Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Jakub Wiech  21 października 2019

Czas na energetyczną oś Waszyngton-Warszawa-Kijów

Jakub Wiech  21 października 2019
przeczytanie zajmie 8 min

Ukraina zorientowała się, że jej dotychczasowa polityka w zakresie współpracy z Europą na rzecz bezpieczeństwa energetycznego jest nieskuteczna. Zmiana kierunku działań Kijowa na tym polu to szansa dla wspieranej przez Stany Zjednoczone Polski.

Wiele wskazuje na to, że dotychczasowa polityka Ukrainy dotycząca zapewnienia jej bezpieczeństwa energetycznego w ramach partnerstwa z Zachodem została uznana przez władze w Kijowie za nieskuteczną. Z pewnością istotną rolę odegrała tu zmiana sił wewnątrz państwa ukraińskiego i pojawienie się frakcji obecnego prezydenta – Wołodymyra Zełenskiego. Jednakże nie sposób nie zauważyć, że dotychczasowy kluczowy sojusznik Ukrainy na tym polu, jakim były Niemcy, po prostu nie wywiązywał się ze swoich deklaracji.

Ukraina, znalazłszy się w 2014 r. w katastrofalnej wręcz sytuacji, potrzebowała silnego partnera, który wsparłby ją w polityce zagranicznej, zwłaszcza zaś – w stosunkach z Rosją. Wybór padł w tej kwestii na Niemcy – najsilniejsze państwo Unii Europejskiej.

Znalezienie pomocy w sferze zewnętrznej oznaczałoby dla Kijowa sprawniejsze zwalczanie wpływów Moskwy w sferze wewnętrznej, zwłaszcza gospodarczej. Walkę o uporządkowanie kluczowego filaru państwa doskonale widać na płaszczyźnie energetycznej, na której Ukraina odniosła szereg mniejszych lub większych sukcesów.

Bezapelacyjnie największym osiągnięciem ukraińskiej energetyki po 2014 r. było ograniczenie bezpośredniego importu rosyjskiego gazu do zera, choć jeszcze 3 lata wcześniej Gazprom pokrywał ok. 70% zapotrzebowania Ukrainy na ten surowiec. Stało się tak m.in. dzięki intensywnej rozbudowie własnych mocy wydobywczych, które według planów Kijowa mają wzrastać aż do momentu osiągniecia pełnej niezależności. W parze ze zmianami portfela dostaw szły także reformy rynku gazu, mające na celu dostosowanie go do poziomu unijnego. Efektem tych działań było uderzenie w Dmytra Firtasza, oligarchę, który za pośrednictwem swojej Regionalnej Kompanii Gazowej zarządza większością ukraińskich sieci dystrybucji gazu. W ramach podnoszenia bezpieczeństwa wewnętrznego wzmocniono także ochronę energetycznej infrastruktury krytycznej. Mniejsze sukcesy odniesiono w elektroenergetyce, ale i tam podejmowane są działania zmierzające do przewektorowania ich na kierunek zachodni – wskazać tu można chociażby rozpoczęty proces synchronizacji ukraińskiego systemu elektroenergetycznego z europejskim.

Tymczasem Berlin, na którym swą zagraniczna grę oparł ówczesny ukraiński prezydent – Petro Poroszenko, spozycjonował się w roli lidera Starego Kontynentu w trudnych rozmowach między Kijowem i Moskwą, które rozpoczęły się po Majdanie, aneksji Krymu i wojnie na wschodzie Ukrainy. To właśnie Niemcy dołożyły starań, by debata nad tą precedensową dla Europy sytuacją odbywała się w maksymalnie ekskluzywnym gronie. W ten sposób powstała tzw. normandzka czwórka, w której skład weszły wspomniane wcześniej trzy państwa oraz Francja, pełniąca funkcję skrzydłowego RFN-u.

Jedno z kluczowych zobowiązań Niemiec względem Ukrainy dotyczyło gazociągu Nord Stream 2. Ta podbałtycka magistrala, bliźniacza do działającego już gazociągu Nord Stream, może umożliwić Rosji przemodelowanie szlaku przesyłu gazu do Europy. Obecna droga tranzytowa biegnie m.in. przez terytorium ukraińskie, pozwalając Kijowowi zarabiać ok. 3 mld dolarów rocznie z tytułu opłat (co stanowi mniej więcej 3% tamtejszego PKB). Po uruchomieniu gazociągu Nord Stream 2 Gazprom będzie w stanie ominąć Ukrainę i przekierować tranzyt gazu drogą północną, co dla Ukraińców oznaczać będzie utratę istotnych dochodów. Jednakże aspekt finansowy niekoniecznie jest tu najważniejszy – Kijów obawia się, że utrata statusu kraju tranzytowego otworzy Rosjanom i ich paramilitarnym sojusznikom drogę do dalszej agresji.

