Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Osądzić narody? Ludobójstwo i wina zbiorowa

przeczytanie zajmie 12 min

Szukając uczciwego historycznie i możliwego politycznie rozwiązania problemu zbiorowej odpowiedzialności narodu, konieczne jest stworzenie analogii pomiędzy wspólnotą a jednostką. W sensie filozoficznym tylko ta ostatnia zdolna jest bowiem do ponoszenia winy. W wymiarze politycznym i komunikacyjnym potrzebny jest jednak mechanizm, który pozwoli „przenieść” kryteria jej przypisania z osoby na zbiorowość. Możliwe jest wskazanie trzech takich kryteriów, wedle których można by było oceniać zbiorową winę.

Unde malum

„Godi dał susa i zaczął uciekać, lecz prześladowcy popędzili za nim, trzech na przedzie, ramię przy ramieniu. Humphrey dogonił go pierwszy i chwycił za nogę. Godi, tracąc równowagę, od razu się przewrócił. Humphrey skoczył na niego i opierając się całym ciężarem, niczym zapaśnik przygniótł swą ofiarę i unieruchomił, przygważdżając do podłoża parę jej kończyn. Godi leżał bezradny, z twarzą wciśniętą w ziemię.

Humphrey go trzymał, a inni atakowali, wrzeszcząc i rzucając się do ataku w ogromnym podnieceniu. Hugo, najstarszy, gryzł Godiego zębami startymi niemal do dziąseł. Inni okładali pięściami jego łopatki i plecy. Młodzieniec obserwował tę scenę z pewnej odległości. Gigi piszczała i krążyła wokół napastników.

Po dziesięciu minutach Humphrey puścił nogi Godiego. Inni przestali go bić. Godi leżał twarzą do ziemi w błocie. Wtedy napastnicy rzucili jeszcze w jego kierunku duży głaz. Później, wciąż w dzikim podnieceniu, ruszyli dalej pohukując i szarżując.

Godiego wiecej nie widziano. Mógł przeżyć jeszcze kilka dni, może tydzień lub dwa.”

To nie jest opis którejś z niezliczonych zbrodni, wypełniających historię ludzkości. To relacja z wydarzeń, jakie rozegrały się 7 stycznia 1974 roku w Parku Narodowym Gombe w Tanzanii pomiędzy dwiema hordami szympansów. Data ta stanowi punkt zwrotny w rozwoju antropologii, ponieważ Godi nie został zabity w trakcie rywalizacji o jedzenie, samicę czy też na skutek jakiegokolwiek indywidualnego konfliktu o dającej się wskazać konkretnej przyczynie. Młody szympans zginął w rezultacie zaplanowanej i mającej na celu wyłącznie morderstwo „wyprawy wojennej”. Co szczególnie oddziałuje na naszą wyobraźnię – doskonale znał swoich zabójców. Dwie rywalizujące grupy szympansów pierwotnie stanowiły jedną hordę i jeszcze trzy lata wcześniej Godi żył i bawił się wspólnie z tymi, którzy tak brutalnie napadli na niego w ten styczniowy poranek.

Późniejsze badania potwierdziły, że wydarzenia w Gombe nie były wybrykiem ani przypadkiem. Wszędzie, gdziekolwiek przez dłuższy czas obserwowano szympansy, wcześniej czy później przejawiały one zachowania, do opisu których narzuca się przymiotnik „ludobójcze”. Grupa, do której należał Godi została doszczętnie wytępiona przez swoich sąsiadów już w 1977 roku i stało się tak na skutek systematycznie powtarzanych napaści, przeprowadzanych na jej terytorium. Atakującej grupie nie brakowało pożywienia i nie miała ona zbyt małej przestrzeni życiowej. Nie ma racjonalnego wytłumaczenia, dlaczego agresorzy zabijali. Po prostu mieli taką potrzebę.

Rozpowszechnione wcześniej – m. in. dzięki wybitnemu biologowi i nobliście, Konradowi Lorenzowi – przekonanie, że człowiek jest jedynym gatunkiem zdolnym do zorganizowanej, intencjonalnej i zabójczej przemocy wobec współplemieńców, runęło. Kain najwyraźniej istniał na Ziemi na długo zanim Ewa zerwała jabłko z Drzewa Poznania.

Pytaniem z pogranicza filozofii i antropologii pozostaje kwestia, czy można przyjąć że zło pojawiło się przed powstaniem człowieka. Nie ulega wątpliwości, że homo sapiens już na wczesnym etapie rozwoju cywilizacji posługiwał się pojęciami moralnymi (i nic nie wiemy – jak na razie – o tym, aby pojęcia takie były dostępne szympansom, naszym najbliższym międzygatunkowym krewnym). Jednocześnie, stworzenie i używanie tych pojęć nie doprowadziło do eliminacji zachowań społecznych, tkwiących głęboko w naszej naturze, a mających swe ewolucyjne korzenie najprawdopodobniej jeszcze w genach pochodzących od przedludzkich przodków. Od liczącej pół miliona lat, rozłupanej twardym narzędziem czaszki Homo heidelbergensis, znalezionej w hiszpańskiej jaskini w górach Atapuerca po bomby spadające dzisiaj na Wschodnią Gutę, nasza historia wypełniona jest złem.

Jednak napisać to zdanie mogłem wyłącznie dlatego, że pojęcia moralne istnieją i są przez nas używane. Od zabójców Godiego różni nas zdolność do zastanawiania się nad naszymi czynami i wartościowania ich.

Być może jako gatunek zostaliśmy genetycznie skazani na popełnianie zła, jednak zostaliśmy też skazani na zdolność nazywania go złem. Nie umiemy uwolnić się od żądzy zabijania, ale umiemy przypisać winę i odpowiedzialność za zbrodnię. I ta akurat umiejętność, podobnie jak cała kultura, podlega ewolucji. Ta ewolucja kulturowa z kolei – nawet jeśli nie jest w stanie całkowicie wyeliminować uwarunkowanego biologicznie zła – pozwoli je być może kontrolować i ograniczać.

