Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Bez obrączki, bez koloratki, bez habitu. Bezżenność nie oznacza wcale życia w samotności

Bez obrączki, bez koloratki, bez habitu. Bezżenność nie oznacza wcale życia w samotności Woman at a Window, Caspar David Friedrich, 1822.

Świeckie osoby bezżenne i niezamężne mają w Kościele nie tylko istotną rolę do odegrania, są również wolne od wielu ograniczeń, z którymi zmaga się cała reszta „katoświatka”. Życie w stanie kawalerskim i panieńskim, a jednocześnie opieranie się rozwiązłemu singlizmowi to postawa, która w perspektywie rosnącego problemu samotności i wojny płci wymaga większego zainteresowania ze strony Kościoła. Tak pojęta samotność nie musi być wyłącznie krzyżem.

Bezżenni i niezamężne

W Katechizmie Kościoła Katolickiego lub w rozmaitych dokumentach często znaleźć można o bezżennych jeden lapidarny akapit dodany do rozdziału poświęconego rodzinie czy małżeństwu (na przykład KKK 1618-1620), jednak treści traktujących o samotnym życiu „po chrześcijańsku” – między innymi artykułów czy konferencji – napisano i wygłoszono bardzo wiele.

Przewija się w nich hasło: „powołanie do samotności”, często opatrzone znakiem zapytania. Autorzy próbują odpowiedzieć na pytanie, czy coś takiego w ogóle istnieje. Czy niepowodzenia w budowaniu relacji mogą być znakiem takiego powołania? Czy jest ono równie wartościowe, jak kapłańskie, zakonne czy małżeńskie?

Tego typu materiały duszpasterskie są przeważnie dość dobrej jakości. W związku z tym nie proponuję tutaj alternatywy pod względem kluczowych treści, lecz raczej próbę usystematyzowania i w pewnych punktach korekty tego, co już istnieje. Wypowiadającym się o tzw. powołaniu do samotności zdarza się bowiem dla rozmaitych celów zaniedbywać logikę. Poza tym często rozważają jedynie przypadek najbardziej typowy, a pomijają pewne sytuacje rzadkie, jakby były niemożliwe. Wielu mówi o powołaniu, nie zdefiniowawszy tego pojęcia.

Wszystkie te pytania i problemy są zaś niezmiernie istotne dzisiaj, kiedy szczególnie wśród młodych ludzi coraz więcej mówi się o kryzysie powołań kapłańskich czy zakonnych, rozwodach, malejącej liczbie małżeństw czy szerzej – wojnie płci.

Zanim przejdę do właściwego tematu, pragnę poczynić jedną uwagę terminologiczną. Osób, które nie założyły rodziny, ale żyją w świecie, nie chcę nazywać samotnymi, ponieważ brak jednego rodzaju relacji nie implikuje jeszcze samotności. Określenia „singiel” również unikam, ponieważ nie jest ono neutralne, kojarzy się z pewnym określonym stylem życia. Za św. Pawłem (1 Kor 7) mówię więc o byciu bezżennym czy niezamężną.

Czym jest powołanie?

W czasopiśmie „W drodze” z 1988 roku znalazł się zapis rozmów z Józefem Marią Bocheńskim OP, w których zapytano go między innymi o powołanie. Odpowiedział: „Powołanie to jest sylogizm, w którym człowiek dochodzi do wniosku, że najlepiej swym życiem pokieruje, jeśli wstąpi do zakonu, np. ojców cystersów”.

Na zastrzeżenia braci, że takie ujęcie zdaje się nie pozostawiać miejsca dla Boga, odparł: „Niewątpliwie nie ma porządnego powołania bez pomocy Ducha Świętego, tylko pomoc nie jest zjawiskiem, nie działa na płaszczyźnie świadomej”, po czym dodał: „To jest raczej akt roztropności. Człowiek chce osiągnąć cel w swoim życiu, nie chce go zmarnować, rozważa okoliczności i przychodzi do przekonania: «Najlepiej pokieruję swoim losem, jeśli zostanę salezjaninem». Akt roztropności, który oczywiście zakłada wiarę”.

