Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Brzydki zapach resetu? Biden wobec rosyjskiej eskalacji na Ukrainie

przeczytanie zajmie 10 min
Brzydki zapach resetu? Biden wobec rosyjskiej eskalacji na Ukrainie Źródło: Gage Skidmore - flickr.com

„America is back”. Joe Biden, który zapowiedział powrót do wartości w amerykańskiej polityce zagranicznej, jednocześnie w dużej mierze przejął transakcyjne podejście swojego poprzednika. Nowy prezydent Stanów Zjednoczonych jest świadomy skali wyzwań i ograniczoności własnych zasobów. Niemniej pragmatyzm Bidena rodzi wrażenie niespójności.

Wojownicza retoryka nowego prezydenta

„Putin jest zabójcą” oświadczył prezydent Joe Biden w telewizyjnym wywiadzie dla stacji ABC. Dodał również, że już wkrótce zapłaci cenę za próbę ingerowania w amerykańskie wybory prezydenckie (z informacji opublikowanych przez amerykański wywiad wynika, że Rosja wspierała działania mające zaszkodzić kandydaturze Bidena). „Uświadomiłem prezydentowi Putinowi (…), że dni, kiedy Stany Zjednoczone przechodziły do porządku dziennego nad agresywnymi działaniami Rosji – mieszaniem się w nasze wybory, cyberatakami, truciem swoich obywateli – się skończyły”. To już fragment pierwszego przemówienia Bidena poświęconego polityce zagranicznej, w którym relacjonował swoją telefoniczną rozmowę z prezydentem Rosji. Już na początku marca Stany Zjednoczone ogłosiły nałożenie sankcji na osoby odpowiedzialne za otrucie opozycjonisty, Aleksieja Nawalnego.

Jednak kiedy do opinii publicznej na całym świecie coraz silniej zaczęły docierać sygnały o koncentracji wojsk rosyjskich wokół ukraińskiej granicy – Jen Psaki, rzeczniczka Białego Domu wskazała nawet, że nic o podobnej skali nie miało miejsca od pamiętnego 2014 roku – Biden zadzwonił do Putina i zasugerował spotkanie na terytorium państwa trzeciego. Dzień później nadeszła informacja, że Amerykanie nie wyślą swoich okrętów na Morze Czarne – co miało stanowić reakcję na rosyjskie ruchy wokół Ukrainy. Wśród analityków zajmujących się Rosją pojawiały się wcześniej sugestie, że ruchy rosyjskich wojsk, oprócz wywarcia presji na Kijów, mają jeszcze poprawić pozycję Kremla wobec nowej amerykańskiej administracji. Ostatnie dni mogłyby nie tylko potwierdzać tę tezę, ale również dowodzić skuteczności przyjętej przez Putina strategii. Adam Eberhardt, dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich zastanawiał się nawet na twitterze, czy w zamian za „powrót rosyjskich czołgów do koszar”, Putin nie skłoni Bidena do „przymknięcia oka na Nord Stream 2”.

Dzień później obraz sytuacji skomplikował się jednak jeszcze bardziej: amerykańska administracja ogłosiła szereg nowych, dotkliwych sankcji, m.in. zakazujących amerykańskim instytucjom finansowym obrotu obligacjami rosyjskimi. Ten ruch był od dawna zapowiadany (sugestia pojawiła się już we wspomnianym na początku wywiadzie telewizyjnym Bidena) i ma stanowić odwet nie tylko za próbę ingerencji w amerykańskie wybory, ale także za atak hakerski na systemy SolarWind (który naraził bezpieczeństwo zarówno amerykańskich instytucji rządowych jak i wielkich firm) czy próbę otrucia Nawalnego.

