Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Rokita: Opozycja nie zmieni Ukrainy

przeczytanie zajmie 5 min
Rokita: Opozycja nie zmieni Ukrainy Facebook/ Euromaidan

Od kilku dni jesteśmy świadkami trwających na Ukrainie protestów. Czy kapitał społeczny zgromadzony na Majdanie w Kijowie uda się przekuć na potencjał polityczny, mogący wpłynąć na zmianę ukraińskiej sceny politycznej?

Nie można tego wykluczyć, choć powstały istotne trudności. Po pierwsze, opozycja pokazuje, że nie jest w stanie zagospodarować społecznego niezadowolenia, stanąć na czele protestujących, przekuwając ich złość na konkretne działania. Poza tym należy pamiętać, że ten bunt rozpoczął się oddolnie i nadal pozostaje – mimo wielu doniesień medialnych – buntem „ulicy”. Po drugie, działanie utrudnia tutaj brak wymiernego celu. W 2004 roku, podczas pomarańczowej rewolucji, takim celem było powtórzenie drugiej tury wyborów i wygranie przez Wiktora Juszczenkę wyborów prezydenckich. Tymczasem obecnie cel jest mniej namacalny, a przez to władzom łatwiej rozładować napięcia społeczne. Nie zapominajmy poza tym, że z około 200 tysięcy osób, które protestowały w Kijowie w niedzielę wieczorem, pozostało kilkanaście [środa wieczorem – przyp. red.]. Istnieją też inne trudności: na Majdanie jest zimno, nocą temperatura spada do minus kilku stopni. Wschód ma pecha do rewolucji – protesty najczęściej wybuchają zimą; tak było na Białorusi w 2010 roku, w Rosji w 2011 roku, tak jest na Ukrainie obecnie.

Scenariuszy zmian jest wiele. Janukowycz wykonał kilka gestów-ustępstw – np. zdymisjonował szefa kijowskiej milicji czy poprosił o spotkanie z szefem komisji europejskiej José Manuelem Barroso – ale wtorkowe fiasko odwołania rządu Mykoły Azarowa, wobec sprzeciwu Partii Regionów, pokazuje, że nie jest gotów na wycofanie się ze swojej pozycji. Dziś największymi ustępstwami władzy jest niestosowanie siły wobec protestujących, którzy okupują kilka budynków, w tym gmach rady miejskiej w Kijowie.

Jeśli protesty będą się wzmagać, niewykluczone, że Janukowycz „rzuci na pożarcie” kilku polityków. Może powstać rząd z udziałem opozycji, może powstać nowy rząd obecnej koalicji Partii Regionów i komunistów. W tych i innych wariantach, kiedy opozycja dojdzie do władzy w parlamencie częściowo bądź – w razie przyśpieszonych wyborów parlamentarnych – zdobywając większość w Radzie Najwyższej, bardzo prawdopodobna jest walka trzech opozycyjnych sił: UDAR Kliczki, Batkiwszczyny Jaceniuka i Swobody Tiahnyboka. Te partie idą póki co wspólnie, ale tarcia między nimi są ogromne; między ich liderami dojdzie do konfliktu tak czy owak – najpóźniej za rok, przed wyborami prezydenckimi. Paradoksalnie więc dopuszczenie opozycji do władzy może być dla tej pierwszej porażką. Scenę polityczną, a głównie opozycyjną, zrewolucjonizowałoby oczywiście zwolnienie z więzienia Julii Tymoszenko – pod warunkiem, że na wolność wyszłaby na Ukrainie oraz że zachowałaby bierne prawo wyborcze.

I wreszcie w większości wariantów Ukraińcy i tak dojdą do ściany – problemem tego państwa jest brak elit politycznych, które mogłyby w odpowiedzialny sposób rządzić krajem, oraz fakt, że państwo jest uzależnione od grup oligarchicznych, które mają ogromny, często decydujący wpływ na politykę Kijowa.

Wariantów rozwiązania obecnej sytuacji jest naprawdę wiele i trudno teraz jednoznacznie przewidzieć, jak ukraińska scena polityczna będzie wyglądała za kilka czy kilkanaście miesięcy, choć można założyć, że bardzo podobnie jak dziś.

Najbardziej interesująca wydaje się rola dwóch ośrodków opozycyjnych. Jednym z nich jest partia Witalija Kliczki, z którą wiązane są dość silne nadzieje proeuropejskie, a z drugiej strony mamy ukraińskich nacjonalistów spod znaku Stefana Bandery, którzy również są obecni na Majdanie, a którzy wywołują obawy wielu obserwatorów i komentatorów. Jaki będzie ich wpływ na tę sytuację?

Polityka na Ukrainie jest bardzo spersonalizowana. Partie kojarzone są z osobami liderów i przeważnie popularność partii i popularność jej lidera są ze sobą silnie skorelowane; małe znaczenie odgrywa tam podział na lewicę i prawicę – głównie dlatego, że trudno wyznaczyć tę linię wobec mglistości programów większości sił politycznych. Wymienił Pan partie opozycyjne pierwszą i trzecią, mierząc według popularności liderów: najpopularniejszą siłą opozycyjną jest UDAR Kliczki, drugą Batkiwszczyna Jaceniuka, a dopiero trzecią ugrupowanie Swoboda.