Odkrycie ludobójstwa

Przez całe tysiąclecia masakrowanie bezbronnych przeciwników nie budziło większych zastrzeżeń etycznych. Zakaz piątego przykazania nie obejmował najwyraźniej eksterminacji Madianitów, dokonanej na rozkaz Mojżesza, ani wymordowania całej populacji zdobytego przez jego następcę Jerycha. Źródła nie dokumentują głębszych dylematów moralnych związanych ze zniszczeniem Kartaginy, masakrą dokonaną przez krzyżowców w Jerozolimie, czy rzeziami Katarów w Langwedocji. Rycerze oszczędzali jeńców, jednak tylko szlachetnie urodzonych – ze względu na potencjalny okup. Kiedy w trakcie Wojny Róż angielskie rody zaczęły praktykować mordowanie bez wyjątku wszystkich wziętych do niewoli, pojawienie się nowego obyczaju odnotowane zostało bez szczególnego oburzenia. Nawet zbrodnie Dżyngis Chana i Tamerlana budziły przerażenie raczej skalą, niż faktem łamania jakiejś fundamentalnej zasady. Takowej, jak się wydaje, po prostu nie było. Moralność obowiązywała przede wszystkim w stosunku do członków własnej grupy, natomiast mordowanie bezbronnych „obcych” (jakkolwiek zdefiniowanych) traktowane było jako nieodłączny i naturalny element działań wojennych.

Potępienie dla takich aktów rodziło się w Europie powoli. Niemały był tu wkład Kościoła i koncepcji wojny sprawiedliwej oraz wprowadzanej stopniowo instytucji Pax Dei i Treuga Dei, ograniczających czas działań wojennych, a przede wszystkim – zakazujących aktów przemocy wobec bezbronnych. W erze nowożytnej pojawił się motywowany religijnie sprzeciw wobec dehumanizacji Indian, którzy dzięki staraniom dominikanina, Bartolomea de las Casas zostali uznani za ludzi i objęci protekcją korony hiszpańskiej. Mimo wyzysku i okrucieństw, jakich dopuszczali się konkwistadorzy i koloniści, pozostająca pod wpływem Kościoła polityka hiszpańska zapobiegła całkowitej eksterminacji rdzennych mieszkańców Ameryki Południowej i nadała tamtejszej kolonizacji przebieg odmienny niż miało to miejsce w Ameryce Północnej. Pojęcia moralne zdołały (w tym przypadku) w ostatecznym rozrachunku zmienić nieco rzeczywistość i bieg historii, był to jednak raczej wyjątek od nadal obowiązującej reguły. W tym samym bowiem czasie przez Europę przetaczają się wojny religijne, których okrucieństwo z pewnością dorównuje rzeziom średniowiecznym (o ile ich nie przewyższa), zaś polityka Olivera Cromwella w Irlandii uznana być może za pierwszy przykład nowoczesnych czystek etnicznych.

Przesłanki do zmiany postaw kulturowych wobec masowego zabijania pojawiają się wraz z „pierwszą globalizacją” XIX stulecia i mają związek z powstaniem opinii publicznej, do dziś kluczowej dla funkcjonowania polityki. Ludobójcze przedsięwzięcia nabrały w tej epoce nowego rozmachu, ale jednocześnie ich postrzeganie zaczęło się zmieniać. Z jednej strony udoskonalone środki techniczne służące wojnie oraz dalekosiężność celów politycznych realizowanych za jej pomocą zwiększyły skalę i skuteczność mordów. Imperia zaczynają traktować ludobójstwo jako wygodny środek zarządzania zasobami ludzkimi.

Masowe zbrodnie belle epoque rzadko można uznać za w pełni zaplanowane, są jednak często co najmniej akceptowane przez rządzących i stanowią element szerszych planów politycznych (zazwyczaj w połączeniu z deportacją). Działania o takim charakterze podejmowane są przez europejskie państwa kolonialne (Belgowie w Kongo, Francuzi w Algierii, Niemcy w Afryce Południowo-Zachodniej, Anglicy w Tasmanii i Afryce Południowej), przez Rosję (na Kaukazie Północnym) jak również przez pierwsze państwa postkolonialne (masakra Kreolów na Haiti, podbój Patagonii przez Argentynę), oraz przez stare imperia orientalne (masakry Dżungarów w Chinach oraz Ormian i Asyryjczyków w Imperium Ottomańskim przed I wojną światową i w jej trakcie). Celową eksterminację praktykowało również powstałe w tym okresie południowoafrykańskie królestwo Zulusa Czaki.

Z drugiej strony pojawienie się opinii publicznej wpływa na polityczno-społeczną funkcję okrucieństwa. O ile w czasach przednowożytnych, w warunkach ograniczonej terytorialnie komunikacji, mogło być ono użyteczne politycznie (strach, postępujący przed zwycięską armią zachęcał do kapitulacji), o tyle w dobie pierwszych massmediów okrucieństwo zaczyna budzić oburzenie. Stąd też dla ludobójstw nowoczesnych charakterystyczne staje się – obok zaawansowania technicznego – dążenie do dyskrecji. Informacje o obozach koncentracyjnych i deportacjach jeżeli w ogóle przenikają do obiegu informacyjnego, to w formie złagodzonej: przedstawiane są jako konieczne i „cywilizowane” metody rozwiązywania konfliktów.