Warto w tych wypowiedziach zwrócić uwagę na kilka punktów. Po pierwsze, powołanie dotyczy wyboru całości życia („zostanę salezjaninem”), spełnienia jakiejś misji, a nie sposobu postępowania w poszczególnych okolicznościach („przeczytam «Ulissesa»), chociaż jego realizacja oczywiście musi ostatecznie stanowić ciąg wydarzeń. Po drugie, wybór ów jest podejmowany po to, by nie zmarnować życia, by osiągnąć właściwy cel.

Po trzecie, dokonanie tego wyboru wymaga cnoty roztropności, a więc między innymi zdolności uczenia się na podstawie przeszłych doświadczeń. Wreszcie trzeba odnotować, że chociaż Bóg pomaga człowiekowi rozpoznać powołanie, to nie należy oczekiwać, że owa pomoc będzie przypominać jakiś słyszalny, wewnętrzny głos mówiący: „Pokieruj życiem tak a tak”.

Powołania różnią się pod względem szczegółowości. Wojciech Surówka OP w tekście Czy istnieje powołanie do samotności? wyróżnia szeroki i wąski sens słowa powołanie (Surówka, 2021). W pierwszym przypadku chodzi o wezwanie każdego człowieka do miłości i świętości, a więc, jak można przeczytać w konstytucji duszpasterskiej Gaudium et spes, do przylgnięcia do Boga całą swą naturą, do uczestnictwa w życiu Bożym, do wspólnoty z innymi ludźmi poprzez służenie im oraz dążenie do tego samego ostatecznego celu (Gaudium et spes 18, 24). W wąskim znaczeniu tego słowa chodzi o konkretne zadanie czy misję, do której zostaje wezwany dany człowiek – na przykład Mojżesz został wezwany do wyprowadzenia Izraelitów z Egiptu. Ojciec Surówka pisze, że jest ono „służebne względem pierwszego typu powołania”.

Jeśli człowiek nie będzie dążył do miłości i świętości, to z pewnością nie osiągnie swojego właściwego celu i nie wykorzysta życia w najlepszy możliwy sposób. Podczas udzielania odpowiedzi na pytanie, jak dokładnie ma to zrobić, musi wziąć pod uwagę rozmaite okoliczności, takie jak potrzeby otaczających go ludzi, a także własne możliwości i predyspozycje.

Te okoliczności mogą dać odpowiedź mniej lub bardziej szczegółową, to znaczy może okazać się, że tylko jeden, bardzo ściśle określony sposób życia jest dla danej osoby najlepszy, a jeśli go nie zrealizuje, to rozminie się ze swoim powołaniem (przypadek Mojżesza), ale może się również okazać, że kilka sposobów życia daje komuś porównywalne możliwości dobrego pokierowania swym losem.

Innymi słowy, przynajmniej z teoretycznego punktu widzenia może zajść sytuacja, w której dwa lub więcej sposoby życia są dla kogoś najlepsze, to znaczy takie, że „powyżej” nich już nic nie ma, ale one same są nieporównywalne. Chodzi mi na przykład o sytuację, w której ktoś ma zdolności w dwóch dziedzinach, ale ze względu na jakieś ograniczenia może zająć się na poważnie tylko jedną z nich, albo o sytuację, w której ktoś dla realizacji miłości jest powołany do założenia rodziny, ale jego wybór zawodu stanowi sprawę względnie obojętną. Okazuje się więc, że przy rozumieniu powołania jako wyboru najlepszego sposobu pokierowania życiem i analizie, które wybory są lepsze, gorsze czy neutralne dla danego człowieka, powstaje całe spektrum „szerokości” powołań.

Powołanie do samotności?

Często można spotkać się ze stwierdzeniem, że nie ma czegoś takiego jak powołanie do samotności. W świetle podanych definicji oznaczałoby to, że nikt nie kieruje swoim życiem w najlepszy dla niego sposób, o ile sam zdecyduje się na samotność. Dlaczego liczni duszpasterze stawiają taką tezę? I czy jest ona prawdziwa?