W krótkim czasie mogliśmy więc obserwować bardzo wojowniczą retorykę nowego prezydenta, później krok w tył wobec pierwszego poważnego testu (zaproszenie do rozmów, anulowanie decyzji o wysłaniu statków), wreszcie mocne uderzenie wystosowane jeszcze zanim wcześniejszy krok w tył mógł odnieść jakikolwiek skutek (nowe sankcje). Wszystko to może tworzyć wrażenie niekonsekwencji, połączonej z niepewnością w obliczu kryzysu. Z perspektywy Polski to również ważny moment. Dotychczasowe analizy polityki nowej administracji wobec Moskwy opierały się głównie na deklaracjach (ze skromnym wyjątkiem ograniczonych sankcji w sprawie Nawalnego). Teraz obserwujemy pierwszy poważne napięcie w relacjach między obydwoma państwami. Jego wynik może się okazać istotny również dla naszej przyszłości. Zatem: o co chodzi Bidenowi?

Powrót Ameryki, ale w pragmatycznym wydaniu

W dotychczasowych działaniach Biden zaprezentował dwa oblicza swojej prezydentury: z jednej strony podjął szereg działań o znaczeniu symbolicznym, które miały komunikować jego rodakom, ale i całemu świata, jakie jego rządy będą i czym będą się różnić od tych sprawowanych przez poprzednika. Przykład: już na samym początku urzędowania, Biden odwołał szereg rozporządzeń Trumpa dotyczących imigracji, w tym zniósł zakaz wjazdu do USA dla mieszkańców wybranych państw muzułmańskich czy wstrzymał finansowanie dla słynnego muru. Jedno i drugie wymagało jedynie szybkiego podpisu, a stanowiło bardzo wyraźne zerwanie z dorobkiem Trumpa i wysyłało oczywisty przekaz: będziemy traktować imigrantów w bardziej humanitarny sposób. Zatem sięgając po najniżej wiszące jabłka, Biden starał się już w pierwszych dniach urzędowania pokazać, że spełni nadzieje pokładane w nim przez przeciwników Trumpa.

W polityce zagranicznej takie sygnały, oprócz udowodnienia, że Stany Zjednoczone wróciły („America is back”), miały również pokazać, że w amerykańskiej polityce znów poważną rolę będą odgrywać prawa człowieka, demokracja, swobody obywatelskie czy praworządność. I właśnie poprzez te kryteria USA będą układały swoje relacje z najważniejszymi oponentami: Chinami i Rosją, które to państwa, podobnie jak administracja Trumpa, nowy rząd uznaje za największe wyzwanie dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych.

Symbolicznym wyrazem tego zwrotu ku wartościom w amerykańskiej polityce zagranicznej było poruszenie kwestii Hongkongu i Ujgurów w pierwszej rozmowie z Xi Jinpingiem, a kwestii cyberataku i otrucia Nawalnego w pierwszej rozmowie z Putinem. Później był wspomniany wywiad i „Putin-zabójca”, a także spotkanie przedstawicieli USA i Chin na Alasce z bardzo ostrą wymianą zdań m.in. na temat praw człowieka właśnie.

Jednak oprócz tych działań symbolicznych, Biden podjął również szereg kroków pragmatycznych, mających uchronić administrację przed wikłaniem się w niepotrzebne kłopoty, w czasie, kiedy uwagi domagają się najważniejsze kwestie: walka z COVID-19 i akcja szczepień, pakiet stymulacyjny dla gospodarki czy plan olbrzymich inwestycji w infrastrukturę na podwórku krajowym, a nabierająca tempa rywalizacja z Chinami na arenie międzynarodowej. Dlatego kiedy po kolejnej masowej strzelaninie w kraju wybuchła dyskusja nad dostępnością broni, Biden zamiast zgodnie z regułami współczesnej polityki skupiać się wyłącznie na tym medialnym problemie i zapowiadać ofensywę legislacyjną na niespotykaną dotąd skalę, postanowił sprawę odłożyć na kiedy indziej.