Przekaz ten łączy się ze starym, przednowoczesnym toposem, usprawiedliwiającym okrucieństwo wobec obcych ich niższością (cywilizacyjna i moralną). Przeciwnik potraktowany okrutnie zasługuje na to, ponieważ brakuje mu cech ludzkich. Tam, gdzie zbrodnie relacjonowane są w miarę otwarcie, ich usprawiedliwieniem staje się dehumanizacja ofiar. Masakry Indian w Stanach Zjednoczonych spotykały się z aprobatą, gdyż postrzegane były jako uzasadniona retorsja za napaści „dzikich” na pokojowych osadników. Łączenie obu wątków, czyli jednoczesne usprawiedliwianie działań zbrodniczych i zarazem zaprzeczanie ich co do zasady zbrodniczemu charakterowi staje się standardem w ówczesnym dyskursie publicznym. Jednak, jak się okazuje, tam gdzie opinia publiczna ma dostęp do informacji, tam pojawia się też presja prowadząca do ograniczenia działalności ludobójczej.

Publikacja Jądra ciemności jest wydarzeniem nie tylko literackim. Grupa angielskich kupców i dziennikarzy rozpoczyna kampanię na rzecz ograniczenia patrymonialnej władzy Leopolda II nad terytorium Kongo i doprowadza do wszczęcia dochodzenia w sprawie „nadużyć” dokonywanych przez spółki kauczukowe. Mark Twain i Arthur Conan-Doyle opisują okrucieństwa popełniane w prywatnej kolonii belgijskiego władcy. W 1908 roku Leopold ustępuje i przekazuje Kongo administracji państwa belgijskiego. Wprowadza ona system segregacji rasowej zbliżony do południowoafrykańskiego apartheidu i kontynuuje brutalną eksploatacje ekonomiczną, jednakże stopniowo odchodzi od modelu pracy przymusowej (de facto niewolniczej), opartego na porwaniach i pacyfikacjach wiosek odmawiających kooperacji. Zaniechane też zostają (powszechne wcześniej) straszliwe kary mutylacyjne, a wraz z nimi zwyczaj motywowania robotników do pracy poprzez obcinanie rąk i nóg ich dzieciom, przetrzymywanym jako zakładnicy przez zarządców plantacji.

Indianie amerykańscy w USA ostatecznie nie zostają po prostu wymordowani (w każdym razie nie wszyscy), lecz w „cywilizowany” sposób przesiedleni do rezerwatów. Fakt, że duża cześć z nich tej operacji nie przeżywa, jak również to, że zniszczony zostaje sposób życia stanowiący podstawę funkcjonowania ich wspólnot społeczno-politycznych nie staje się przedmiotem szerszej debaty. Uważamy to dzisiaj za wyjątkową hipokryzję, jednak analizując ewolucję kulturową w postrzeganiu zjawiska masowego zabijania musimy zauważyć zmianę: stopień przyzwolenia dla zbiorowych morderstw stał się znacznie niższy niż w średniowieczu czy w początkach ery nowożytnej. Głosy w obronie Indian były liczne i wyraźnie słyszalne w amerykańskim społeczeństwie. Z punktu widzenia czystego interesu ekonomicznego, całkowita eksterminacja rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej była rozwiązaniem najbardziej opłacalnym dla białych osadników. To pod presją opinii publicznej zdecydowano się na półśrodki, starając się maskować fakt, że również one prowadzą do zbrodniczych skutków. Jest to marna pociecha dla ofiar i ich potomków, tym niemniej został uczyniony ważny krok w kierunku rozciągnięcia obowiązywania pojęć moralnych również w stosunku do „obcych”.

Ludobójstwo doskonałe

Jak wyglądał przebieg wydarzeń w miejscach, gdzie zabrakło porównywalnego rezonansu medialnego i związanej z nim debaty oraz społecznej kontroli, ilustruje przykład Tasmanii, uważanej przez badaczy za swego rodzaju przypadek ludobójstwa doskonałego.

Rdzenna ludność Tasmanii, licząca około pięciu tysięcy osób, została wymordowana przez brytyjskich kolonistów w ciągu 30 lat. Eksterminacja rozpoczęła się spontanicznie, wraz z napływem osadników, jednak od momentu ustanowienia formalnej władzy politycznej (urzędu gubernatora) nabrała charakteru „oficjalnego”, masakry były bowiem wspierane przez oddziały wojskowe, a od 1828 roku przeprowadzane przez nie bezpośrednio. W 1830 r. około 200 pozostałych przy życiu tubylców deportowano przymusowo na jałową wyspę Flinders, gdzie stopniowo wymarli z chorób i głodu.

Zagłada tasmańskich aborygenów nie zainteresowała nikogo, ponieważ praktycznie żadne wieści na jej temat nie przedostały się poza Tasmanię i Australię. Biała społeczność wyspy była w zasadzie jednolita klasowo (składali się na nią angielscy zesłańcy i ich eskorta) i widziała wspólny interes w całkowitym usunięciu agresywnych tubylców, utrudniających dostęp do podstawowego dobra, czyli ziemi uprawnej. Nie było wśród kolonistów nikogo, kto uważałby, że możliwe jest w ogóle jakieś inne rozwiązanie niż fizyczna eliminacja. Powołana pod kierunkiem anglikańskiego archidiakona Australii komisja, mająca określić założenia polityki wobec tubylców rozpatrywała – jak poświadczają to protokoły jej posiedzeń – następujące rozwiązania: wyłapać i sprzedać jako niewolników, wytruć, schwytać w sidła lub polować na nich z psami. Innych pomysłów nie było. Osadnicy nie postrzegali w zasadzie Tasmańczyków jako ludzi (był to jeden z najprymitywniejszych ludów na Ziemi, nie znający ognia), a zastosowane wobec nich środki uważali za adekwatne do sytuacji.