Wiele osób postrzega życie w pojedynkę jak nieszczęście. Chcą więc z tym stanem walczyć, a nie go akceptować. Duszpasterze mówiąc im, że powołanie do samotności nie istnieje, tworzą de facto teodyceę – usiłują przekazać komunikat mniej więcej takiej treści: „To nie jest tak, że Bóg zesłał na ciebie cierpienie, że chciał twojego zła. Jego zamysł na początku był inny, ale ludzie na twojej drodze, wypadki losowe czy też twoje własne wcześniejsze błędy uniemożliwiły jego realizację”.

Następnie uzupełniają, że skoro już ktoś znalazł się w takiej niechcianej sytuacji i jeśli faktycznie nie ma wielkich nadziei, by zgodnie ze swoimi pragnieniami założył rodzinę, powinien mimo to tworzyć więzi z ludźmi i dążyć do szczęścia. Samotność tej osoby to po prostu krzyż, który trzeba nieść. Jednak nie w każdej sytuacji taka posługa duszpasterska jest najlepsza. Aby uzasadnić tę opinię, przywołam pewien koncept, którym posługują się filozofowie w niektórych teoriach sprawczości.

Otóż w opisie, co w danym momencie konkretny działający powinien wybrać, posługuje się w tych teoriach pojęciem strategii. Te dzielą się na pierwotne i wtórne. Strategie pierwotne mówią po prostu, jaki ciąg działań należy wykonać. Strategie wtórne dodatkowo informują, co należy robić, jeśli po drodze coś pójdzie nie tak. Przykład strategii pierwotnej stanowi zalecenie: „Wysiądź na przystanku Teatr Bagatela”, zaś wtórnej: „Wysiądź na przystanku Teatr Bagatela, ale gdybyś go przegapił, to wysiądź na Filharmonii”.

Wydaje się, że wielu duszpasterzy z definicji traktuje bezżeństwo jak strategię wtórną. Nie chcą dopuścić, że dla kogoś mógłby to być pierwszy i najlepszy wybór. Takie podejście ma swoje uzasadnienie. Jak wspominał Cezary Boryszewski w tekście W chrześcijaństwie nie ma żadnych cnót niewieścich. Są cnoty ludzkie i chrześcijańskie – takie, jakie miał Chrystus, małżeństwo według Katechizmu Kościoła Katolickiego stanowi powołanie naturalne (KKK 1603).

Nie oznacza to oczywiście, że wszyscy ludzie najlepiej pokierują swym losem, gdy ożenią się czy wyjdą za mąż. Znaczy to tylko (czy może aż) tyle, że przekroczenie natury, wrodzonych skłonności i pragnień jest trudne. Dobrowolna rezygnacja z relacji umożliwiającej nieporównywalną z innymi bliskość i wyłączność to ofiara, do której niewielu jest zdolnych. W związku z tym nie dziwi, że kaznodzieja przewidujący, że większość jego audytorium będą stanowić osoby zniechęcone serią porażek w budowaniu relacji, zachęca raczej bądź do wytrwałości i pracy, bądź do przyjęcia swojego stanu, ale nie do uznania, że stanowi on najlepszy z możliwych. To jednak w żaden sposób nie podważa tezy, że bezżeństwo może od początku być dla kogoś najlepszą drogą.

Są w świecie zadania, których wykonanie utrudniają zarówno życie rodzinne, jak i kapłaństwo czy śluby zakonne. To pierwsze przede wszystkim pochłania wiele czasu i sił, może też prowadzić do nadmiernego zanurzenia w sprawy doczesne. Z kolei habit lub koloratka w niektórych mogą wywoływać niechęć czy nieufność i wówczas realizowanie danego powołania w ramach posługi osoby świeckiej może okazać się bardziej owocne.

