przecież członkowie projektu zaakceptowali kod jako umowę określającą warunki uczestnictwa w projekcie. Tym samym sami dostarczyli dowodów, że nawet w bardzo wąskim gronie wczesnych adeptów technologii, weryfikacja smart kontraktu stanowiącego umowę jest arcytrudna. Zamiast prawniczego żargonu zmagać się trzeba ze skomplikowanym audytem kodu. Ta wpadka również uwidoczniła fundamentalny brak zrozumienia wśród zwolenników technologii blockchain czym jest, a czym nie jest, zaufanie w relacjach gospodarczych.

Nikt ci tego nie da, co ci blockchain obieca

Według entuzjastów technologii blockchain, brak potrzeby zaufania (utożsamiany z brakiem zaufanej trzeciej strony) ma zagwarantować charakterystyczny dla tej technologii kryptograficznie zabezpieczony mechanizm osiągania konsensusu (proof-of-work).

Na potrzeby tego tekstu wystarczy wiedzieć, że blockchain to baza danych, która dzięki swoim technicznym właściwościom na wszystkich komputerach – równocześnie – wygląda identycznie. Wyjątkowość systemu polega na tym, że to, która transakcja zostanie zatwierdzona nie zależy od centralnego autorytetu (rodzaju administratora bazy), tylko od wyniku matematycznych obliczeń wykonywanych przez wiele komputerów równolegle. Dodatkowo, raz zatwierdzonej transakcji nikt w pojedynkę nie może edytować lub usunąć (chociaż przy zgodzie większości utrzymujących publiczny blockchain, można… cofnąć historię rejestru do pewnego momentu w przeszłości i rozpocząć tworzenie nowej od tego momentu; nazywane jest to forkiem).

W tradycyjnym systemie zniknięcie pieniędzy z mojego konta po tym, jak zdecydowałem się je komuś wysłać gwarantuje bank. W przypadku blockchaina gwarancję stanowi zdecentralizowany mechanizm potwierdzania transakcji, którego efekty są równocześnie „zapisywane” na wielu komputerach.

Kupując bilet lotniczy przez Internet ufamy, że sklep nas nie oszuka i nam bilet wyśle, a także, że bank dostarczy nasze pieniądze sprzedawcy. W świecie technologii blockchain, tworzymy smart kontrakt i bez żadnego pośrednictwa bilet automatycznie musi trafić na nasze konto po zaksięgowaniu płatności. Zaufanie względem pośredników staje się więc – pozornie – zbędne.

Komu ufać, a komu już nie?

Oczywiście, jeśli tylko umiemy taki kontrakt od podstaw napisać i mamy na to czas. W innym wypadku ostatecznie musimy zaufać dostawcy oprogramowania, z którego korzystamy albo każdorazowo przeprowadzać drogi i czasochłonny audyt kodu.

Większość użytkowników nie ma szansy zrozumieć języka, w którym pisane są smart kontrakty, więc wykorzystanie technologii blockchain wcale nie czyni procesu zawierania transakcji bardziej transparentnym.

Nie mamy również szans zrozumieć także technicznej infrastruktury kryjącej się pod obecnym systemem płatności, ale w tradycyjnym systemie to nie ona jest w nim ostatecznym gwarantem poprawnego przebiegu transakcji. Ufamy bowiem systemowi prawnemu, sądom, bankom, czyli zbudowanym instytucjom, nawet jeśli nie w pełni znamy przepisy Kodeksu karnego czy technologię przelewów SWIFT.

Nawet jednak jeśli udałoby nam się przejrzeć programistyczny kod od A do Z, wciąż musimy zaufać nieformalnej społeczności utrzymującej blockchain – która często wcale nie jest bardzo zdecentralizowana. Historia funduszu The DAO dobrze obrazuje fakt, że mechanizmy technologii blockchain nie zapewniają tak dużego bezpieczeństwa, że podmioty wchodzące ze sobą w relacje już nie muszą sobie ufać. W końcu, nawet twórcy projektu w pełni opartego na technologii blockchain i smart kontraktach, który miał nie podlegać żadnej kontroli instytucjonalnej, w kryzysowej sytuacji spróbowali cofnąć rzeczywistość do stanu sprzed ataku.

Ze względu na niemożność „cofnięcia” lub „skasowania” transakcji raz wpisanej w blockchain, nie dało się w prosty sposób usunąć smart kontraktu podczas ataku. Więc, żeby uratować środki, twórcy The DAO postawili na scenariusz, w którym uczestnicy projektu musieli głosować za przywróceniem stanu funduszu sprzed ataku. Tym samym, godząc w „niezmienność” blockchaina, próbowali osiągnąć społeczny, a nie algorytmiczny, konsensus.

Ostatecznie 87% głosów oddano za procesem nazywanym hard fork, czyli podziale blockchaina na dwa odrębne rejestry. Część użytkowników pozostała przy aktualnym stanie funduszu, kontynuując tworzenie rejestru (co nazwano kryptowalutą Ethereum Classic). Druga, zdecydowanie większa część, przeszła z kolei na nową wersję, cofniętą do stanu tuż sprzed feralnej transakcji i pisząc „historię na nowo” w odrębnym rejestrze (ten blockchain zachował nazwę Ethereum).

Sam „demokratyczny” sposób podejmowania wyboru również był kontestowany. Waga głosu zależała bowiem od ilości kryptowaluty w portfelu, a więc finalnie aż 25% „głosów” pochodziło z jednego adresu.