Niemcy ustami swych najważniejszych liderów wielokrotnie zapewniały, że tranzyt rosyjskiego gazu przez Ukrainę zostanie utrzymany. Jednakże RFN nie ma w takim działaniu żadnego interesu. To właśnie Berlin najbardziej skorzysta z uruchomienia podbałtyckiej magistrali – niemieckie spółki są w to przedsięwzięcie zaangażowane kapitałowo, a same Niemcy staną się dzięki rurociągom Nord Stream centralnym europejskim hubem gazowym, który będzie pośredniczyć w handlu rosyjskim gazem na kontynencie. Taki model zapewni RFN-owi istotne zyski polityczne i gospodarcze – autor tych słów opisał szerzej plany Berlina w tym zakresie w książce Energiewende. Nowe niemieckie imperium.

O tym, że Niemcy nie mają zamiaru przeciwdziałać budowie Nord Stream 2, wiadomo było od samego początku – nie po to przecież roztaczali tak szczelny polityczny parasol ochronny nad tym projektem (potrafiący przecież udźwignąć m.in. konflikt na Ukrainie, sprawę zestrzelenia samolotu pasażerskiego MH17 czy próbę zabójstwa Skripala), by porzucić tę inicjatywę. Dobitną pointą zaangażowania Berlina w to przedsięwzięcie była gra wokół nowelizacji dyrektywy gazowej, mającej służyć jako bat na Nord Stream 2, a która została przez niemiecko-austriacko-francuskie trio pozbawiona istotnych instrumentów oddziaływania na ten gazociąg.

Dobrym podsumowaniem działań Berlina w kwestii zabezpieczenia Ukrainy przed zagrożeniami związanymi z Nord Stream 2 będzie stwierdzenie, że nawet mała Dania zrobiła dla Kijowa więcej w tej materii. Kopenhaga, wstrzymując (mimo ogromnej presji) wydanie decyzji dotyczących układania gazociągu na swych wodach terytorialnych i w wyłącznej strefie ekonomicznej, spowodowała opóźnienie projektu. Dzięki temu Rosja zostanie zmuszona do negocjacji z Ukrainą w sprawie nowej umowy przesyłowej (obecna wygasa bowiem wraz z końcem 2019 r.).

Patrząc przez pryzmat tych wydarzeń, przeformatowanie wektora ukraińskiej polityki stało się wręcz niezbędne. W ten sposób Ukraina automatycznie znalazła się na drodze do wejścia w strefę wpływów tych państw, które jawnie sprzeciwiały się wspólnym planom energetycznym Niemiec i Rosji. Dlatego też, po zmianie władz w Kijowie, relacje Ukrainy z Polską i USA nabrały nowej dynamiki.

Te dwa kraje to wręcz naturalni sprzymierzeńcy Ukraińców w zmaganiach z Rosjanami na polu energetycznym. Zarówno Polsce, jak i Stanom Zjednoczonym zależy na budowie rynku nierosyjskiego gazu w Europie. To właśnie w tym celu Warszawa rozwija infrastrukturę służącą do odbioru błękitnego paliwa z kierunków innych niż wschodni. Mowa tu przede wszystkim o działającym już terminalu LNG w Świnoujściu, projektowanym gazociągu Baltic Pipe oraz planach budowy pływającej jednostki FSRU w Zatoce Gdańskiej. Dzięki tym inwestycjom Polska powinna posiadać pewien wolumen gazu przeznaczony do sprzedaży za granicę. Skorzystać z tego może Ukraina, która – jak to zostało wyżej wspomniane – od czterech lat nie kupuje już błękitnego paliwa bezpośrednio od Rosji. Zaznaczyć trzeba, że choć Kijów wyraźnie sygnalizuje, że obecne rozwiązanie w postaci zakupów gazowych na Zachodzie jest traktowane jako pośrednie, to i tak import tego surowca na Ukrainę w ciągu najbliższej dekady będzie oscylował na zauważalnym poziomie.

Rozwój polskiego handlu gazem leży w interesie Stanów Zjednoczonych, które wyrastają na czołowego partnera Warszawy w dostawach gazu skroplonego. Dzięki umowom podpisanym przez PGNiG z amerykańskimi spółkami po 2023 r. do Polski trafiać będzie rocznie ok. 5 mld m3 LNG ze Stanów Zjednoczonych. W 2025 r. będzie to już 9 mld m3. Warto nadmienić, że surowiec ten jest konkurencyjny cenowo względem gazu sprzedawanego w tej części Europy przez Gazprom.

