Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Łukasz Kempa  26 lutego 2020

Upraszczanie rozliczeń podatkowych za rządów PiS-u? To fikcja

Łukasz Kempa  26 lutego 2020
przeczytanie zajmie 10 min

Zapowiedź premiera Morawieckiego z exposé, dotycząca wprowadzenia tzw. podatku estońskiego, została przyjęta z entuzjazmem przez prasę i komentatorów. Ja również byłbym daleki od jej krytyki, gdyby nie stała w jawnej sprzeczności z dotychczasową praktyką polskiego prawodawstwa podatkowego czterech ostatnich lat. A ta jest następująca: zamiast upraszczać podatki i zmieniać sposoby rozliczeń tak, by nie wymagały dużo pracy od podatnika chcącego zapłacić swoje i mieć spokój, w ostatnich latach ustawodawca obarcza polskich przedsiębiorców coraz to nowymi obowiązkami sprawozdawczymi i wprowadza rozwiązania skutkujące tym, że zamiast oszustów płacą uczciwi.

Przedsiębiorco, skontroluj się sam (a przy okazji kontrahenta)

Decyzja o takiej czy innej wysokości opodatkowania jest decyzją polityczną i ten tekst nie dotyczy jej krytyki. Jednak niezależnie od tego, czy podatki są wysokie, czy niskie (w Polsce, nawet biorąc pod uwagę „podatkowy” charakter składek na ZUS, są raczej średnie, nie wysokie), można skonstruować mechanizmy ich pobierania tak, że będą dla podatnika przyjazne, to znaczy niewymagające dużego nakładu pracy i jasno określające jego obowiązki. Można również wprowadzić opresyjne regulacje, czyli takie, które na każdym kroku wymagają wytężonej pracy, nakładą obowiązki nieprecyzyjne i wreszcie przewidują surowe kary za ich niedopełnienie. Właśnie w tym drugim kierunku zmierza polski system podatkowy. W tym miejscu należy wyliczyć cztery najbardziej obciążające przedsiębiorców obowiązki nałożone przez rząd w ostatnim czasie:

  1. Obowiązek należytej staranności w VAT to konieczność weryfikacji, czy na pewno kontrahent, od którego kupujemy towar lub usługę, jest wiarygodnym podatnikiem i rozliczy się z VAT-u od naszej zapłaty (inaczej my ten VAT musimy zapłacić przez utratę tzw. prawa do odliczenia).
  2. Obowiązek należytej staranności w podatku u źródła (WHT), a zatem weryfikacji, czy na pewno kontrahent zagraniczny ma siedzibę w tym państwie, w którym twierdzi, że ją ma. Jeżeli tego nie zweryfikujemy, musimy liczyć się z obowiązkiem zapłaty w Polsce podatku dochodowego „za niego” (jako tzw. płatnik).
  3. Obowiązek dokonywania płatności na rachunki z tzw. „białej listy” rachunków bankowych, czyli upewnienia się, że nasz dostawca podał nam do rozliczeń rachunek bankowy znany fiskusowi (w przeciwnym razie to my zapłacimy podatek „za niego”, nie zaliczając wydatku do kosztów podatkowych, chyba że doniesiemy urzędowi skarbowemu, jaki rachunek nam podał). Ten obowiązek prawdopodobnie stanie się mniej kłopotliwy w przyszłości (już teraz banki i systemy finansowo-księgowe pomagają weryfikować rachunki), ale w obecnej, początkowej fazie, budzi wiele wątpliwości i jest bardzo uciążliwy.
  4. Obowiązek tzw. schematów podatkowych, czyli donoszenia (przepraszam, „raportowania”) na tego, któremu doradzamy w sprawach podatkowych, że zamierza osiągać korzyści podatkowe, lub nawet na… samego siebie.

Pierwsze trzy z czterech obowiązków ciążą na przedsiębiorcach niezależnie od skali działalności. W efekcie mała, lokalna firma budowlana ryzykuje dodatkowym zobowiązaniami opłacenia VAT-u za nienależyte zweryfikowanie dostawcy cegieł, programista – zobowiązaniem w podatku u źródła, bo nie zweryfikował, czy dostawca licencji z USA na pewno ma tam siedzibę, a właściciel restauracji – dodatkowym podatkiem dochodowym, ponieważ nie sprawdził, czy aby na pewno jego dostawca warzyw wyspowiadał się przed urzędem ze wszystkich posiadanych rachunków bankowych.

Wreszcie czwarty obowiązek (tzw. raportowanie schematów podatkowych) co do zasady dotyczy wyłącznie przedsiębiorców działających w określonej (znacznej) skali. Jednak tu, choć przepisy objęły tylko relatywnie duże firmy, na głośną krytykę zasługuje ich niedookreśloność. Bo jak rozumieć konieczność zgłaszania sytuacji, w której „dokonywane czynności opierają się na znacznie ujednoliconej dokumentacji albo przyjmują znacznie ujednoliconą formę, które nie wymagają istotnych zmian w celu wdrożenia” u innego podatnika? Czy konieczność zmiany tylko dwóch istotnych paragrafów w umowie już powoduje, że mamy taką sytuację? A może 4? 7? 13? 666? Minister finansów nieco pomógł, wydając liczące sobie 102 strony objaśnienia przepisów, które jednak nie rozwiały wszystkich wątpliwości, na dodatek wprowadziły nowe.