Tasmania pozostaje więc przykładem nie tylko skuteczności, ale też warunków idealnych, niezbędnych dla pełnego sukcesu polityki eksterminacyjnej: izolacja od szerszej opinii publicznej (i przychylność opinii lokalnej, wynikająca z jej homogeniczności), dehumanizacja ofiar ułatwiona czynnikami obiektywnymi, przekonanie agresorów o własnej wyższości i zarazem humanitaryzmie (niedobitków przesiedlonych na wyspę ochrzczono i próbowano „ucywilizować”, co dla organizatorów przedsięwzięcia nie stało w sprzeczności z faktem, że umieszczono ich w czymś, co przypominało obóz koncentracyjny).

W ten sposób na małej wyspie, izolowanej od świata przestrzeniami Pacyfiku, niczym w laboratorium, spełnione zostały swoiste „warunki brzegowe” nowoczesnego ludobójstwa: dehumanizacja, „wyłączenie” opinii publicznej, poczucie wyższości sprawców i ich przekonanie o słuszności podejmowanych działań.

Na wielką skalę udało się je odtworzyć sto lat później, w III Rzeszy Niemieckiej. Państwo Hitlera zglajchszaltowało własną opinię publiczną dzięki cenzurze i propagandzie (a także dzięki fizycznej eliminacji tych, którzy mogliby jej ewentualnie przeciwdziałać) oraz odcięło od informacji świat zewnętrzny; dzięki tejże propagandzie sprowadziło swoje ofiary do roli podludzi i w poczuciu wyższości (szczególnie starannie wpajanej bezpośrednim wykonawcom Zagłady) przystąpiło do ostatecznego rozwiązania. W wymiarze realizacyjnym, Holokaust od ludobójstwa tasmańskiego różniła tylko skala i stopień koordynacji oraz środki techniczne. Gdyby państwo niemieckie wygrało wojnę, dzieci w Europie uczyłyby się dzisiaj zapewne, że Żydzi wyginęli z powodu chorób (a ich izolacja w gettach była koniecznym, humanitarnym środkiem zapobiegawczym, przeciwdziałającym epidemii).

Nowa opowieść o zbrodni

Zbrodnicze masakry, eksterminacje i „wspomagane wyginięcia” nie miały przed 1945 rokiem swojej wspólnej nazwy. Cześć z nich oburzała opinię publiczną (o ile uzyskała ona o nich wiedzę), jednak nie było pojęciowego wspólnego mianownika, pozwalającego zakwalifikować niektóre zbrodnie jako szczególne, w przeciwieństwie do „zwykłych” okrucieństw, towarzyszących ludzkości od pierwszego (być może jeszcze przed-ludzkiego) Kaina. Nazwę taką wymyślił Polak (i zarazem Żyd), Rafał Lemkin. Termin ludobójstwo (genocide) jako określenie nowego, szczególnego rodzaju zbrodni pojawił się po raz pierwszy w 1944 roku. Jednak to nie samo pojawienie się słowa przewartościowało nasz stosunek do masowego zabijania.

Zbrodnie niemieckie popełnione podczas II wojny światowej wywołały wstrząs i doprowadziły do stworzenia nowych postaw kulturowych wobec ludobójstwa, nie tyle ze względu na samą swoją skalę, lecz przede wszystkim z uwagi na specyficzne okoliczności, które umożliwiły niezwykle silny i głęboki rezonans tych zbrodni w opinii publicznej. Patrząc pod tym kątem na Holokaust, zauważymy, że miał on pewne szczególne cechy, mocno determinujące jego postrzeganie (i zarazem odróżniające go od wcześniejszych ludobójstw):

  • Zagłada Żydów dokonana została w bardzo krótkim czasie;
  • Zbrodnie były „skoncentrowane terytorialnie”, odbywały się w konkretnych, przerażających faktem samego swego istnienia miejscach – fabrykach Zagłady;
  • Istniały również przerażające, wyspecjalizowane i stworzone tylko w tym celu, narzędzia zbrodni;
  • Nie ulegało wątpliwości, że ludobójstwo było intencjonalne: zaplanowane przez czynniki decyzyjne państwa niemieckiego, wykonane precyzyjnie przez wyspecjalizowany aparat tegoż państwa;
  • Zagłada pozostawała w całkowitej zgodzie z ideologią państwa nazistowskiego, jak również z tym, co o Niemcach mówiła propaganda państw alianckich. Tak, Niemcy byli zbrodniczymi potworami, rozpoczęli zaborczą wojnę, a na koniec okazało się, że ich potworność przerasta najgorsze wyobrażenia ich przeciwników.

Okoliczności te warunkowały nienotowaną wcześniej skuteczność morderczych działań. Jednocześnie jednak okoliczności te w momencie ujawnienia zbrodni sprawiały, że nie dało się jej zaprzeczyć. I, co najważniejsze, mimo że była ona łańcuchem wydarzeń, sumą decyzji i czynów tysięcy zaangażowanych w nią ludzi, to w psychice obserwatora mogła zostać potraktowana podobnie jak zbrodnia indywidualna, popełniona przez pojedynczą osobę. Był motyw (zbrodnicza ideologia), był zamiar (jego istnienie ujawniała konferencja w Wannsee), było miejsce zbrodni i narzędzie (komory gazowe w Auschwitz).

Wszystkich tych cech brakowało – w tak namacalnie uchwytnej postaci – wcześniejszym eksterminacjom, które (z nielicznymi wyjątkami, jak wymordowanie na początku XX wieku plemion Herero i Namaqua przez armię niemiecką w Afryce Południowo-Zachodniej) były z reguły procesami rozciągniętymi w czasie i składającymi się z wielu zjawisk, z których tylko cześć dawała się zakwalifikować jako celowe i skoordynowane działania. Do dziś trwają spory, w jakim stopniu za wyginięcie poszczególnych plemion indiańskich odpowiadają bezpośrednie masakry, w jakim głód (czym wywołany?) a w jakim choroby; na ile choroby te zostały rozpowszechnione przez białych celowo, czy można kogoś winić za to, że osadnicy posuwali się spontanicznie na Zachód, i tak dalej. W przypadku Holokaustu, wątpliwości takich nie było.

