Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Michał Kłosowski, Piotr Naimski  21 listopada 2013

Naimski: Kryzys w energetyce

Michał Kłosowski, Piotr Naimski  21 listopada 2013
przeczytanie zajmie 4 min
Naimski: Kryzys w energetyce flickr, eigirdaz

Kilka dni temu Krzysztof Kilian złożył rezygnację ze stanowiska prezesa zarządu spółki PGE. Pod koniec października miejsca w zarządzie stracili również Bogusława Matuszewska i Wojciech Ostrowski. Czy oznacza to zmianę polityki energetycznej spółki PGE?

Mogę jedynie powiedzieć, że odejście pana prezesa Kiliana, który w czerwcu tego roku stwierdził, że nie jest w stanie podjąć się budowy elektrowni w Opolu, jest spóźnione z punktu widzenia dotrzymania harmonogramu tej inwestycji o kilka miesięcy. Równocześnie wydaje mi się, że trzeba brać pod uwagę aspekt polityczny tego wydarzenia. Pan Krzysztof Kilian uważany był do tej pory za jednego z najbliższych ludzi premiera Donalda Tuska. Spośród grona osób najbardziej zaufanych, w obecnej ekipie obecnie rządzącej został premierowi już tylko Jan Krzysztof Bielecki. To jest widoczna oznaka erozji jego obozu politycznego oraz osamotnienia samego Tuska. Słyszymy, że Rada Nadzorcza PGE ogłasza konkursy na stanowiska prezesa i wiceprezesów spółki. Miejmy nadzieję, że to nie wpłynie na decyzje inwestycyjne związane w szczególności z rozpoczęciem budowy elektrowni w Opolu, z czym zwlekamy już od lata tego roku. Teraz mówi się – a właściwie mówiło do momentu dymisji dwóch wiceprezesów i prezesa zarządu PGE – o przesunięciu tego terminu do końca roku. Na posiedzeniu sejmowej komisji gospodarki prezes Kilian i wiceminister skarbu państwa Zdzisław Gawlik zapewniali, że gwałtownie poszukiwane są rozwiązania, także i finansowe, które pozwolą spółce PGE te inwestycje wprowadzić w życie. Miejmy nadzieję, że to wszystko nie zostanie zatrzymane, dlatego że opóźnienia w tej kwestii mogą skutkować niebezpiecznym obrotem zdarzeń w latach 2016-17-18, kiedy m.in. ta systemowa elektrownia powinna być już oddana do użytku.

W środowisku energetycznym jednak od dawna krążą sprzeczne opinie dotyczące tego, czy nowe bloki w Opolu w ogóle powstaną. Mówi się, że nie jest to inwestycja opłacalna. Jakie według Pana rysują się perspektywy?

Elektrownia w Opolu jest oczywiście potrzebna polskiej gospodarce, polskiemu systemowi energetycznemu. To jest 1800 MW, które są bezwzględnie niezbędne dla utrzymania bezpieczeństwa dostaw energii w Polsce. Elektrownia jest strategicznie położona geograficznie i to dodatkowo zwiększa jej znaczenie dla całego systemu energetycznego w kraju. Od tego typu inwestycji, do których należy m.in. elektrownia w Opolu, zależy bezpieczeństwo energetyczne Polski.

Nie jest ważne to, jakim kosztem te inwestycje zostaną przeprowadzone?

Ważne, ale za bezpieczeństwo te czasem trzeba zapłacić. Oczywiście, przy obecnych warunkach tzw. rynkowych, kiedy próbuje się stworzyć biznes-plan dla elektrowni mającej funkcjonować przez 40 lat, przy ogromnej niepewności dotyczącej cen emisji CO2, czy też ceny hurtowej energii elektrycznej, wymagane są pewne gwarancje ze strony państwa, które w końcu odpowiada za bezpieczeństwo energetyczne. Inne kraje europejskie mają podobne problemy. Np. w Wielkiej Brytanii w tej chwili rozpoczynana jest budowa nowej elektrowni atomowej. Będzie ją budował francuski EDF. W związku z tym, wypracowany jest model nowego rodzaju kontraktu długoterminowego, który inwestorowi zapewnia podstawowy zwrot z inwestycji.

Ważnym punktem drugiego exposé premiera Tuska była energetyka. Przeznaczył on 60 miliardów na sektor energetyczny do 2020 roku. Czy w wypadku opóźnień kluczowych projektów, te pieniądze pozostaną niewykorzystane?