Ukraina już teraz wykonała pierwszy krok w zbliżeniu z Polską i USA w sektorze gazu – pod koniec sierpnia w Warszawie doszło do podpisania porozumienia między Warszawą, Waszyngtonem i Kijowem w kwestii wzmocnienia regionalnego bezpieczeństwa dostaw gazu ziemnego. Dokument ten ma być podstawą do zsynchronizowanej współpracy tych państw w kwestiach rozwoju infrastruktury przesyłowej i magazynów gazu. Co więcej, to dzięki współpracy z amerykańsko-japońską spółką Westinghouse Ukraina zredukowała swoje uzależnienie od sprowadzanego z Rosji paliwa jądrowego. Ten sam podmiot zagwarantował też Kijowowi pomoc w razie zerwania przez Moskwę dostaw tego paliwa do ukraińskich elektrowni atomowych.

O potencjalnie korzystnym dla Polski zwrocie w polityce ukraińskiej zaczynają mówić już najważniejsi polscy eksperci w dziedzinie spraw zagranicznych. Jak wspomniał w wywiadzie dla serwisu Energetyka24 Przemysław Żurawski vel Grajewski, koordynator sekcji Bezpieczeństwo, Obronność, Polityka Zagraniczna Narodowej Rady Rozwoju w Kancelarii Prezydenta RP, „Polska, demonstrując skalę swojego bardzo głębokiego zbliżenia z USA, staje się niezbędnym partnerem dla kierunku euroatlantyckiego polityki ukraińskiej”.

„Żeby móc wiarygodnie ukraińskiej opinii publicznej ukazać sukces w polityce zagranicznej, w interesie państwa ukraińskiego i rządu jest przestawienie priorytetu na współpracę euroatlantycką, co właśnie się wydarzyło teraz w Warszawie” – mówił Żurawski vel Grajewski.

Jednak ostatnie tygodnie przyniosły polityczną przestrogę związaną z zaangażowaniem Stanów Zjednoczonych. Chodzi oczywiście o aferę dotyczącą rozmowy prezydenta USA z prezydentem Ukrainy, podczas której gospodarz Białego Domu miał wywierać presję na Wołodymyrze Zełenskim, by ten doprowadził do śledztwa w sprawie Huntera Bidena, syna potencjalnego kontrkandydata Trumpa w wyborach prezydenckich, który w latach 2014-2018 zasiadał w radzie nadzorczej ukraińskiej firmy gazowej Burisma Holdings. Według doniesień mediów prezydent USA miał się posunąć nawet do szantażu, grożąc wstrzymaniem pomocy dla Ukrainy.

Sprawa ta nie zaprzepaszcza oczywiście potencjału tkwiącego w relacjach amerykańsko-ukraińskich. Kto wie, może Donald Trump, chcąc odbudować wizerunek swój oraz Wołodymyra Zełenskiego, uczyni jakiś pokazowy krok zgodny z interesami Kijowa? Jednak poprzez swe reperkusje związane z możliwością impeachmentu prezydenta USA jasno wskazuje, że długoterminowa współpraca ze Stanami Zjednoczonymi wymaga oparcia się zarówno na Republikanach, jak i Demokratach.

Niezależnie od dalszych losów tej sprawy Polska powinna zabiegać o jak najszersze zaangażowanie USA w sprawy ukraińskie – nie tylko ze względu na możliwość współpracy energetycznej, ale także (lub raczej: przede wszystkim) celem przesunięcia środka ciężkości bezpieczeństwa regionu dalej na wschód. Proces ten powinien być jednak maksymalnie kompleksowy, co znów podkreśla znaczenie takich kluczowych sektorów jak energetyka.

Porozumienie podpisane w Warszawie oraz związane z tym dalsze polsko-amerykańsko-ukraińskie rozmowy to oczywiście początek drogi, która wymagać będzie m.in. kontrolowanego i zharmonizowanego rozwoju polskiego tzw. Korytarza Północnego, czyli zlokalizowanej nad wybrzeżem Bałtyku infrastruktury do odbioru nierosyjskiego gazu, a także utrzymania współpracy z USA w zakresie dostaw błękitnego paliwa oraz prac nad zwiększeniem mocy przesyłowych z Polski na Ukrainę. Tymczasem pierwsza próba dla tej nowej polityki nastąpić może już zimą 2019/2020 – wszystko to ze względu na impas w rozmowach między Kijowem a Moskwą w sprawie nowej umowy tranzytowej.

Anglojęzyczna wersja materiału do przeczytania tutaj. Wejdź, przeczytaj i wyślij swoim znajomym z innych krajów!

Artykuł (z wyłączeniem grafik) jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zezwala się na dowolne wykorzystanie artykułu, pod warunkiem zachowania informacji o stosowanej licencji, o posiadaczach praw oraz o konkursie „Dyplomacja publiczna 2019”. Prosimy o podanie linku do naszej strony.

Zadanie publiczne współfinansowane przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych RP w konkursie „Dyplomacja publiczna 2019”. Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.