Tutaj ujawnia się przewaga tradycyjnego systemu bankowego, w którym istnieje możliwość odwrócenia przebiegu nieuczciwej transakcji, jednocześnie bez „cofania” wszystkich transakcji, które nastąpiły po tej nieuczciwej.

Wbrew opiniom entuzjastów, potrzeba zaufania nie znika. Co więcej, tylko w teorii opowieść o przesunięciu potrzeby zaufania ukierunkowanej na ludzi i instytucje w stronę technologii jest prawdziwa.

Blockchain w ostatecznym rozrachunku przemieszcza zaufanie głównie w kierunku innych instytucji i nieformalnych grup, a nie samej technologii. Zamiast ufać Komisji Nadzoru Finansowego i bankom, ufamy grupie programistów, firmie tworzącej giełdę kryptowalut lub oprogramowanie do smart kontraktów lub grupie osób „utrzymującej” publiczny blockchain.

W praktyce zaś na rynku kryptowalut suma oszustw i kradzieży sięgnęła równowartości blisko miliarda dolarów w samym 2018 r. Wynika to z faktu, że większość osób nie potrafi lub nie ma czasu samemu obsługiwać swojego portfela i zleca to pośrednikom, którzy albo okazują się nieuczciwi – albo zostają zhakowani.

Na marginesie, można się zastanowić czy teoretyczny brak kosztu związanego z egzekwowaniem zaufania nie jest próbą przerzucenia tego kosztu „na zewnątrz”. W przypadku Bitcoina mechanizm osiągania konsensusu zużywa rocznie porównywalne ilości energii jak cała Irlandia. „Zaoszczędzony” koszt jest uspołeczniany poprzez przeniesienie go na środowisko naturalne.

Napompowane ambicje

Skąd w takim razie tak duża ekscytacja technologią blockchain? Cóż, prawdopodobnie, gdyby nie bańka spekulacyjna na rynku kryptowalut, informacja o tej technologii nie wyszłaby poza wąskie grono specjalistów od baz danych.

Za dalszą popularność odpowiadają powstające jak grzyby po deszczu blockchainowe startupy, które próbując pozyskać inwestorów, obiecują, że nowym typem bazy danych zbudują nowy wspaniały świat.

Twierdzenie, że jakiś rodzaj bazy danych przyczyni się do rewolucyjnej zmiany świata brzmi zabawnie. Dlatego o blockchainie nie mówi się wprost jako o rodzaju bazy danych. Zawsze posługuje się różnymi metaforami: czy to zmiany paradygmatu transferu wartości, czy to demokratyzacji władzy nad systemem finansowym, czy eliminacji potrzeby zaufania.

W obecnym systemie blockchain to rozwiązanie, które szuka problemu. Jak ujął to Kai Stinchcombe w artykule Blockchain is not only crappy technology but a bad vision for the future, nie znamy historii, w której ktoś usilnie poszukiwał rozwiązania swojego problemu, aż w końcu trafił na remedium w postaci blockchaina. Proces do tej pory w każdym przypadku przebiega w odwrotnym kierunku. Mamy modną technologie i zastanawiamy się, gdzieby można ją użyć.

Zdarzyło mi się uczestniczyć w konferencji poświęconej blockchainowi, w trakcie której jeden z prelegentów opowiadał o swojej aplikacji umożliwiającej liniom lotniczym tworzenie listy zainstalowanych nowych części w samolotach, w taki sposób, że nie da się jej w żaden sposób podrobić. Moje pytanie, czy jest to w ogóle dla linii lotniczych problem niestety nie doczekało się odpowiedzi.

Świadomi części kłopotów z blockchainem entuzjaści odpierają zarzuty, twierdząc, że to po prostu „obecny system” blokuje szeroką implementacje tego demokratyzującego i decentralizującego narzędzia. Osoby te upatrują wielką nadzieję na zmianę paradygmatu w upowszechnieniu tej technologii.

Przecież wystarczy tylko przeprowadzić dostateczną liczbę konferencji i założyć wystarczającą liczbę startupów, żeby zdecentralizować władzę nad danymi czy przepływem wartości, a nawet uratować demokrację, ocalić lasy deszczowe i zatrzymać globalne ocieplenie.

Blockchain ma sens, ale nie stworzy nam nowego wspaniałego świata

Nie twierdzę, że blockchain w ogóle nie ma sensu. Gdy opadnie przesadna ekscytacja z nim związana, okaże się, że istnieje kilka jego sensownych zastosowań. Analogicznie do sytuacji z technologią wirtualnej rzeczywistości – wielkie obietnice transformacji współczesnego modelu spędzania czasu i komunikacji skończyły się na wąskim zastosowaniu w kilku wybranych sektorach gospodarki.

Olbrzymie zainteresowanie rozwiązaniem zagrażającym pośrednikom, którym do tej pory zmuszeni byliśmy ufać, aby móc partycypować w światowym systemie finansowym można uznać za wyraz rosnącej potrzeby reorganizacji panujących relacji władzy czy spadku zaufania do instytucji. Tylko warto pamiętać, że demokratyzacja władzy i zysku nigdy nie była skutkiem infrastruktury (technologicznej) samej w sobie, a raczej wynikiem konsekwentnych nacisków politycznych.

Wydaje mi się, że strategia budowy zaufania względem instytucji i podmiotów biorących udział w życiu gospodarczym (np. poprzez wprowadzanie polityki otwartości danych) jest bardziej skuteczna, niż usilna próba obejścia go, aby ostatecznie znaleźć się w punkcie wyjścia.