O to, jak w ogóle sobie to wyobrażał, trzeba by było zapytać samego premiera Donalda Tuska. Ważne jest, że do roku 2018 – 19 musi być w Polsce zbudowanych około 6000 MW nowych mocy w energetyce. Trzeba zastąpić te elektrownie, które są stare, mało wydajne i wyeksploatowane. Na to pieniądze oczywiście muszą się znaleźć. Na szczęście, nasze spółki energetyczne, po restrukturyzacji całego sektora przez rząd PiS w 2007 roku, nie mają większych problemów z finansowaniem tych inwestycji. Problem jest przede wszystkim regulacyjny. Nie jest łatwo zbudować biznes plan dla takiej inwestycji przy tak dużej ilości niewiadomych, z którymi obecnie mamy do czynienia. To jest skutek zarządzeń i regulacji, które płyną do Polski z Unii Europejskiej, a także marnej kondycji i efektywności polskiego górnictwa węgla kamiennego.

Jesteśmy zagrożeni niedoborem mocy już po 2016 roku. Czy w obliczu opóźnień ważnych inwestycji i wciąż nieprzyjętym Polskim Programem Energetyki Jądrowej, polski rząd jest w stanie zapewnić bezpieczeństwo energetyczne?

Rzeczywiście, może być to problem. Jeśli jednak inwestycje, które są projektowane, czyli elektrownia w Opolu, elektrownia w Jaworznie i Turowie, czy też rozpoczęta budowa elektrowni w Kozienicach, będą kończone według przyjętych harmonogramów, to mamy duże szanse, że ten kryzys nie będzie katastrofalny w roku 2018.

Jaki wpływ na Polskę ma tendencja ograniczania programów atomowych w Europie?

Wpływ tych działań jest głownie psychologiczny. Równocześnie trzeba pamiętać, że np. w Szwecji, która ogłasza już od wielu lat, że nie będzie budować elektrowni nuklearnych, w dalszym ciągu utrzymuje się 30% produkcji prądu elektrycznego właśnie z elektrowni atomowych, które są stale modernizowane. Szwedzi nie rezygnują z energetyki nuklearnej. Finowie, których trudno podejrzewać o działania na szkodę środowiska naturalnego, właśnie kończą budowę jednej elektrowni i już mówią, że będą budować drugą. Do energetyki nuklearnej trzeba więc podchodzić zdroworozsądkowo. W Polsce nie mamy takich pomysłów, żeby zastąpić węgiel energetyką nuklearną, żeby dojść do takiego poziomu jaki jest np. we Francji, gdzie 80% zapotrzebowania energetycznego oparte jest właśnie o energetykę nuklearną. Powinniśmy jednak dążyć do zróżnicowania sposobów produkcji prądu elektrycznego, zachowując węgiel jako podstawowy nośnik energii. Powinniśmy mieć także dostęp do innych technologii, m.in. technologii nuklearnej. Różnicowanie technologii produkcji energii elektrycznej jest oczywiście pożądane dla zwiększenia bezpieczeństwa dostaw. To jest kwestia trzech do sześciu tysięcy MW, pochodzących właśnie z elektrowni atomowej, co stanowić będzie kilkanaście procent zapotrzebowania na energię w naszym kraju. Elektrownia atomowa jest droga w budowie i bardzo tania w eksploatacji. To dlatego np. Anglicy i Finowie je budują. Trzeba też mieć świadomość, że wokół Polski działają elektrownie atomowe. Poza instalacjami starszej daty, budowane są też nowe, np. w Obwodzie Kaliningradzkim czy na Białorusi, blisko naszej granicy. Rezygnując z ich budowy w Polsce, nie uciekniemy przed atomowymi elektrowniami,

Czy jest prawdopodobne, że energetyka w końcu stanie się kluczowym tematem w debacie publicznej?

Myślę, że na szczęście kwestie energetyki są już w tej chwili obecne w głównym nurcie debaty o gospodarce. Może Pan zauważył, że na ”łupkach” znamy się już prawie tak samo, jak na „zdrowiu” albo „sporcie”. Czego potrzeba, to rzetelnej informacji o zaletach i wadach poszczególnych rozwiązań i technologii. To nie powinna być wiedza dostępna tylko ekspertom. W dyskusjach publicznych powinno być mniej sloganów i politycznych sporów na temat polityki energetycznej, a więcej konkretów przekazywanych zrozumiałym dla laików językiem. Nie wystarczy np. nawoływanie do skupienia się wyłącznie na „zielonej energii”. Pamiętać też trzeba, że decyzje takie, jak np. budowa elektrowni atomowej, muszą zyskać oparte na wiedzy poparcie większości Polaków.

Rozmawiał Michał Kłosowski