Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Bartosz Brzyski  19 listopada 2013

Brzyski: Adwokat (diabła)

Bartosz Brzyski  19 listopada 2013
przeczytanie zajmie 3 min
Brzyski: Adwokat (diabła) The Councelor, Facebook.com.

Trudno w jesiennych propozycjach kinowych znaleźć produkcję bardziej naszpikowaną gwiazdami niż Adwokat. Ridley Scott nakręcił film, do którego scenariusz napisał jeden z najważniejszych współczesnych amerykańskich pisarzy: Cormac McCarthy.

Role główne obsadzone zostały przez prawdziwą śmietankę Hollywood. Plejada znanych nazwisk niestety nie przekłada się automatycznie na jakość filmu. Znane twarze nadmiernie absorbują naszą uwagę, odrywając od opowiadanej historii. Adwokat (Michael Fassbender), dotąd jedynie doradca gangstera Reinera (Javier Bardem) decyduje się wejść z nim w bardzo opłacalny, a jednocześnie szalenie niebezpieczny biznes narkotykowy. Kontaktuje się z Westrayem (Brad Pitt), który radzi mu, aby zrezygnował, ponieważ ewentualna wpadka może mieć nieprzewidziane, ale z całą pewnością przykre konsekwencje. Decyzja adwokata jest tym dziwniejsza, że niemal jednocześnie oświadcza się Laurze (Penélope Cruz). Brak doświadczenia przysłania mu fakt, że tym samym naraża na niebezpieczeństwo osobą, którą najbardziej kocha. Jak słusznie można się domyślić, wikłanie się w biznes meksykańskich karteli narkotykowych nie może skończyć się dobrze.

Film spodoba się głównie sympatykom prozy McCarthy’ego. Nie możemy liczyć na kino szybkie czy widowiskowe, ale w zamian otrzymujemy bardzo rozbudowane i błyskotliwe dialogi oraz naprawdę dużą dawkę pesymizmu. Jego charakterystyczny sposób przedstawienia świata znany jest szerszej publiczności z doskonałych ekranizacji takich powieści jak Droga oraz To nie jest kraj dla starych ludzi. Debiutujący tym razem w roli scenarzysty McCarthy próbuje w swoim stylu przekonać nas, że światem kieruje żądza i chciwość, dla której ludzie są w stanie zaryzykować nawet życie najbliższej sobie osoby. Amerykański pisarz dokonuje niemal całkowitej dehumanizacji człowieka, sprowadzając go do istoty działającej instynktownie. Świetnie przedstawia to jedna ze scen otwierających, kiedy Reiner wraz ze swoją kochanką Malkinią (Cameron Diaz) obserwują polowanie dwóch udomowionych gepardów na zająca. Kobieta nie kryje swojej fascynacji drapieżnikami, starając się wręcz utożsamić z nimi. Właśnie ona, mimo, że pozornie jest to postać drugoplanowa, wyrasta na najważniejszą personę – na dodatek najciekawszą i najmroczniejszą w całym filmie. Jeżeli u któregoś z bohaterów filmu można doszukać się klarownych motywacji, to będzie nią właśnie Malkinia- napędzana hedonizmem oraz chęcią sprawowania kontroli bez względu na koszty.

Największym mankamentem filmu jest to, że nie trzyma widza w napięciu, czego wymagać można od rasowego thrillera. Los części bohaterów przypomina Kronikę zapowiedzianej śmierci, możemy przewidzieć ich dalsze losy, a krwawy finał nie jest dla nikogo zaskoczeniem, może poza brakiem klarownej puenty. Błyskotliwe dialogi, jak słynne już zdanie wypowiedziane przez Westrayema – Dlaczego Jezus nie narodził się w Meksyku? Ponieważ nie dałoby się tutaj znaleźć trzech mędrców i dziewicy – są niestety jednocześnie zbyt długie, przez co akcja filmu traci na tempie. Czasem ma się wrażenie, że jest to dramat, w której postaci zamiast działać, silą się na pretensjonalne wywody o życiu oraz losie. Reżyseria Scotta i zdjęcia Dariusza Wolskiego to jak zwykle świetna robota, odzwierciedlająca ich gust i profesjonalizm. Seks i przemoc są w filmie umiejętnie dawkowane w taki sposób, aby nie stanowić fundamentu akcji, ale umiejętnie ją wzbogacać i uwiarygadniać.

Sposób przedstawienia historii adwokata zamieszanego w przemyt narkotyków przypomina bardziej film wojenny, kręcony z perspektywy sztabu generalnego – mało pola walki, dużo planowania i polityki. W takim wypadku stawiam sobie za główny cel przestrzec potencjalnego odbiorcę, że Adwokat nie jest wcale tym, czym można przypuszczać, że będzie, choćby po zerknięciu na portal Filmweb, gdzie oznaczony został jako thriller i kryminał. Sposób w jaki odbierzemy ten film w dużej mierze zależy od naszych oczekiwań – nie szukajmy więc w nim rozrywki, a raczej refleksji. McCarthy nigdy nie szukał łatwych rozwiązań, wymagając wysiłku także od swoich odbiorców. Ja z pewnością powrócę do historii adwokata w nadziei, że uda mi się spojrzeć na nią z innej, niż na pierwszym seansie, perspektywy.