Ten pragmatyzm szybko ujawnił się również w polityce zagranicznej. Kiedy raport amerykańskich służb ujawnił, że za zabójstwem i poćwiartowaniem dziennikarza Dżamala Chaszukdżiego rzeczywiście stał potężny saudyjski następca tronu Mohammed bin Salman, Biden… postanowił ten fakt zignorować. Ameryka nałożyła sankcje, ale tylko na osoby bezpośrednio zaangażowane w zbrodnię. Stało się tak mimo wieloletniej krytyki Demokratów wobec taryfy ulgowej, jaką Trump dawał Saudom. Zupełnie jakby nowy prezydent chciał zacytować piosenkę zespołu Perfect „Wszystko ma swój czas”. To nie był moment na otwieranie dodatkowych frontów.

Dualizm w polityce Bidena – z jednej strony mocna retoryka i symboliczne podkreślanie nowego otwarcia w działaniach USA, z drugiej pragmatyczne skupienie się na kluczowych wyzwaniach odbija się również w relacjach Waszyngtonu z Moskwą.

Z jednej strony Biden nazywa Putina zabójcą, straszy konsekwencjami i nakłada sankcje – bo tego przecież wymaga wizerunek Ameryki, która „wróciła”. Z drugiej godzi się na przedłużenie traktatu New START, właściwie akceptując rosyjskie warunki i proponuje Putinowi rozmowy, kiedy ten wysyła czołgi na ukraińską granicę. To nie jest moment, w którym Ameryka chciałaby się wikłać w nowy konflikt z Rosją.

Stara historia resetu z Rosją i jej nowe interpretacje

I właśnie w tym miejscu warto poświęcić chwilę resetowi w relacjach amerykańsko-rosyjskich, zaproponowanemu przez administrację Baracka Obamy w 2009 roku. Według dość często spotykanej opinii był to przejaw idealistycznej ugodowości, obliczonej na swego rodzaju appeasement: w sprawie Gruzji nie wiele już można było zrobić, Miedwiediew wydawał się bardziej liberalny od Putina, a z Rosją trzeba się było jakoś ułożyć. Założono więc, że być może w zamian za pewne ustępstwa udałoby się skłonić Medwiediewa do lepszego zachowania? Taka naiwność, głosi dalej ten pogląd, doprowadziła do ogromnego rozczarowania w 2014 roku, kiedy Putin zaanektował Krym i najechał Ukrainę. Przed wyborami z listopada zeszłego roku taka wizja wydarzeń często była przywoływana dla wyrażenia wątpliwości dotyczących kandydata Demokratów: czy Joe Biden, przecież wiceprezydent w tamtej administracji, nie zechce znowu szukać załagodzenia stosunków z Rosją?

W niedawno opublikowanym na łamach Foreign Affairs artykule James Goldgeier sugeruje, że reset Obamy w relacjach z Rosją był przykładem nie idealizmu, a całkowicie transakcyjnego podejścia do polityki międzynarodowej. Nic z idealizmu i sentymentów, prosta wymiana korzyści we wzajemnie akceptowalnych granicach. Obama nie naciskał w sprawie Gruzji, nie popychał Ukrainy do członkostwa w NATO i rezygnował z tarczy antyrakietowej – Putin oferował wsparcie w wywieraniu presji na Teheran i udostępniał korytarz powietrzny dla amerykańskich transportów do Afganistanu.

Ponadto obydwie strony współpracowały nad ograniczeniem zbrojeń strategicznych. Obama nie miał złudzeń co do pozycji Miedwiediewa i charakteru władzy samego Putina (co potwierdza jego niedawno wydana książka o czasach prezydentury, „Ziemia obiecana”) i właśnie dlatego uznawał, że konieczne jest znalezienie sposobu współistnienia z Rosją, pozwalającego na osiągnięcie wspólnych korzyści. Taki model okazał się jednak niemożliwy do utrzymania w momencie, kiedy Rosja zdecydowała się na rozpoczęcie wojny w bezpośrednim sąsiedztwie NATO.

Z historii tamtego resetu, któremu zresztą jako wiceprezydent był przeciwny, Biden wyciągnął wnioski. Wydaje się, że podziela część ówczesnych diagnoz (Rosja się nie zmieni, trzeba znaleźć sposób na współistnienie, taki układ może być korzystny dla obu stron), ale jednocześnie ma świadomość, że Putina wciąż stać na kolejny wyskok, który może nawet taką warunkową współpracę przekreślić.

