Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

W czym branża beauty jest lepsza od #TakDlaCPK?

W czym branża beauty jest lepsza od #TakDlaCPK? autor ilustracji: Julia Tworogowska

Niektórzy publicyści i eksperci przy okazji 100 dni rządu zaczęli dworować z obniżenia stawki VAT dla branży salonów piękności. Tymczasem jej sukces pokazuje nam jedną z najważniejszych prawd o demokracji. Zorganizowane grupy interesu – tak zbieżnego z interesem publicznym, jak i stojącego doń w opozycji – są w kreowaniu polityki i naciskach na decydentów znacznie skuteczniejsi, niż pozbawieni namacalnych interesów rozproszeni „rzecznicy interesu publicznego” i „lobbyści dobra wspólnego”. Zamiast się wyzłośliwiać – zwolennicy rozwoju, ambitnej polityki czy CPK powinni uczyć się od branży beauty!

Podmiotowość pod podziałami

Dwa miesiące temu nie było gorętszego politycznie i społecznie tematu niż przyszłość Centralnego Portu Komunikacyjnego. Obserwowaliśmy arcyciekawe społeczne wzmożenie, które zdawało się zwiastować istotną zmianę dynamiki w polskiej debacie publicznej. Po pierwsze, widzieliśmy na żywym organizmie ziszczenie się Ziemkiewiczowskiego postulatu „porozumienia pod podziałami”.

Na rzecz kontynuacji inwestycji argumentowali działacze Młodzieży Wszechpolskiej i lewicowych młodzieżówek, „ruch ośmiu gwiazd” i zwolennicy PiS wszelkich frakcji. We wspólnym zespole parlamentarnym zasiedli politycy PiS, Lewicy i Konfederacji.

Po drugie, sprawa wywoływała szczerze, merytoryczne zainteresowanie. Zasięgowy sukces długiej i eksperckiej debaty w „Kanale Zero” był tego najlepszym dowodem. Po trzecie, intrygujące były emocje łączące wszystkich zainteresowanych. Sam stawiałem tezę, że należy spośród nich wyróżnić  dwie kluczowe.

Jedna z nich to po prostu łaknienie podmiotowości, przekonanie o rosnącym potencjale Polski i potrzebie realizacji przez państwo projektów na miarę ambicji, aspiracji i głodu awansu jego obywateli. Druga to przekraczająca plemienne podziały niechęć do partyjniackiej pseudo-logiki, w której wystarczającym argumentem na rzecz odrzucenia jakiegoś projektu jest jego wzięcie na sztandar przez poprzedników – swoiste „pochodzenie z nieprawego łoża”.

Mijają jednak tygodnie, a społeczna emocja, polityczna aktywność i medialnie zainteresowanie wokół CPK zdają się gasnąć. Można – jak Marcin Kędzierski – kłaść to na karb narodowego charakteru.

Można też na całą sprawę patrzeć z perspektywy współczesnych mediów, także tych społecznościowych, które nie znoszą nudy i kontynuacji, a za to bez skrupułów kierują nasze „gadzie umysły” na nowe podniety, wątki, inby. Po prostu „data ważności” poszczególnych tematów w debacie publicznej jest dziś dramatycznie krótka. Wielotygodniowe wzmożenie wokół CPK i tak było pozytywnym fenomenem, który nie mógł jednak trwać wiecznie.

Paznokcie czy lotnisko, czyli na co lepiej wydać 2 miliardy?

Tymczasem wśród nielicznych spraw skutecznie dowiezionych w 100 dni przez nowy rząd jest m.in. obniżenie podatku VAT dla branży beauty. Dla części publicystów i ekspertów stało się to wręcz przedmiotem delikatnych drwin, w których „obniżka podatków na robienie paznokci” ma być symbolem nieoptymalnej interwencji publicznej. Mówi o tym choćby w wywiadzie dla gazeta.pl znany ekonomista prof. Marcin Piątkowski.

„Dziwne jest obniżanie VAT-u dla sektora beauty, czyli tańszy manicure i pedicure. Odbywa się dyskusja o CPK, słychać argumenty, że państwa na taki wydatek nie stać, a tymczasem nawet w wariancie maksymalnym budżet musiałby wydawać na tę inwestycję mniej niż dwa miliardy złotych rocznie, bo większość chce wyłożyć sektor prywatny. Dwa miliardy złotych to tyle samo, co utrata dochodów rocznych z powodu tańszych paznokci, rzęs i depilacji” – przekonuje Piątkowski w rozmowie z Grzegorzem Sroczyńskim. Podobnie krytycznie obniżkę ocenił zresztą na tych łamach prezes Klubu Jagiellońskiego, Paweł Musiałek.

Zamiast jednak dworować sobie z salonów piękności warto zadać pytanie – co ma „branża beauty”, czego zdaje się brakować ruchowi #TakDlaCPK? Otóż branżowa akcja BeautyRazem – wspólna inicjatywa 100 000 ekspertów beauty, kosmetyczek, kosmetologów, stylistek, wizażystek, fryzjerek oraz przedstawicieli kilkudziesięciu pokrewnych specjalności, jak czytamy na ich stronie – ma po prostu wspólny, wymierny interes. To on pozwolił im przeprowadzić jedną z najbardziej imponujących społecznych mobilizacji, która wydaje się autentycznym, oddolnym ruchem.