Ponadto – a może przede wszystkim- w przypadku Holokaustu istniał zbiorowy sprawca, którego można było, emocjonalnie i psychicznie, potraktować jak jednostkę i przypisać jej odpowiedzialność za zbrodnię, tak jak dzieje się to w procesie karnym. Ideologia nazistowska podkreślała jedność i odrębność Niemców; Niemcy generalnie popierali Hitlera, nie tylko w wyborach, które dały mu władzę, ale na znacznie większą skalę po jej przejęciu; Niemcy trwali przy zbrodniczym reżimie do końca. Zarówno sprawca Zagłady, jak i jego ofiara mogli zostać symbolicznie przedstawieni przez osobę, jedną osobę, symbolizująca całą zbiorowość. Ofiarą Holokaustu był Żyd. Sprawcą zaś, w oczywisty sposób – Niemiec.

Odkrycie i ujawnienie zbrodni niemieckich postawiło przed ludzkością w sposób zrozumiały i dający się łatwo objąć kategoriami moralnymi problem odpowiedzialności za eksterminację. Procesy norymberskie toczyły się przeciwko konkretnym jednostkom, ale w wymiarze, który dziś nazwalibyśmy komunikacją publiczną, służyły oskarżeniu zbiorowości. Jednak głównym oskarżeniem, które postawiono Niemcom bezpośrednio po wojnie nie był (jeszcze) Holokaust. Najważniejszy z procesów norymberskich – proces głównych zbrodniarzy wojennych – koncentrował się na odpowiedzialności za wojnę. W dwunastu procesach następczych zagłada Żydów europejskich była ważnym, ale tylko jednym z wątków.

Ein Reich, ein Volk, ein Tat

Przekonanie o szczególnym, wyjątkowym charakterze Zagłady zaczęło rozpowszechniać się dopiero po procesie Adolfa Eichmanna. W przeciwieństwie do procesów norymberskich, dotyczył on wyłącznie odpowiedzialności za Zagładę i był to proces przeciwko jednemu człowiekowi, który w wymiarze symbolicznym stawał się pars pro toto systemu, pre-figurą zbiorowego zbrodniarza. Dzięki niemu ludobójcza machina Holokaustu została ujawniona w całej swojej organizacyjnej złożoności, odseparowana od pozostałych działań nazistowskiego reżimu i – co najważniejsze – zyskała twarz. A była to twarz niepozorna, twarz everyman’a.

Sympatyczny, łysiejący buchalter w okularach, o którego istnieniu opinia publiczna nigdy wcześniej nie słyszała, był kluczowym trybem mechanizmu Zagłady. Bez ludzi takich jak on – sumujących kolumny cyfr, planujących trasy pociągów, obliczających wydajność komór gazowych – Shoah nie byłby możliwy. Eichmann nie był budzącym grozę psychopatą tylko nudnym funkcjonariuszem. Nie posiadał żadnych zapadających w pamięć cech indywidualnych. Mógł być kimkolwiek. Ktokolwiek mógł być nim. Był nimi wszystkimi.

Nasza psychika jest w stanie wytworzyć reakcję moralną tylko w konfrontacji z konkretnym czynem. Remarque to właśnie miał na myśli pisząc, że jedna śmierć to tragedia, ale milion – to statystyka. „Nowa jakość”, jaką w wymiarze komunikacyjnym prezentowało zjawisko Holokaustu polegała na możliwości postrzegania mechanizmu zachowań zbiorowych jak czynu pojedynczego zbrodniarza. Twarz Eichmanna była symbolicznym wizerunkiem zbiorowego sprawcy. Było ich wielu, ale zarazem w pewnym sensie był on jeden. W oczach opinii publicznej suma zbrodniczych działań tysięcy wykonawców stawała się jednym straszliwym „Czynem”.

Była zatem ofiara i był sprawca – zbiorowy, ale dający się potraktować jak jednostka. Miał powód, chciał zabić i zabił; w dającym się wskazać miejscu i czasie, przy użyciu nie budzącego wątpliwości narzędzia. Jeżeli homo sapiens, oprócz wrodzonej potrzeby zabijania posiada także wrodzony instynkt moralny i poczucie sprawiedliwości, to to jest właśnie sytuacja, w której instynkt ten domaga się reakcji.

Naturalna, pierwszą i w pewnym sensie odruchową reakcją na zbrodnię, jest przypisanie sprawcy winy. Na czym jednak właściwie polega ten odruch?

Wina i odpowiedzialność

Pojęcie winy istnieje we wszystkich językach indoeuropejskich, jednak jego znaczenie jest nadzwyczaj niejasne. Wina łączy się z pojęciem długu (jesteśmy komuś coś winni, analogicznie w języku niemieckim: Schuld – schulden) a także grzechu i odpowiedzialności. Wina jest emocją (czuję się winny) oraz oskarżeniem (jesteś winny!). Subtelności te dobrze oddaje  język angielski, rozróżniający guilt jako poczucie winy od fault (wadliwość zachowania, rodząca odpowiedzialność) te zaś z kolei od blame (obwiniać kogoś, zarzucać komuś naganne zachowanie). Dzięki temu, Anglosasi mogą powiedzieć It was your fault and you are to blame for it, so you feel guilty about it co w dosłownym polskim przekładzie nie daje się oddać precyzyjnie (To twoja wina i ty jesteś winny więc czujesz się winny). Języki słowiańskie i germańskie sprzyjają wieloznacznemu posługiwaniu się słowem „wina”, które – w zależności od kontekstu i gramatycznej budowy zdania – może oznaczać wyraźnie różne rzeczy.