Pojawia się również drugi powód – tym razem całkowicie słuszny – by oponować przeciwko mówieniu o powołaniu do samotności. Jak wspomniałam wcześniej, każdy człowiek jest powołany do miłości, a więc do wspólnoty z Bogiem i z innymi ludźmi. Jeśli samotność zdefiniujemy jako brak takich relacji, to oczywiście nikt nie może być do niej powołany.

Właśnie na ten fakt zwraca uwagę Janusz Pyda OP w swojej książce Listy Kasjela: „Jeśli zajrzysz do pism Pawła […], zauważysz bez trudu, w jaki sposób definiuje on mężczyzn i kobiety pozostające w stanie wolnym. «Człowiek bezżenny troszczy się o sprawy Pana, o to, jak się przypodobać Panu. […] Podobnie i kobieta: niezamężna i dziewica troszczy się o sprawy Pana, o to, by była święta i ciałem, i duchem». […] Mężczyzna bezżenny, kobieta niezamężna i dziewica nie są definiowani przez swoją samotność, ale przez troskę o sprawy Pana”.

Bezżenność bez treści?

W tym punkcie ktoś mógłby postawić następujący zarzut: podczas gdy esencja powołania kapłańskiego, zakonnego i małżeńskiego jest raczej jasna, bezżenni otrzymują tylko bardzo ogólne zalecenia. Rzeczywiście, więzi rodzinne w oczywisty sposób wskazują, o kogo dana osoba przede wszystkim powinna się troszczyć i komu okazywać miłość. Również kapłani, zakonnice lub zakonnicy mają często jasno określone obowiązki w hierarchii.

Osoba bezżenna, aby podjąć decyzję, jak konkretnie realizować swoje powołanie, musi kierować się własną roztropnością. Wśród rozmaitych kryteriów, jakie mogą w tej sytuacji pomóc podjąć decyzję, chciałabym zwrócić uwagę na dwa – poszukiwanie przykładów oraz namysł nad bieżącymi potrzebami Kościoła i świata.

Naśladownictwo

Kiedy nie wiadomo, co robić, by dobrze żyć, często można zastosować prostą zasadę: naśladownictwo. Mam na myśli dwie rzeczy – po pierwsze, szukanie inspirujących wzorów, po drugie, przyłączanie się do dobrych dzieł.

W Kościele kanonizowano, beatyfikowano i ogłoszono Czcigodnymi Sługami Bożymi mnóstwo osób bezżennych (w tym licznych tercjarzy, ale oczywiście nie tylko ich). Jako przykład można podać błogosławionego Edmunda Bojanowskiego – pasjonata literatury, tłumacza, twórcę ochronek, aptek dla ubogich i wypożyczalni książek oraz założyciela Zgromadzenia Sióstr Służebniczek Najświętszej Marii Panny.

Inny bezżenny, który niewątpliwie dobrze wykorzystał swój stan, to czcigodny sługa Boży Jan Tyranowski, żyjący w pierwszej połowie XX w. na krakowskich Dębnikach krawiec, który porzucił karierę urzędnika, by móc prowadzić głębsze życie wewnętrzne. Troszczył się o młodych ludzi poprzez zapraszanie ich na modlitwę, wspólne czytanie Pisma Świętego. Przybliżał im postaci, takie jak św. Jana od Krzyża czy św. Teresę Wielką. Kolejna warta uwagi postać to błogosławiona Hanna Chrzanowska – pielęgniarka, autorka książek, publicystka, pedagog, prekursorka pielęgniarstwa domowego i parafialnego.

Bezżeństwo pozwoliło tym osobom podejmować inicjatywy zarówno zabezpieczające podstawowe potrzeby najuboższych, jak i promujące kulturę, wprowadzać młodzież w wiarę lepiej, niż czynili to liczni kapłani, a wreszcie z pasją wykonywać angażujący zawód i rozwijać swoją dziedzinę wiedzy.