W przeciwieństwie do wielu podobnych akcji – nic nie wskazuje, byśmy mieli tu do czynienia z jakimś „astroturfingiem” i ukrywaniem pod płaszczem rozproszonego interesu i zaangażowania dziesiątek tysięcy salonów wielkich dealów dużych rynkowych interesariuszy. Wspólny i rozproszony, ale namacalny interes pozwolił działań konsekwentnie, mieć długoterminowy plan i zagwarantować niezwykłą skuteczność tej akcji.

Kto jest ciekaw jak to działało w praktyce – niech zapozna się z obszernym opisem akcji wpływu Beauty Razem na wynik wyborów. W skrócie: rozmawiali z politykami wszystkich opcji. Dotarli do Tuska i Morawieckiego, Trzeciej Drogi i Konfederacji, Lewicy i Bezpartyjnych Samorządowców.

Rekomendowali i popierali konkretnych kandydatów ze wszystkich list, od których uzyskali twarde zobowiązania. Doprowadzili skutecznie do wpisania swojego głównego postulatu do „100 konkretów”, a ich aktywność i determinacja sprawiła, że właśnie ten konkret znalazł się w mniejszości dowiezionych na czas przez rząd Tuska. Wsparcie dla kandydatów przyniosło wymierny efekt – rozsyłali mailingi, dostarczali informacje do salonów, budowali zasięgi.

Co więcej, umieli skutecznie zbudować opowieść o znaczeniu swojej mobilizacji dla wyniku wyborów. Wykorzystali towarzyszące kampanii przekonanie o kluczowej roli kobiet dla rezultatów głosowania z 15 października. Z ust najbardziej opiniotwórczych komentatorów sceny politycznej – vide „Nasłuch” Polityki Insight – mogliśmy usłyszeć, że zagospodarowanie tematu to jeden z kluczowych elementów kampanii Koalicji Obywatelskiej.

Dlaczego? Bo zdiagnozowano, że przyniesie premię w postaci tak trudnego do wygenerowania w polityce pozytywnego „marketingu szeptanego”. Wszak zabiegi w salonach urody swoje trwają. O czymś trzeba gadać, a przecież przy zdejmowaniu hybrydy podzielenie się z klientką spojrzeniem na wybory i związane z nimi nadziejami przez ekspertkę beauty wydaje się czymś całkiem naturalnym…

Jeszcze bardziej pouczające jest zapoznanie z całą historią ruchu opisaną na X przez jej lidera, Michała Łeńczyńskiego. Zaczęli od grupy na Facebooku wraz z wybuchem pandemii. W dialogu z rządem walczyli o korzystne dla siebie rozwiązania w anty-covidowych tarczach. Weszli na poziom polityki unijnej, bo na tym szczeblu pojawiły się problemy. „Cisnęli” polityków z każdej opcji. Płynęli – nie umniejszając szczerości pomocowej intencji – na każdej emocjonalnej i medialnej fali, z wymierną pomocą i zatrudnieniem uchodźczyń z Ukrainy na czele…

Dzięki temu utrzymywali swoją agendę na medialno-politycznej powierzchni, choć w debacie publicznej co rusz działo się coś ważniejszego dla ogółu Polaków niż popandemiczne kłopoty konkretnego sektora gospodarki. Uniknęli pułapki wypalenia i przykrycia przez pędzącą przez media i timeline’y gonitwę za nowymi tematami. Determinacja, pomysł, konkretne argumenty, wielkie liczby, namacalne korzyści, gotowość do rozmowy z każdym.

To wszystko każe na tym przykładzie się uczyć, a nie go lekceważyć. Bez względu na nasze poglądy na podatki i zasadność publicznej interwencji – musimy dostrzec, że ekipa Beauty Razem dokonała bodaj najbardziej spektakularnej akcji społecznego lobbingu, jaką widzieliśmy w polskim procesie stanowienia prawa od lat.

Czego republikanów z lewa i prawa uczy Milton Friedman?

Nie chcę wchodzić w ocenę podatkowej zmiany. Nie ukrywam jednak, że skala działań, oddolna mobilizacja i wysokie standardy komunikacyjne sprawiają, że nie widzę w pospolitym ruszeniu tej branży kolejnej antyrozwojowej, partykularnej grupy interesu, ale raczej pozytywny fenomen zaangażowanych obywateli, którzy lepiej niż inni potrafili zawalczyć o swoje. Dostrzegam w ich inicjatywie raczej znakomite studium przypadku i inspirację, niż powód do narzekania.

Nie chcę też w najmniejszym stopniu krytykować liderów ruchu #TakdlaCPK. Robią dużo i zasługują na wyrazy uznania. Budowane stowarzyszenie, monitorowanie tematu, patrzenie rządzącym na rękę, dostarczanie opinii publicznej kolejnych argumentów – to potrzebna praca która, mam nadzieję, że w ostatecznym rozrachunku okaże się skuteczna.