Ukraińska polityka jest również zregionalizowana – w znacznie chociażby większym stopniu niż ma to miejsce w Polsce – stąd Swoboda nie odegra głównej roli: przede wszystkim dlatego, że ze swoimi nacjonalistycznymi hasłami są do zaakceptowania jedynie na zachodzie kraju oraz tylko częściowo w centrum. Swoboda nie powinna zresztą budzić obaw nie tylko dlatego, że nie odegra ona decydującej roli, ale także dlatego, że po wyborach samorządowych w 2010 roku na Ukrainie i dojściu Swobody do władzy w kilku radach miejskich na zachodzie kraju widzieliśmy, że mimo burzliwej retoryki partia ta prowadzi względnie umiarkowaną politykę.

Partie Kliczki i Jaceniuka są popularniejsze, ponieważ ich oferta – głównie z uwagi na to, że programu praktycznie nie posiadają – jest szerzej akceptowana. Na pewno jednak hasła obecne w polskich mediach, o tym, że Kliczko jest tym najbardziej proeuropejskim, są przesadzone. To bunt oddolny, niezagospodarowany dobrze przez opozycję, której znaczenia nie można w protestach przeceniać. Póki co wpływ trzech partii opozycyjnych na protesty jest umiarkowany – nie można go porównywać do wpływu pomarańczowych sił politycznych w 2004 roku.

W tym kontekście więc pojawia się odpowiedź na pytanie: czy Janukowycz zrobił dobrze, nie podpisując umowy? Z punktu widzenia obywatela z pewnością zrobił to w zły sposób, dając do zrozumienia, że decyzje podejmowane są na Ukrainie przez jedną osobę bądź grupę osób oraz że Ukraina jest jego własnością. Stąd ludzie na Majdanie.

Czy zgadza się Pan, że Ukraińcy są patriotycznie nastawieni i pomimo podziałów wewnętrznych najbardziej zależy im na tym, żeby ich państwo istniało i rozwijało się?

Prawdą jest, że Ukraińcy mocno identyfikują się ze swoim państwem. Oczywiście obywatele mają różne wizje tego państwa – inne w Ługańsku, inne w Łucku – ale jednocześnie nikt nie ma wątpliwości, komu kibicować w trakcie meczu piłkarskiego Ukraina-Rosja. Nasz wschodni sąsiad jest krajem podzielonym na wielu płaszczyznach: językowej, historycznej, częściowo nawet religijnej. Nie zmienia to jednak faktu, że choć na drugim, trzecim stopniu identyfikacyjnym Ukraińcy mogą czuć się „ludźmi sowieckimi”, Europejczykami, prawosławnymi czy muzułmanami, przede wszystkim czują się Ukraińcami. Dlatego też ubiegając ewentualne pytanie: Ukrainie nie grozi rozpad.

Jaka może być przyszłość Partnerstwa Wschodniego?

Partnerstwo Wschodnie to zinstytucjonalizowana forma współpracy z sąsiadami ze wschodu i nawet jeśli ten program przestanie pewnego dnia istnieć, to pamiętajmy, że jest to tylko format działania – wschodni sąsiedzi nie znikną i będziemy musieli prowadzić wobec nich taką czy inną politykę. Wektor wschodni jest jednym z dwóch, poza południowym, kierunkiem europejskiej polityki sąsiedztwa. Zainteresowanie Brukseli (o czym świadczy kierunek strumienia środków finansowych oraz realnie podejmowane działania) przypada w 2/3 na południe i w 1/3 na wschód. Jest to oczywista dysproporcja.

Co się zaś tyczy konkretnie przyszłości PW – zdaliśmy sobie sprawę, że w zbyt dużym stopniu skupialiśmy się na rozmowach z przywódcami państw objętych programem, a w zbyt niewielkim na społeczeństwach tych krajów. Po szczycie w Wilnie zakładam, że się to zmieni. Poza tym prawdopodobnie oferta skierowana do szóstki krajów PW zostanie bardziej zróżnicowana – jest to konieczne chociażby dlatego, że przykładowo Mołdawia w dużym stopniu zintegrowała się już z Unią Europejską, a Azerbejdżan praktycznie nie bierze udziału w PW.

Kolejną kwestią jest zniekształcenie przez media obrazu tego, czym naprawdę jest Partnerstwo Wschodnie. Nieprawdą jest, że ten program był pomyślany jako mechanizm mający doprowadzić do przyłączenia się krajów nim objętych do Unii Europejskiej. Agenda Partnerstwa zawierała w sobie kwestie związane na przykład ze zniesieniem reżimu wizowego czy liberalizacją gospodarki, ale granicą zawsze było członkostwo w UE, wiążące się z podejmowaniem decyzji o charakterze politycznym.

Rozmawiał Michał Kłosowski