Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Bez NATO nie będzie żadnego sojuszu polsko-amerykańskiego

Bez NATO nie będzie żadnego sojuszu polsko-amerykańskiego The White House from Washington, DC / Wikimedia Commons

Prezydent Trump chce, aby liczba amerykańskich żołnierzy w Niemczech została zredukowana do dwudziestu pięciu tysięcy (a więc o prawie jedną trzecią). Co więcej, Pentagon dostał bardzo krótki termin na przeprowadzenie tej redukcji – zaledwie do września. Potwierdziła się tym samym informacja, którą prawie dwa tygodnie temu opublikował Wall Street Journal. Wciąż jednak nie wiadomo jaki będzie dalszy los wycofanych z Niemiec żołnierzy. Według jednej z pogłosek część z nich mogłaby trafić do Polski. Perspektywa wzmocnienia wschodniej flanki zawsze jest dobrą informacją dla Polski, ale tym razem trudno o optymizm.

Niemcy płacą za mało

„Są winni NATO miliardy i wiedzą o tym. Dlaczego mielibyśmy to robić [bronić ich kraju], jeśli nie płacą?”. Tak amerykański prezydent podsumował powody swojej decyzji na konferencji prasowej. Trudno uznać tę retorykę za zaskakującą.

W czasie kampanii wyborczej z 2016 roku Donald Trump krytykował Sojusz Północnoatlantycki, nazywając go przestarzałym. Sugerował też, że podjąłby się obrony państw bałtyckich tylko pod warunkiem, że wcześniej wypełnią swoje sojusznicze zobowiązania.

Kiedy został prezydentem, jego retoryka nieco złagodniała, a działaniami potwierdził chęć dalszego udziału USA w sojuszu, a nawet jego wzmocnienie – poprzez wysłanie amerykańskich żołnierzy do Polski czy przez zwiększenie środków z federalnego budżetu na European Deterrence Initiative (program uruchomiony po aneksji Krymu przez Rosję, mający stanowić amerykańską gwarancję dla sojuszników w Europie). Trump nie przestał jednak naciskać sojuszników, by zwiększali swoje wydatki na obronność do uzgodnionego poziomu 2% PKB. W 2018 roku średnia dla państw sojuszu (bez USA) nie przekraczała 1,5%.

Szczególnym pod presją Białego Domu stanęły Niemcy, najzamożniejsze państwo Unii Europejskiej, goszczące u siebie największą liczbę amerykańskich żołnierzy po Japonii, a przeznaczające na obronność „zaledwie” ok. 1,3% swojego PKB. Trzeba jednak dodać, że ze względu na rozmiar ich gospodarki oznacza to, że Niemcy i tak wydają na obronność najwięcej spośród europejskich państw. Pod naciskiem Waszyngtonu, rząd w Berlinie zobowiązał się do stopniowego zwiększania nakładów na obronność, aż do uzyskania poziomu 1,5% PKB w 2024 roku. Szybko jednak okazało się, że niemieckie wydatki na tę dziedzinę nie tylko nie rosną (w relacji do produktu krajowego brutto), ale wręcz spadają. W sierpniu zeszłego roku nałożyło się na to nowe napięcie na linii Berlin – Waszyngton, kiedy niemieckie władze odmówiły udziału w proponowanej przez USA misji mającej zaprowadzić porządek w rejonie cieśniny Ormuz.

W odpowiedzi amerykański ambasador w Berlinie, zasugerował, że Amerykanie mogliby wycofać swoich żołnierzy z Niemiec. „Amerykańscy podatnicy muszą płacić za ponad 50 tysięcy Amerykanów w Niemczech, podczas gdy Niemcy wydają nadwyżkę budżetową na własne programy” – powiedział niemieckim mediom. Na jego sugestię szybko odpowiedziała na twitterze ambasador USA w Warszawie, Georgette Mosbacher, pisząc, że Polska w przeciwieństwie do Niemiec spełnia swoje zobowiązania dotyczące wydatków na zbrojenia i chętnie przyjmie amerykańskich żołnierzy z Niemiec. Sygnał był jasny – jeśli Berlin będzie dalej kwestionował amerykańskie przywództwo i nie przyjmie na siebie większego ciężaru finansowego związanego z wspólnym bezpieczeństwem, Amerykanie po prostu zwiną zabawki, albo poszukają sobie lepszych sojuszników w Europie.