Patrząc jednak na dynamikę społecznej emocji i rządowych decyzji, dostrzegam w tych dwóch przypadkach wzorcowy przykład pewnej ważnej prawdy o demokratycznej polityce. Zorganizowane grupy połączone wymiernym interesem i konkretnymi narzędziami wpływu są po prostu znacznie skuteczniejsze, niż rozproszeni i łączeni ideałami propaństwowi idealiści oraz obywatelscy rzecznicy interesu publicznego.      

Dokładnie o tym traktuje zresztą jedna z bardziej inspirujących książek o społeczno-politycznej zmianie, Tyrania status quo Miltona i Rose Friedmanów. Nie warto zżymać się na „neoliberalne” nazwiska, a warto do tej lektury wracać i wyciągać pożyteczne wnioski. Analizując pierwszą kadencję prezydentury Ronalda Reagana, autorzy sformułowali szereg wniosków i rekomendacji, o których powinien myśleć każdy, kto działa na rzecz jakiejkolwiek zmiany zależnej od polityków.

„Każdy krok, który w znaczącym stopniu oddziałuje na grupę skoncentrowaną – zarówno korzystnie, jak i niekorzystnie – ma tendencję do wywoływania istotnych, występujących natychmiast i bardzo widocznych skutków dla poszczególnych członków tej grupy. Skutki tych samych kroków dla poszczególnych członków grupy rozproszonej – znów korzystnych czy niekorzystnych – zwykle są drobne, pojawiają się z większym opóźnieniem i są mniej widoczne. Szybka, skoncentrowana reakcja jest w demokracji głównym źródłem siły grup wspólnych interesów” – pisali Friedmanowie.

Mówiąc przykładem – korzyści dla państwa, społeczeństwa i gospodarki z tytułu budowy CPK są znacznie większe, niż boleści nielicznych sprzeciwiających się sprzedaży gruntów pod lotnisko i szprychy. Ale ich niedola dzieje się tu i teraz, jest namacalna i zrozumiała. Dlatego politycy obecnie rządzącej koalicji jeździli przez lata w okolice Baranowa i składali dalekosiężne obietnice.

Tymczasem oczekujący rozwoju na dekady nie mają po swojej stronie równie emocjonalnych historii. Ba, ich argumenty są często znacznie bardziej abstrakcyjne, niż choćby te przywoływane przez kierujących się prostą kalkulacją własnej wygody zwolenników „bliskości Okęcia” czy bardziej instytucjonalnych „adwokatów regionalnych lotnisk”.

Spójrzmy na inne przykłady. Zwolennicy sprawiedliwego oskładkowania wszystkich podatników i rzecznicy wysokich dochodów systemu ochrony zdrowia są z tych samych powodów mniej skuteczni, niż przedsiębiorcy oczekujący powrotu do rzeczywistości „sprzed Polskiego Ładu”. Cierpiący na „głód mieszkaniowy” nie przeforsują łatwo podatku katastralnego ani nawet interwencji innej niż pro-popytowa, które uderzą w wąską grupę posiadaczy mieszkań.

Ci własną krzywdę odczują znacznie gwałtowniej, niż młode rodziny uwierać będą rozpisane na dekady kredyty. Zadziałają więc głośniej i sprawniej. Wreszcie miliony mniej zamożnych Polaków, dla których VAT w cenach żywności jest wymierną zmianą w comiesięcznym budżecie – nie będą równie słyszalni ani zdeterminowani, niż 100-tysięczna grupa podatników z branży beauty…

Potrzebujemy równie sprawnych lobbystów dobra wspólnego

Z perspektywy przyszłości demokracji fundamentalne pytanie brzmi następująco: jak sprawić, by „milczące większości” i „rozproszeni poszkodowani” byli w procesach politycznych reprezentowani co najmniej proporcjonalnie do „głośnych mniejszości” i „skoncentrowanych beneficjentów” określonej polityki publicznej?

Być może kryzys zachodnich demokracji, z ich neoliberalnym, technokratycznym i merytokratycznym obliczem, jest szansą na to, by uczynić je w dłuższej perspektywie systemami lepiej „zmieszanymi”, posiadającymi mechanizmy równoważenia przez pierwiastek demokratyczny czynników arystokratycznych czy wręcz oligarchicznych.

Niemniej w krótkiej perspektywie przedstawiciele środowisk propaństwowych, republikańskich i prorozwojowych nie powinni się wyzłośliwiać na skuteczność społecznego lobbingu branży beauty. Wprost przeciwnie – z ich doświadczeń należy się uczyć, doceniać oddolną samoorganizację i próbować wyciągnąć wnioski. A być może nawet poprosić o korepetycje. Wszak budowa CPK, kataster czy reset ustrojowy potrzebują lobbystów dobra wspólnego równie skutecznych, jak ekipa Michała Łeńczyńskiego w walce o niższy VAT dla salonów piękności.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.