Warto zwrócić uwagę, że ich podejście do bezżeństwa było różne. Bojanowski marzył o kapłaństwie, ale nie pozwolił mu na to stan zdrowia, Chrzanowska natomiast w pamiętniku tak odpowiadała na sugestię, że może przyczynę wyboru życia stanowiła zawiedziona miłość: „Wierzcie mi na słowo, że nie! W żywotach świętych, tych zakrystyjnych, czyta się zawsze, że bohater słyszał głos Boży już w najwcześniejszym dzieciństwie. Bohaterka niniejszych wspomnień, acz nic nie mająca wspólnego z «wonią świętości», odczuwała coś podobnego, […] nie mając zresztą przeczucia, że to głos Boży. Coś się już działo w dzieciństwie. Jako dziecko z napiętą uwagą wygrzebywałam listkiem pyłki ziemi z rany na nodze małej towarzyszki zabaw, a potem jako kilkunastoletnia dziewczynka nacięłam sobie kiedyś scyzorykiem kolano, aby je móc opatrywać”.

W życiorysach tych widać, że bezżenni mogą być ze wszech miar wyjątkowymi ludźmi, których Kościół wynosi na ołtarze. Nie jest tak, że są samotni, wręcz przeciwnie – są powołani do tego, żeby miłować wszystkich, jak stwierdził w jednej z konferencji Adam Szustak OP. O tym powszechnym powołaniu do poświęcenia na rzecz dobra innych inspirująco pisał również Jacek Salij OP:

„Teraz doświadcza Pani gorzko, i na własnej skórze, prawdy słowa Bożego, że nie jest dobrze, ażeby człowiek był sam” (Rdz 2,18). Zwyczajnym sposobem przekraczania tej niedobrej samotności jest małżeństwo i rodzicielstwo. Jednak od czasu, kiedy Syn Boży przeszedł przez ziemię jako człowiek samotny, poznaliśmy również samotność błogosławioną, samotność, która umożliwia realizowanie takich dzieł miłości, które zazwyczaj przekraczają możliwości ludzi obarczonych obowiązkami rodzinnymi. Obrazowo można to wyrazić następująco: jeśli poszczególne rodziny stanowią jakby cegiełki, które tworzą większe ludzkie wspólnoty, to ludzie samotni, jeśli starają się żyć nie tylko dla siebie, spełniają rolę cementu łączącego poszczególne cegiełki”.

Jednak takie porównania, podobnie jak przykłady świętych i błogosławionych, mogą wydawać się dla osób, które jeszcze nie do końca rozpoznały swoje powołanie do bezżeństwa, misją zbyt ambitną, wzorcami przerastającymi ich możliwości. Dlatego potrzebna jest refleksja nad drugim rodzajem naśladownictwa.

To znalezienie takiej sfery życia, inicjatywy czy zawodu, które już istnieją i nie wymagają spektakularnych dzieł, wymagają za to poświęcenia i cichej pracy u podstaw. Stanowienie części większego systemu (lub kilku) bez ogłaszania wszem i wobec misji zbawiania świata ma wiele zalet. Nie przeraża jako niewykonalne, buduje relacje, kształtuje pokorę i pozwala odpowiedzieć na niedostrzeżone samemu potrzeby.

Bieżące problemy Kościoła

Vademecum Synodu o synodalności, które ma przygotować Kościół do tego ważnego wydarzenia, można przeczytać m.in. o potrzebie wsłuchania się w głosy znajdujące się na peryferiach współczesnego Kościoła, na te wrażliwości, o których dość rzadko możemy usłyszeć z ambony. Mamy starać się usłyszeć głosy przedstawiające specyficzne doświadczenia, które nie mieszczą się w katolickim dyskursie głównego nurtu.

Jeśli więc radzenie sobie z samotnością staje się poważnym problemem społecznym, wobec którego kultura współczesna ma do zaoferowania jako alternatywę niemal wyłącznie rozwiązły singlizm, to być może musimy usłyszeć właśnie, jakie potrzeby i pomysły na funkcjonowanie w obrębie Kościoła mają bezżenni, świeccy katolicy. Synod mógłby być pretekstem do usłyszenia inspirujących dróg realizacji tego zapewne trudnego powołania.