Żeby do tego nie dopuścić, Stany Zjednoczone muszą rozpocząć nowy etap dialogu z pozycji siły. Pokazując, że są gotowe na użycie nie tylko marchewki, ale również kija, w przekonaniu, że to skłoni Putina do nieprzekraczania wyznaczonych granic. Stąd najpierw sugestia wysłania okrętów i rozmowy z Zełenskim – później propozycja szczytu USA-Rosja.

Być zarazem groźnym dla Rosji i miłym dla Rosji

W ten sposób wracamy do ostatnich wydarzeń i dziwnej niekonsekwencji amerykańskiej administracji. Z jednej strony Biden wciąż kontynuuje symboliczny odwet na Rosji za przeszłe wykroczenia: cyberataki, ingerencje wyborcze, otrucia. Z drugiej, nie chce eskalacji napięć z Rosją i chciałby uniknąć rozpraszania amerykańskich zasobów, dlatego pragmatycznie dąży do załagodzenia sytuacji, proponując Putinowi dialog. Zderzenie tych dwóch nurtów daje wrażenie sprzeczności. Niestety, ta sprzeczność może poważnie zaciążyć na polityce zagranicznej Bidena.

Po pierwsze, budzi ona niezrozumienie przynajmniej u części jego wyborców i obserwatorów jego polityki na całym świecie. Szumne zapowiedzi i symboliczne akcenty w połączeniu z bardziej pragmatyczną praktyką, wywołały ostatnio komentarze wskazujące, że Biden w rzeczywistości nie różni się specjalnie od Trumpa niczym poza warstwą demokratyczno-liberalnego pudru.

W takim duchu komentowała ostatnio politykę nowego prezydenta Agata Popęda na łamach „Krytyki politycznej”, narzekając na to „jak wiele rzeczy się nie dzieje i jak symboliczna jest różnica między poczynaniami dobrotliwego wujka Joe i flirtującego z faszyzmem papy Trumpa”. Wydaje się prawdopodobne, że więcej osób podziela tego rodzaju emocje.

Po drugie, taka chęć hołdowania zarówno idealistycznym założeniom i oczekiwaniom bardziej progresywnych zwolenników, jak i opartej na wieloletnim doświadczeniu bardziej pragmatycznej wizji relacji międzynarodowych może prowadzić do wysyłania sprzecznych sygnałów. Trudno utrzymać spójność, najpierw symbolicznie tytułując Putina zabójcą, później pragmatycznie proponując mu spotkania, ale w międzyczasie – znowu symbolicznie – ogłaszając sankcje.

To jak zwyzywać kogoś na ulicy, potem zaprosić na piwo dla załagodzenia sytuacji, ale przed wejściem do baru przyłożyć mu krzesłem w głowę. Nawet jeśli dla każdego z tych działań z osobna można znaleźć racjonalne uzasadnienie, to jako ciąg zdarzeń mogą utrudnić osiągnięcie założonego celu, jakikolwiek by on nie był. Napięcia pomiędzy idealizmem i pragmatyzmem mogą nie tylko osłabiać wizerunek nowej administracji, ale także ciążyć na jej skuteczności.

Biden wciąż będzie szukał czegoś na kształt resetu z Rosją, opartego na transakcyjnej wymianie przysług, jednak połączonego z czytelnym stawianiem granic i pozbawionego kordialnej otoczki. Powodzenie tego planu będzie jednak zależało od tego czy znajdzie wyjście z dylematu pomiędzy wygórowanymi oczekiwaniami, a twardymi realiami międzynarodowej polityki. Pierwsze próby wypadły niezbyt pomyślnie.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki 1% podatku przekazanemu nam przez Darczyńców Klubu Jagiellońskiego. Dziękujemy! Dołącz do nich, wpisując nasz numer KRS przy rozliczeniu podatku: 0000128315.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.