Już starożytni Rzymianie zauważyli, że w pojęciu winy zawiera się element obiektywny (naruszenie reguł, popełnienie występku zakazanego przez prawo, co określali słowem iniuria) i subiektywny – stosunek sprawcy, do tego co zrobił, czyli culpa. Dopiero gdy te dwa elementy zostaną połączone w jednym zachowaniu można zarzucić sprawcy, że zrobił coś złego. W culpa nie chodzi przy tym o emocję (poczucie winy), lecz o to, czy osoba popełniająca czyn bezprawny zdawała sobie z tego sprawę i jaka była jej motywacja. Zabicie człowieka stanowi bez wątpienia iniuria (czyli, mówiąc współczesnym językiem prawniczym, bezprawność), jednak sama bezprawność nie przesądza jeszcze o karalności. Jeśli bowiem sprawca działał w samoobronie, uznamy że jego działanie było uzasadnione i nie będziemy obwiniać go o złamanie zakazu zabijania. Brakuje culpa, czyli winy w znaczeniu subiektywnym.

Takie rozumowanie legło u podstaw współczesnej koncepcji winy w prawie karnym i cywilnym. Na ich gruncie odróżniamy winę od bezprawności (rozumianej w znaczeniu zbliżonym do rzymskiego iniuria) i definiujemy ją poprzez niezgrabne, prawnicze słowo zarzucalność. Tę ostatnią wyjaśnić można jako sytuację, w której sprawca wiedział, że postępuje źle albo nie wiedział, ale (w tych konkretnych okolicznościach) mógł był i powinien był to wiedzieć. Winny jest ktoś, czyje zachowanie uznamy za naganne ze względów obiektywnych (nie powinien był tego robić) i jednocześnie subiektywnych (zdawał sobie sprawę, że nie powinien). Nie wystarczy przy tym, że dany sprawca, w danej sytuacji czegoś nie wiedział. Zapytamy jeszcze, czy inny – normalny, przeciętny człowiek na jego miejscu – mógł to wiedzieć i czy my – obserwatorzy sytuacji – oczekiwalibyśmy, że będzie wiedział. To najtrudniejszy i najmniej zrozumiały dla osób spoza prawniczego świata element procesu karnego. Czy mijając obojętnie osobę leżącą nieruchomo na chodniku jestem winien jej śmierci, jeśli okaże się że umierała na zawał, a ja nie wezwałem pomocy, sądząc że to „zwykły pijak”? To – w ocenie sędziego – będzie zależało od dziesiątków szczegółów, na podstawie których będzie on starał ustalić, czego oczekiwalibyśmy od normalnego przechodnia – świadka takiej sytuacji. Jak ubrany był leżący? W jakiej był pozycji? Czy przechodziłem na tyle blisko że miałem szansę zauważyć, że nie czuć od niego alkoholu? Czy powinienem był to sprawdzić? I tak dalej…

Dopiero tak rozumiana wina rodzić może odpowiedzialność. Ta ostatnia oznacza ponoszenie konsekwencji zawinionego zachowania. Jeżeli jestem winien czyjejś śmierci, to poniosę odpowiedzialność – czyli karę. W potocznej polszczyźnie oba znaczenia łączą się, co sprawia, że najczęściej utożsamiamy przypisanie komuś winy z jakąś formą kary. W kontekście masowych zbrodni prowadzi to w tym kontekście do pytania: czy można przypisać winę i odpowiedzialność zbiorowości (grupie) oraz jakie konsekwencje – i przez jaki czas – zbiorowość uznana za winną powinna ponosić?

Wina po Holokauście

Przypisanie winy w znaczeniu opisanym powyżej (zarzucalności) jest procesem intelektualnym (zastanawiamy się, czy sprawca wiedział, że może i powinien zachować się inaczej), ale również emocjonalnym. Ostatecznie bowiem, obwiniając kogoś, nie tylko myślimy, ale też czujemy, że coś w jego zachowaniu było „nie w porządku”. Takiej oceny dokonać można jednak wyłącznie w stosunku do indywidualnego sprawcy. Tylko konkretna osoba posiada bowiem rozum i sumienie, a to właśnie odwołanie do tych dwóch atrybutów pozwala ocenić jej wiedzę – nie tylko w zakresie świadomości tego co zrobiła, ale też w zakresie jej rozeznania co do moralnej oceny, tego co zrobiła.

Tego „mechanizmu przypisania winy” nie sposób zastosować w stosunku do zbiorowości. Siłą rzeczy, ta ostatnia składa się bowiem z wielu jednostek, których indywidualne wybory i zachowania były różne – i różny był też ich stopień zawinienia. Pojęciowo i logicznie nie da się znaleźć tutaj wspólnego mianownika. Jednak szczególne postrzeganie Holokaustu, zwłaszcza po procesie Eichmanna, narzucało poniekąd przymus zastosowania tego właśnie mechanizmu. Skoro – na pewnym poziomie percepcji – w psychice obserwatorów Zagłada była traktowana jak jeden czyn, mający jednego, choć zbiorowego sprawcę, to sprawca ten musiał być w jakiś sposób winny.