Skoki podatkowe

Wszystkie te obowiązki, poza raportowaniem schematów podatkowych, łączą dwie cechy, a mianowicie mają one prowadzić do wykonywania przez podatników pracy, która leży w gestii urzędników Krajowej Administracji Skarbowej (ta cecha jest wspólna także z przepisami o raportowaniu schematów) oraz do umożliwienia „ściągnięcia” z podmiotów uczciwych tych podatków, których nie płacą oszuści.

Do tego właśnie sprowadza się zobowiązanie podatników do „prześwietlania warunków dokonywanych transakcji”. Zgodnie z komentowanymi przepisami, czy nawet w efekcie zmiany praktyki fiskusa bez żadnej zmiany przepisów (tak wprowadzono wymóg „należytej staranności” w VAT, który znajduje oparcie w orzecznictwie sądów europejskich i polskich sądów administracyjnych; fiskus zaczął jednak bezlitośnie go egzekwować nie doprecyzowując w przepisach, co oznacza), to podatnik musi dokonać weryfikacji okoliczności transakcji, w tym wiarygodności kontrahenta, aby nie zapłacić podatku „za niego”. Inaczej naraża się na wydanie decyzji wymiarowej, która przy dużych transakcjach może nawet postawić istnienie firmy pod znakiem zapytania.

Ta decyzja sprowadza się do oceny, czy podatnik dochował obowiązków, które są nieprecyzyjne. Pozostawia to ogromne pole do uznaniowości urzędników. Posługując się metaforą skoków narciarskich, można stwierdzić, że dobry system podatkowy nałożyłby na przedsiębiorcę obowiązek skoku na określoną odległość. Obowiązki te mogą i powinny się różnić zależnie od tego, czy mamy do czynienia z szewcem, czy międzynarodową korporacją. To tak, jak w skokach – odległość może być różna, zależeć od skoczni, wiatru, wzrostu zawodnika, ale zawsze winna być określona konkretnie, tj. w metrach. Tymczasem polski ustawodawca nakłada na wszystkich jeden obowiązek „skakania daleko”. I to podatnik musi zastanawiać się, jaką odległość powinien wybrać. Gdy nie dosięgnie punktu „K”, nie ma jak bronić się przed oskarżeniem o nie dość dobry lot.

Tym samym (toute proportion gardée) wracamy do idei PRL-owskich „domiarów”, a więc czasów, w których to dobra lub zła wola urzędnika decydowała o wymiarze zobowiązań. Zaznaczam zachowanie proporcji, bo niegdyś ta decyzja w zakresie wysokości „domierzonego” podatku w praktyce była bardzo swobodna. Obecnie jego wysokość jest powiązana z tym, czego organom podatkowym nie uda się uzyskać od oszusta.

W tej sytuacji ofiarą jest przedsiębiorca, a nie fiskus. Sytuację można rozpatrzyć na przykładzie VAT-u. Jeżeli kupię towar za 1000 zł netto + 23% VAT-u, a urzędnik uznał, że nie „prześwietliłem” kontrahenta wystarczająco starannie, to przez utratę tzw. prawa do odliczenia muszę zapłacić 230 zł – sumę dokładnie równą temu VAT-owi, który dostawca powinien był rozliczyć. Z tą tylko różnicą, że on ma spółkę zarejestrowaną „na słupa” i siedzi, jak miał szczęście, na plaży, a jak nie to w areszcie. W obu przypadkach trudno z niego „coś ściągnąć” i temu właśnie mogą służyć komentowane przepisy. Ważne, żeby ktoś zapłacił. Mniej ważne, kto konkretnie.

Jaki jest efekt? Uczciwy podatnik bierze na siebie ryzyko bycia wykorzystanym przez przestępców unikających opodatkowania, których ściganie powinno przecież być zadaniem urzędników skarbowych. Zrozumiałe byłoby wymaganie od podatnika dochowania pewnych standardów, których przestrzeganie pozwalałoby mu zabezpieczyć rozliczenia podatkowe. Kluczowe jest jednak tutaj słowo „zabezpieczyć”, gdyż obecne działania fiskusa tego kryterium nie spełniają.