Czas wycofywania wojsk

Pod koniec zimnej wojny w Niemczech Zachodnich wciąż stacjonowało około 200 tysięcy amerykańskich żołnierzy. Kiedy jednak żelazna kurtyna upadła, szybko stało się jasne, że nie ma już potrzeby utrzymywania tak znaczących sił zbrojnych w środku Europy. Widmo komunistycznej napaści zniknęło. W kolejnych latach przesunęła się również granica Sojuszu Północnoatlantyckiego – teraz to Polska czy kraje bałtyckie stały się jego najdalej wysuniętym na wschód krańcem. Dlatego przez ostanie trzydzieści lat amerykanie stopniowo wycofywali swoich żołnierzy z Niemiec. Jeszcze za rządów Baracka Obamy ponad dziesięć tysięcy z nich opuściło niemieckie bazy.

Punktem zwrotnym okazał się w 2014 r. i rosyjska aneksja Krymu, a później inwazja na Ukrainę. Te wydarzenia przekreśliły złudzenia ówczesnej administracji co do możliwości resetu w relacjach z Moskwą (Obama podjął taką inicjatywę, by poprawić wzajemne stosunki po ataku Rosji na Gruzję w 2008 r.). Amerykanie zdali sobie sprawę, że nieco ponad trzydzieści tysięcy żołnierzy stacjonujące w Niemczech z całą pewnością powinno tam pozostać, a być może nawet należy rozważać wzmocnienie zaangażowania w Europie. Wyrazem tego była decyzja podjęta wspólnie z innymi sojusznikami na szczycie w Warszawie (2016), by wzmocnić obecność NATO na wschodzie. W wyniku tej decyzji do Polski trafili pierwsi amerykańscy żołnierze.

Ten kierunek nie uległ zmianie po dojściu do władzy prezydenta Trumpa i to mimo jego strategii ograniczania militarnego zaangażowania USA na świecie (chociażby na Bliskim Wschodzie) oraz skomplikowanych relacji z państwami europejskimi. Co więcej, w czasie kadencji Trumpa jeszcze zwiększono liczbę amerykańskich żołnierzy w Polsce, a sens zaangażowania USA w Europie został potwierdzony w kluczowych dokumentach strategicznych (Strategia Bezpieczeństwa Narodowego z 2017 roku wskazała Rosję obok Chin jako „mocarstwo rewizjonistyczne” i tym samym kluczowe zagrożenie dla amerykańskiego bezpieczeństwa).

Tym bardziej zaskakujący okazał się ostatni zwrot akcji. Publikacja WSJ i spekulacje na temat wycofania części amerykańskich oddziałów z Niemiec zdziwiły nie tylko samych Niemców i innych sojuszników w ramach NATO, ale również amerykańskich polityków.

22 republikańskich kongresmenów napisało list do prezydenta, przekonując, że zagrożenie ze strony Rosji nie osłabło, a taki „sygnał osłabienia amerykańskiego zaangażowania w ramach Sojuszu może zachęcić ją do dalszej agresji”. Konserwatywny think-tank Heritage Foundation przekonywał w swojej analizie, że obecność amerykańskich wojsk w Europie nie ma na celu obrony Europejczyków, ale „obronę Ameryki i amerykańskich interesów”. Zewsząd podnosiły się również głosy, że Biały Dom z nikim nie konsultował tej decyzji. Zatem mimo wcześniejszych nieporozumień z Berlinem oraz szerszej polityki wycofywania amerykańskich wojsk, ostatni ruch Trumpa okazał się niespodziewany, nieprzygotowany oraz sprzeczny z założeniami jego dotychczasowej strategii bezpieczeństwa. Skąd taki nagły zwrot? Niestety, można podejrzewać, że to reakcja emocjonalna.

Problemy ze szczytem G7

Organizacja szczytu G7 w 2020 roku od początku trafiała na przeszkody. Zaczęło się od pomysłu Donalda Trumpa, by odbył się on w jego prywatnym kompleksie Trump National Doral w Miami. Na prezydenta spadła jednak lawina krytyki, a prawnicy wysunęli wątpliwości, czy taki rozwiązanie nie będzie sprzeczne z konstytucją i ostatecznie wybór padł na Camp David, wypoczynkową rezydencję prezydentów USA. Potem jednak przyszła pandemia i pojawiły się wątpliwości czy spotkanie liderów będzie mogło dojść do skutku. Trump odwołał więc szczyt, zapowiadając, że najprawdopodobniej odbędzie się on w formie telekonferencji. Pod koniec maja zmienił jednak zdanie i postanowił wrócić do regularnego spotkania, które miało by się odbyć pod koniec czerwca. Po niezbyt udanej konfrontacji z pandemią Trump potrzebował międzynarodowego sukcesu, a zarazem dowodu, że sytuacja uległa znaczącej poprawie. „Będzie to wspaniały znak dla wszystkich – normalizacja!” napisał na Twitterze.

