Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Wójcik  16 grudnia 2013

Tradycja w czasach ponowoczesnych

Piotr Wójcik  16 grudnia 2013
przeczytanie zajmie 5 min
Tradycja w czasach ponowoczesnych flick, Noud!

W czasach nieustannego biegu w kierunku wciąż na nowo stawianych sobie celów, w epoce chwilowych mód, pięciominutowych okresów sławy i posiłków trwających mgnienie oka, tradycjonalizm musi wydawać się postawą wyjątkowo niepraktyczną. Skoro wszyscy dookoła wytężają wzrok, by dostrzec jak najwięcej szczegółów czekającej na nich przyszłości, spoglądanie w tył musi być traktowane jako zwykła strata czasu. A tymczasem to zaniedbywanie nauk, jakie daje przeszłość, jest jednym z największych błędów współczesnego człowieka, który zamiast uczyć się na błędach przodków, uczy się na własnych.

Człowiek pozbawiony tradycji kulturowej, którą tworzą między innymi wartości, obyczaje, wspólne nadawanie sensu napotykanym zjawiskom oraz kultura materialna, jest niezdolny do normalnego funkcjonowania. Tworzona przez wieki tradycja daje nam niezbędne kryteria rozumienia rzeczywistości i odróżniania dobra od zła. Tylko będąc osadzonym w zrozumiałej dla siebie tradycji można logicznie myśleć i działać. W czasach „płynnej nowoczesności”, w których prawda wydaje się coraz bardziej nieuchwytna, a społeczna tożsamość rozmyta, człowiek staje się zagubiony – traci oparcie dla zmysłów. Jaki jest pożytek z widzenia, skoro nie do końca wiadomo, co się widzi? Co nam da znakomity słuch, skoro dochodzące do nas sygnały przypominają jedynie chaotyczną kakofonię? Właśnie współcześnie najlepiej widać niezbędną rolę, jaką odgrywa w naszym życiu zrozumiała i akceptowana tradycja. Oczywiście w epoce produkcji masowej istnienie różnych tradycji jest nie na rękę producentom, którzy starają się zunifikować kulturę na całym globie, narzucając komercyjne i jednakowe dla całej ludzkości standardy rozumienia i smaku. Po co wymyślać sto rodzajów płaszczy, skoro można wymyślić jeden i wmówić wszystkim dookoła, że to właśnie ten jest idealny? Współczesna różnorodność, którą próbuje się nam wmówić, jest pozorna. Nawet jeśli do wyboru mamy kilkadziesiąt modeli butów adidasa, to w salonie tej firmy w Madrycie dostępne będą prawdopodobnie dokładnie te same modele, co w innej części świata. Ludzie w krajach rozwiniętych zaczynają wyglądać prawie tak samo, a różni ich już tylko kolor skóry i fizjonomia. I nic nie dadzą tu dredy, tatuaże czy jaskrawe kolory ubrań – są one co najwyżej przejawem desperackiej walki z obecnymi trendami.

Na szczęście tradycja to nie tylko wytwory materialne, ale coś dużo więcej – wspólne wartości i historie. Bez nich zupełnie nie wiedzielibyśmy, jak rozumieć rzeczywistość, do czego dążyć, czym jest szczęście człowieka. Gdy kultura materialna przestała już być nośnikiem tradycji, a stała się jedynie produktem namysłu speców od marketingu, jeszcze większego znaczenia nabiera głębszy wymiar tradycji – aksjologiczny i epistemologiczny.

Tradycja jest niezbędna nie tylko do odnajdywania się w rzeczywistości, ale także do uczenia się, gdyż tylko wewnątrz niej można robić postępy. Jakikolwiek ruch zakłada znajomość celu, do którego się zmierza, bo bez niego nigdy nie mamy pewności, czy nie zmierzamy przypadkiem w złym kierunku. A cele w najszerszym sensie zapewnia nam właśnie tradycja; dopiero na ich podstawie tworzymy teosobiste. Wychowani w kulturze łowców reniferów raczej nie dążylibyśmy do wybudowania domu, bo nijak by się on nam nie przydał podczas przemierzania bezdroży w ślad za stadem. Idąc dalej, żeby wiedzieć jak coś robić lepiej, trzeba poznać też kierunek odwrotny i istotę czynienia tego gorzej. Przydatna byłaby także wiedza, jak wykonywać coś możliwie najlepiej. A wzorce do tego potrzebne musimy czerpać z doświadczeń najwybitniejszych przedstawicieli danej tradycji lub też, ku przestrodze, poznając błędy osób w naszej tradycji napiętnowanych. Tutaj ujawnia się jeszcze jeden aspekt tradycji – by twórczo na nią wpływać, trzeba być wewnątrz niej. Tylko człowiek osadzony w danej tradycji, uznający jej naczelne zasady i szanujący jej wartości, może ją zmieniać. Ktoś, kto jawnie wobec niej występuje, podważając jej fundamenty, nie zmienia wcale danej tradycji, lecz walczy z nią, czasem rozpoczynając tworzenie nowej, ale najczęściej powodując jedynie zamęt. Dlatego politycy nawołujący do „zerwania z polskością” lub dziennikarki opowiadające o „normalnych, europejskich” poglądach nigdy nie zmienią polskiej tradycji, gdyż już dawno od niej odeszli.