Powyższy wątek naprowadza na drugi sposób realizacji powołania do świeckiej bezżenności. Czego Kościół i świat potrzebują obecnie od bezżennych najbardziej? Odpowiedź zależeć będzie oczywiście od kontekstu, gdy w tym ogólnym pytaniu za Kościół i świat podstawi się konkretną wspólnotę czy indywidualnych ludzi.

Wśród licznych możliwych propozycji chciałabym zwrócić uwagę na temat poruszany w poprzedniej tece „Pressji”, mianowicie na sprzeciw wobec grzesznego sposobu funkcjonowania struktur Kościoła – przede wszystkim wobec utożsamiania dobra Kościoła z prywatnymi, doraźnymi interesami poszczególnych księży.

Druga istotna misja to głoszenie Ewangelii tym, którzy z duchownym nie będą chcieli mieć styczności – zarówno poprzez rozmowy, jak i postawę solidnego i dobrego życia. Wiele osób może nawet nie mieć okazji, by spotkać jakiegokolwiek kapłana, ale warto, by spotkali chrześcijan (por. Gaudium et spes, 43).

Wszyscy jesteśmy powołani do bezżeństwa

„Pragnąłbym, aby wszyscy byli jak i ja” – pisze św. Paweł o bezżeństwie. Skoro bezżeństwo polega na trosce o sprawy Pana, to powołani są do niego wszyscy. Wszyscy mogą też pod pewnymi względami naśladować osoby stanu wolnego.

Po pierwsze: unikanie zatopienia w doczesności. C.S. Lewis w Czterech miłościach pisał tak: „Zwłaszcza starsze pokolenie teologów moralnych za główne niebezpieczeństwo grożące nam w małżeństwie uważało poddanie się działaniu zmysłów, które niszczy ducha. Należy jednak zaznaczyć, że nie w taki sposób podchodzi do tego problemu Pismo Święte. Święty Paweł, odradzając swoim konwertytom małżeństwo, nie wspomina zupełnie o tej stronie zagadnienia […].

Obawia się natomiast zaabsorbowania, konieczności stałego «podobania się», to znaczy liczenia się z partnerem, niekończącego się rozpraszania uwagi, które pociąga za sobą życie rodzinne. […]. Jeżeli wolno mi się oprzeć na moim osobistym doświadczeniu, to właśnie (w małżeństwie i poza nim) praktyczne i rozsądne starania koło spraw tego świata, nawet te najdrobniejsze i najbardziej prozaiczne, najwięcej rozpraszają naszą uwagę”.

Małżeństwo to rzeczywistość obecnego świata (KKK 1619; por. Mk 12, 18-27). Przez Jezusa jest wymieniona obok jedzenia i picia jako jedna z przyczyn zaskoczenia ludzi przez potop, a w przyszłości przez przyjście Syna Człowieczego (Mt 24, 36-39). Apostoł kontynuuje, że „trzeba więc, aby ci, którzy mają żony, tak żyli, jakby byli nieżonaci, a ci, którzy płaczą, tak jakby nie płakali, ci zaś, co się radują, tak jakby się nie radowali; ci, którzy nabywają, jak gdyby nie posiadali; ci, którzy używają tego świata, tak jakby z niego nie korzystali. Przemija bowiem postać tego świata”.

Po drugie: spotkanie Boga w samotności. Przywoływany już ojciec Pyda pisał, że człowiek „musi jasno zrozumieć, że jest w jego sercu takie pragnienie, którego żadna ludzka osoba nie będzie w stanie zaspokoić. Jest to pragnienie bliskości z samym Bogiem. Jeśli spróbuje wypełnić je relacją z człowiekiem – srodze się rozczaruje”.

Związek może jednak przez jakiś czas dawać iluzję wypełnienia tego pragnienia, prowadzić do niezrozumienia jego natury. Stąd konieczność, by przynajmniej od czasu do czasu spojrzeć na siebie, abstrahując od wszelkich relacji z ludźmi i przypomnieć sobie, że jest się otwartym na Boga – capax Dei.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.