Poczucie to nie było obce samym Niemcom. Jednak już w 1946 roku Karl Jaspers w słynnym eseju Zróżnicowanie niemieckiej winy (Die Schuldfrage) stanowczo opowiedział się za rozumieniem winy wyłącznie jako kategorii indywidualnej. Odpowiedzialność, czyli konsekwencje przypisania winy zależeć miały zaś od jej charakteru: winy kryminalnej, politycznej, moralnej lub metafizycznej. Tę ostatnią – najszerszą, stanowiącą pewnego rodzaju „wspólny mianownik zawinienia” – Jaspers zdefiniował jako „solidarność między ludźmi jako ludźmi, na mocy której każdy obarczony jest współodpowiedzialnością za wszelkie zło i niesprawiedliwość na ziemi, a zwłaszcza za przestępstwa dokonane w jego obecności lub z jego wiedzą”. Ten rodzaj winy – według filozofa – nie pociągał jednak za sobą odpowiedzialności. Był on bowiem koniecznym elementem kondycji ludzkiej, w której nieuchronnie zbiegają się instynkt czynienia zła i zdolność jego moralnego rozpoznania. W konsekwencji, winni – skazani na winę – jesteśmy przez sam fakt życia we wspólnocie ludzkiej. Zawsze bowiem będziemy albo popełniać zło, albo – w najlepszym wypadku – będziemy jego bezradnymi świadkami. Instancją – konkludował myśliciel z Heidelbergu – jest tu tylko Bóg.

Ten przygnębiający egzystencjalizm nie wykluczał jednak rozumowania bardziej pragmatycznego. W odniesieniu do zbrodni popełnionych w trakcie II wojny światowej – postulował Jaspers – zastosowanie znaleźć powinny pozostałe kategorie winy. Kryminalna i moralna (będące odpowiednikami iniuria i culpa) – w odniesieniu do czynów konkretnych jednostek, które odpowiedzialność (wyłącznie indywidualną!) powinny ponieść przed sądem lub własnym sumieniem; polityczna – w odniesieniu do decydentów, ale też w odniesieniu do każdego obywatela: „Posiadając obywatelstwo państwowe ponosi się skutki działalności państwa, którego władzy podlegam i którego ład decyduje o moim życiu”. Taka definicja „winy politycznej” przenosi ją pojęciowo w obszar odpowiedzialności. Winnym można być tylko indywidualnie, jednak odpowiedzialność za czyny jednostek ponosić może zbiorowość – i na tym polega właśnie wina polityczna. Wspólnota polityczna jest odpowiedzialna za czyny popełnione przez jej członków, mimo że uczestniczyli oni w zbrodniach w różnym (lub nawet żadnym) stopniu.

Definiując w ten sposób „winę polityczną” (w istocie – jako zbiorową odpowiedzialność wspólnoty politycznej za czyny popełnione przez jej członków), Jaspers dokonał rozróżnienia, które posłużyło zarówno jako fundament aksjologiczny nowego państwa niemieckiego, jak również jako pragmatyczna podstawa jego polityki wobec przeszłości.

Bundesrepublik powstała jako państwo, którego obywatele – Niemcy – nie czują się winni zbrodniom nazizmu, jednak poczuwają się do odpowiedzialności za nie. Jak każda generalizacja, również i to stwierdzenie jest uproszczeniem, jednak tak właśnie sformułowały swój stosunek do przeszłości niemieckie elity polityczne. Odpowiedzialność ta, zwłaszcza w interpretacji dokonanej przez pokolenie Adenauera, polega przede wszystkim na szczególnym zobowiązaniu niemieckiej wspólnoty politycznej do zapobiegania „powtórce z historii”. Może polegać również – ale tylko może – na materialnym zadośćuczynieniu ofiarom; obowiązek takiego zadośćuczynienia nie powstaje jednak automatycznie w nieograniczonym zakresie. W praktyce, realizowany był przez państwo niemieckie raczej niechętnie i oszczędnie. Można zżymać się na cynizm takiej polityki, jednak nie sposób nie zauważyć, że okazała się ona niezwykle skuteczna. Republika bońska zaspokoiła oczekiwania swoich obywateli, uwalniając ich od poczucia winy (zarówno tych, którzy pragnęli uporać się z nim poprzez rozliczenie z przeszłością, jak i tych, którzy woleli je wyprzeć), a zarazem stworzyła na arenie międzynarodowej wizerunek państwa, które zerwało historyczne continuum i na którym nie ciąży odium zbrodni.

W ten sposób Niemcy wyrwali się z pułapki postrzegania Holokaustu jako źródła zbiorowej, niemieckiej winy. Nie nastąpiło to oczywiście od razu, jednak w ten właśnie sposób można podsumować długi (i nierzadko burzliwy) proces budowania niemieckiej świadomości i autoidentyfikacji wobec nazistowskiej przeszłości. I to właśnie ten proces doprowadził dzisiaj – trzy pokolenia po Auschwitz – do oburzającej Polaków sytuacji, w której winę za komory gazowe ponoszą coraz bardziej abstrakcyjni „naziści”, nie zaś Niemcy.

Jak można osądzić narody?

Niemieckie podejście do odpowiedzialności za zbrodnie popełnione przez własną wspólnotę polityczną rozwiązało problem immanentnej wydawałoby się sprzeczności: nie wymaga ono bowiem wypierania faktu popełnienia zbrodni (ani umniejszania jej zakresu), a jednocześnie zdejmuje z członków wspólnoty odium zbiorowej winy, ciążącej bez końca nad kolejnymi pokoleniami. Jaspersowska wina kryminalna i moralna dotyczy przeszłości, w teraźniejszości zaś rodzi jedynie odpowiedzialność polityczną, rozumianą jako obowiązek upamiętnienia zbrodni i zapobiegania popełnianiu nowych – bez konieczności bezustannego bicia się w piersi za czyny przodków. Z punktu widzenia każdej wspólnoty, starającej się uporać z ciemnymi stronami własnej przeszłości rozwiązanie to powinno być więc traktowane jako modelowe. Z punktu widzenia wspólnot, które padły ofiarą zbrodni – już niekoniecznie, jednak zauważmy, że oferuję im ono pewną formę symbolicznego zadośćuczynienia.