W tym momencie dochodzimy do sedna rozważań. Co w istocie znaczy być tradycjonalistą? Czymże jest tradycjonalizm w codziennej krzątaninie? Czym się objawia? Nie jest to na pewno zamknięcie się na współczesność, zasłonięcie oczu przed obecnymi trendami i zjawiskami. Ale nie oznacza także pogodzenia się z zastaną rzeczywistością, stwierdzenie, że „tak już widocznie musi być”. Jest to raczej przyjęcie strategii, którą Benedykt XVI nazwał „hermeneutyką ciągłości”, co oznacza interpretowanie obecnej rzeczywistości w duchu tradycji, stawiając współczesne wyzwania naprzeciw konstytuujących jącech i czerpiąc z niej podczas radzenia sobie z problemami wcześniej w jej ramach nierozwiązanymi. Tylko takie podejście zagwarantuje rozwój oraz aktualność przekazu. Pójście na łatwiznę i stwierdzenie, że nasi przodkowie już wszystko wyjaśnili, oznacza jedynie, że pozwolimy, by nasza tradycja leżała odłogiem. Gilbert Chesterton napisał w „Ortodoksji”: Tradycję można zdefiniować jako rozszerzenie prawa wyborczego, jest ona bowiem udzieleniem prawa głosu najbardziej zapomnianej ze wszystkich klas – naszym przodkom. O ile genialny Anglik stawiał tu nacisk na pamięć o przeszłości, to z tych słów wyłania się przecież coś jeszcze – skoro to „rozszerzenie prawa wyborczego”, to głos nas, współczesnych, jest równie istotny jak naszych przodków. Poważnie traktowana tradycja jest w istocie dialogiem pomiędzy nami a poprzednikami. Nie jest monologiem – ani ich, ani naszym. Gdy zapomnimy o konieczności rozwoju tradycji, będzie to równoznaczne z zapomnieniem samej tradycji, czyli z czymś wydawałoby się przeciwnym. Nie możemy walczyć z niegodnymi według nas przejawami rzeczywistości za pomocą mieczy, gdy wszyscy dookoła używają dronów. Czerpanie z tradycji podczas mierzenia się z coraz to nowymi problemami i znajdywanie na nie rozwiązań w jej obrębie powoduje jej aktualizację i rozwój. Uporczywe stanie w miejscu lub wspominanie z rozrzewnieniem dawnych czasów spowoduje jedynie, że w najlepszym wypadku spotkamy się z drwiną.

Nie ulega wątpliwości, że za współczesne powszechne traktowanie tradycjonalizmu jako nieżyciowego dziwactwaw wielkiej mierze odpowiadają przeróżne nurty na prawicy, często sprowadzające go do absurdu. O ile sympatię wobec ustroju społecznego średniowiecza można jeszcze zrozumieć, to już chęć przeniesienia tegoż ustroju w czasy współczesne, obecna u różnych grup od monarchistów do libertarian (co zresztą czasem jest tożsame), musi wprawiać w osłupienie. Czasy, w których państwo de facto nie istniało, a siła robocza była nie tyle tania, co darmowa, wielokrotnie pewnie goszczą w marzeniach sennych wolnorynkowych ekstremistów, choć oczywiście nie są oni w nich nigdy chłopami pańszczyźnianymi, a najczęściej zapewne panami feudalnymi podczas realizacji prawa pierwszej nocy. Jednak mina by im zrzedła, gdyby w końcu doszło do nich, że tamtejszy podział pracy średnio pasuje do produkcji iPhone’ów, a jedną z nielicznych „atrakcji”, która na nich czeka, oprócz „chędożenia” dziewek swoich wasali, jest strzelanie z łuku. Odtworzenie gospodarki opartej o swobodną działalność zgrupowanych w cechach drobnych rzemieślników niechybnie doprowadziłoby do tego, że w XXI wieku moglibyśmy co najwyżej wyrabiać miecze i młoty (czego namiastką jest nasza oparta o sektor MSP nieinnowacyjna gospodarka), nie przeszkadza to jednak co jakiś czas zwolennikom podobnych teorii wysuwać postulatów mniej lub bardziej do tego prowadzących. Fani średniowiecznej hierarchii społecznej są w podobny sposób uwikłani w hipokryzję – ich zapał pewnie zdecydowanie by osłabł, gdyby się okazało, że trafili oni na samo dno drabiny społecznej, a ich pan feudalny to Vlad Tepes, znany lepiej jako Palownik, czyli pierwowzór popkulturowego Draculi.

Oczywiście wciąż spotykane są także osoby (na szczęście już bardzo rzadko), które najchętniej przywiązałyby żonę sznurem do rury biegnącej pod zlewem w kuchni, lecz łączenie w jakikolwiek sposób tak ciężkich przypadków z tradycjonalizmem jest tak samo uprawnione, jak nazywanie spekulantów giełdowych przedsiębiorcami, dlatego też nimi nie warto się zajmować podczas dyskusji nad tradycją.Dwoma pierwszymi przykładami – zwolennikami średniowiecznej gospodarki i zapalonymi monarchistami – jak najbardziej, ponieważ między innymi właśnie oni wypaczają sens, w jakim powinien być rozumiany współcześnie tradycjonalizm, który nie oznacza wcale bezrefleksyjnego powrotu do przeszłości czy też bezkrytycznego spojrzenia na osiągnięcia przodków.