W sposób najbardziej jaskrawy widać to na przykładzie obowiązku dochowania tzw. należytej staranności w WHT. Przepisy mówią wyłącznie o tym, ani słowem nie odnosząc się do tego, co ten obowiązek tak naprawdę oznacza. Jedyną wskazówką jest projekt objaśnień podatkowych, zgodnie z którym przedsiębiorca powinien sprawdzić, jakim zapleczem w zakresie zatrudnionych osób, posiadanego majątku lub nieruchomości będących siedzibą dysponuje kontrahent (jak wywiadownia gospodarcza). „Najlepsze” jest jednak to, że nawet zastosowanie się do tych (momentami absurdalnych) kryteriów nie daje 100-procentowego bezpieczeństwa, ponieważ minister finansów nie opublikował ich w przewidzianej przepisami formie, tj. objaśnień podatkowych lub interpretacji ogólnej, która by takie bezpieczeństwo chociażby teoretycznie gwarantowała. W efekcie podatnik, choć transakcje są w różnym stopniu ryzykowne, nigdy nie jest bezpieczny.

Na osobne omówienie zasługuje wprowadzenie przepisów o tzw. raportowaniu schematów podatkowych. Polski ustawodawca, zapowiadając je, informował, że są one realizacją unijnych dyrektyw.

To mniej więcej tak, jak powiedzieć, że jeżeli Unia wyda dyrektywę nakazującą karać złodziei mienia dużej wartości, to realizacją przepisów unijnych jest wprowadzenie uregulowań przewidujących karę dożywocia za kradzież telewizora.

Przepisy unijne, kierując się słuszną intencją walki z agresywną, międzynarodową optymalizacją podatkową na dużą skalę, nakładały bowiem na kraje członkowskie obowiązek rejestrowania niektórych transakcji międzynarodowych na określone, wysokie kwoty.

Tymczasem polski ustawodawca „przy okazji” wprowadził obowiązek samodonoszenia w wypadku uzyskania praktycznie każdej, w tym legalnej, korzyści podatkowej, także między firmami krajowymi. Uregulowania w takim kształcie, jak wprowadzone w Polsce nakazują więc analizować każdą, nawet najmniejszą umowę pod kątem tego, czy na pewno nie trzeba się zadenuncjować, np. podczas zawieraniu umowy leasingu jednego samochodu lub zamawiania imprezy integracyjnej dla kilkunastoosobowego zespołu. W praktyce właśnie takie czynności są raportowane. Donosić fiskusowi muszą nie tylko tzw. promotorzy (doradcy podatkowi, prawnicy i tym podobne osoby profesjonalnie pomagające przedsiębiorcom w rozliczeniach), ale także…. sami podatnicy. Tak daleko nie posunął się nawet Orwell w 1984, malując obraz państwa, w którym dzieci donoszą na rodziców. W tym wypadku rodzice musieliby donieść na samych siebie. Kary za niezaraportowanie? Wymierzane zgodnie z Kodeksem karno-skarbowym. Grzywna teoretycznie może przekroczyć 20 mln zł.

Polska w globalnym ogonie

Intencja zmian uszczelniających system podatkowy jest właściwa. Eliminując oszustów unikających podatków, państwo pomaga wiarygodnym przedsiębiorcom i zwalcza nieuczciwą konkurencję. Jednak można to robić z głową, w taki sposób, aby utrudniać życie oszustom, a nie szkodzić przyzwoitym firmom. W Polsce w ostatnich latach tak się nie robi – pod szyldem walki z unikaniem opodatkowania zadręcza się wszystkich przedsiębiorców obowiązkami wzajemnej kontroli, a nawet donoszenia na samego siebie. Jaki jest efekt? Strach przed obciążeniem kosztami działalności oszustów, zrozumiały dla każdego, kto starał się w ostatnich latach np. o zwrot VAT-u.

To obszar na razie, z uwagi na krótki czas obowiązywania wielu z komentowanych uregulowań, niewymierny. Mierzalnym już teraz efektem jest katastrofalny wzrost pracochłonności rozliczeń podatkowych. Do jakiego raportu by nie zajrzeć, to właśnie w tym obszarze Polska najbardziej odstaje od większości innych państw rozwiniętych. Np. zgodnie z raportem Paying Taxes 2020 w Polsce potrzeba średnio aż 334 godzin rocznie, by uporać się z obowiązkami rozliczeń podatków (w raporcie z 2019 r. średnia światowa wyniosła 237 godzin, a w przypadku państw UE i OECD mówimy o 161 godzinach). Podobne relacje widać w innych raportach, np. w dokumencie Banku Światowego – to również 334 godziny pracy polskich przedsiębiorców przy średniej UE równej 172 godziny). Dla Niemiec jest to 218 godzin, dla Czech 230, dla Słowacji 192, dla Białorusi 170, dla Rosji 159, zaś dla Litwy… 95. Podobny „rząd wielkości” jak my prezentuje tylko Ukraina z wynikiem 327,5 godziny. Pytanie, czy jest to powód do radości dla Ukraińców, czy do wstydu dla nas. Dla Estonii ta wielkość wyniosła… 50 godzin. Dlatego nie spodziewam się w Polsce podatku naprawdę estońskiego.

Działanie sfinansowane ze środków Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018-2030. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.