Jednak modelowość tego rozwiązania wynika też po części z unikalnego charakteru niemieckich zbrodni. Bez niego Niemcy nie byliby zmuszeni zmierzyć się z własną przeszłością tak rzetelnie i zapewne uciekliby w wyparcie i niepamięć, jak zrobiła to na przykład Japonia. Prowadzi to do szczególnego paradoksu: wiele państw, uwikłanych w dyskurs winy i odpowiedzialności nie jest w stanie zastosować jaspersowskich kategorii do własnej praktyki politycznej ze względu na to że ich przewiny nie były aż tak straszliwe – i przez to właśnie nie może wyrwać się z błędnego koła metafizycznej winy, obciążającej na wieki całą społeczność (przed czym społeczność ta próbuje uciekać, negując i wypierając zbrodnie, co prowadzi do jeszcze intensywniejszego obciążania jej przez społeczność ofiar).

Okrucieństwom, jakie popełniano w imię wspólnot narodowych w XX wieku brakuje zwykle części cech, które łącznie przesądziły o wyjątkowości Holokaustu. Rzezie dokonywane przez OUN-UPA na Polakach  były wprawdzie zaplanowane i zrealizowane przez zorganizowaną strukturę, jednak struktury tej nie da się w prosty sposób utożsamić z ukraińską państwowością – ani jakąkolwiek dawniejszą, ani tym bardziej dzisiejszą (w każdym razie nie w tak oczywisty sposób, w jaki uznać możemy reżim Hitlera za emanację państwowości niemieckiej). Większość Polaków z oburzeniem odrzuca myśl, że jako wspólnota moglibyśmy ponosić winę (lub odpowiedzialność) za zachowania szmalcowników – zbrodni tych nie zorganizowała żadna struktura quasi-państwowa, brakuje im planu i nie mają one nawet dającego się wskazać miejsca ich popełnienia (co w wymiarze symbolicznym jest bardzo istotne). Jednak Polacy domagają się od Ukraińców co najmniej respektowania pamięci o naszym cierpieniu, zaś Żydzi – ku naszemu zdumieniu i oburzeniu – postrzegają nas jak pomocników Hitlera, lub – w najlepszym wypadku – jako beztroskich obserwatorów Zagłady.

Czy istnieje jakiś – na początek choćby intelektualny – schemat rozwiązania tych sporów, tak aby uciec od dualistycznego mechanizmu obwiniania i zaprzeczania? Ten ostatni bowiem głęboko deterioruje relacje międzynarodowe. W czasach, w których status ofiary przynosi wymierne korzyści materialne i polityczne, działa on doraźnie na korzyść tych wspólnot, które dysponują większą siłą medialnego przebicia (zachęcając je tym samym do rzucania jak najcięższych oskarżeń). Medialne przypisanie zbiorowej, niestopniowalnej w żaden sposób winy na dłuższą metę rodzić jednak będzie głęboki resentyment ze strony poniżonych w dyskursie medialnym „sprawców”. Resentyment, który za jakiś czas może obrócić się przeciwko chwilowym zwycięzcom w taki sposób prowadzonej „debaty” (doskonale widać to po gwałtownie zmieniającym się na przestrzeni ostatnich miesięcy stosunku Polaków do Izraela). Niezależnie od tego zaś, dyskurs „obwiniania i zaprzeczania”, oparty na przekrzykiwaniu, oddala nas od historycznej prawdy i elementarnej sprawiedliwości.

Szukając uczciwego historycznie i możliwego politycznie rozwiązania problemu odpowiedzialności, konieczne jest stworzenie analogii pomiędzy wspólnotą a jednostką. W sensie filozoficznym tylko ta ostatnia zdolna jest bowiem do ponoszenia winy. W wymiarze politycznym i komunikacyjnym potrzebny jest jednak mechanizm, który pozwoli „przenieść” kryteria jej przypisania z osoby na zbiorowość. Analogia taka nie będzie nigdy w pełni sprawiedliwa (ani poprawna logicznie), jednak tylko na jej gruncie możliwe jest spotkanie oczekiwań ofiar z potrzebami wspólnoty, od której ofiary domagają się zadośćuczynienia.

W istocie chodzi o znalezienie kryteriów, w oparciu o które oceniać by można stopień zarzucalności zachowania danej wspólnoty w określonych sytuacjach historycznych, czyli o stworzenie pojęcia analogicznego do indywidualnej culpa, jednak dającego się zastosować do zbiorowości. Ocena winy zbiorowej w tym znaczeniu mogłaby być dokonana w oparciu o trzy kryteria:

  • warunki, w jakich działała dana społeczność, w czasie gdy dopuszczała się zbrodniczych zachowań (np. czy działała pod presją okupacji – której warunki mogły być zróżnicowane, jak miało to miejsce w Europie Środkowo Wschodniej w latach 1940-1945);
  • poziom akceptacji wśród członków społeczności dla dokonywanych zbrodni i ich skala zaangażowania w popełnianie ich lub w przeciwdziałanie nim;

– obydwa składające się na to, co u indywidualnego sprawcy nazwalibyśmy motywem i wreszcie

  • stopień zorganizowania zbrodniczej działalności – stanowiący odpowiednik indywidualnego zamiaru;

Zastosowanie takiego schematu oceny zachowań zbiorowości wymagałoby przede wszystkim rzetelnego oparcia na faktach – i już to stanowiłoby jego ogromną zaletę. Jednocześnie proponowany tu sposób myślenia pozwala na zniuansowanie stopnia „winy zbiorowej” i być może daje szansę na oderwanie dyskursu publicznego od manichejskiego podziału wyłącznie na sprawców i ofiary, który – zwłaszcza w kontekście dyskusji dotyczącej (współ)udziału narodów europejskich w Holokauście – prowadzi do absurdalnej reductio ad Hitlerum i może skutkować narastaniem wrogości pomiędzy państwami.

Esej pochodzi z 53. teki czasopisma Pressje pt. „Żyd-Polak”. Zapraszamy do nieodpłatnego pobrania numeru w wersji elektronicznej.