Ten plan pokrzyżowała jednak Angela Merkel, odrzucając zaproszenie Trumpa. Niemiecka kanclerz stwierdziła, że ze względu na sytuację epidemiczną, koniec czerwca nie jest bezpieczną datą na transatlantycką podróż. Jej odmowa pociągnęła za sobą ostrożniejsze deklaracje Emmanuela Macrona i Borisa Johnsona, którzy niezależnie od siebie zasugerowali, że szczyt jednak powinien zgromadzić wszystkich przywódców osobiście. Czerwcowy plan runął, a razem z nim dobry PR, po którym prezydent wiele sobie obiecywał. Trump był wściekły. Zwłaszcza, że intencje kanclerz Merkel mogły nie być najczystsze. Jak donosi Politico, niedługo przed odrzuceniem wspomnianego zaproszenia, doszło do rozmowy telefonicznej pomiędzy nią, a Donaldem Trumpem. Jej przebieg miał być gwałtowny, a wśród tematów miało się pojawić NATO, Nord Stream 2 i relacje z Chinami.

Czy to był powód, który sprowokował Trumpa do radykalnej decyzji? Tego się zapewne nigdy nie dowiemy (chyba, że ktoś z prezydenckiego otoczenia zdecyduje się wydać książkę, idąc za przykładem Johna Boltona). Na konferencji prasowej prezydent wspomniał również o tym, że Niemcy płacą Rosji za energię, podczas gdy USA bronią Niemców właśnie przed Rosją (prezydent mógł nawiązywać do ostatnich zatargów wokół Nord Stream 2), a także o tym, że Niemcy traktują Amerykanów „bardzo źle w handlu”. Egzegeza tych wypowiedzi nie jest łatwa.

Jedno nie ulega jednak wątpliwości: decyzja Trumpa nie wynika z militarnej kalkulacji, a z chęci wywarcia presji na Berlin.

Zła wiadomość dla Polski

Wciąż nie wiemy jaki los spotka żołnierzy wycofywanych z Niemiec. Czy wrócą do USA, czy też zostaną rozmieszczeni na terytorium innego państwa, na przykład na wschodniej flance NATO? Pojawiły się głosy, że mogliby trafić do Polski, a do takiej możliwości pozytywnie odniósł się premier Mateusz Morawiecki. Zwiększenie amerykańskiej obecności w naszym kraju z całą pewnością jest dla nas korzystne, choć w tym wypadku nie musi oznaczać wzmocnienia naszego bezpieczeństwa. Dodatkowy tysiąc czy dwa tysiące żołnierzy w Polsce nie zrównoważy bowiem strat wynikających z osłabienia więzi transatlantyckiej. A trudno inaczej odczytywać fakt, że w atmosferze wzajemnej nieufności, amerykańska administracja decyduje się na wycofanie znaczącej części swoich wojsk z kluczowego dla obronności Europy obszaru.

Kluczowe znaczenia ma tu nawet nie osłabienie siły militarnej, ale sama wymowa tej decyzji. USA nie chcą już być bezwarunkowym gwarantem europejskiego bezpieczeństwa, a ich wsparcie będzie uzależnione od postawy państw sojuszniczych. Nie tylko w kwestii bardziej zrównoważonego dzielenia się kosztami wzajemnej obrony, ale także realizowania polityki handlowej czy surowcowej, zgodnej z wizją Waszyngtonu.

Nie można też mieć pewności czy realizacja zobowiązań sojuszniczych nie będzie też w jakimś stopniu uzależniona od prezydenckiego kaprysu. Decyzja o wycofaniu żołnierzy z Niemiec nie została podjęta w porozumieniu z państwami europejskimi. Wpisuje się to w diagnozę o braku międzysojuszniczej koordynacji, którą postawił Emanuel Macron w głośnym wywiadzie dla The Economist, zapamiętanym głównie ze względu na wypowiedź o „śmierci mózgu NATO”. Deficyt wzajemnego zaufania wewnątrz sojuszu rośnie.

Osłabianie Sojuszu Północnoatlantyckiego jest sprzeczne z polskim interesem. Dlatego nie powinno się cieszyć z nieporozumień pomiędzy Berlinem a Waszyngtonem. Tym bardziej, że po raz kolejny strona amerykańska sięga po Polskę, by postawić ją w opozycji do państw „starej Europy”.

Głaskanie po plecach przez Wuja Sama może się wydawać miłe, ale wśród naszych europejskich partnerów może też budzić narastające poczucie, że Warszawa staje się amerykańskim koniem trojańskim w europejskiej wspólnocie. To również nie jest dla nas korzystne. Również dlatego, że bez NATO nie powstanie żaden polsko – amerykański sojusz gwarantujący nasze bezpieczeństwo. Jeśli pewnego dnia USA zadecydują o wycofaniu ze starego kontynentu, pozostanie nam tylko „stara Europa”. Warto i o tym pamiętać.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.