Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Kamil Wons  3 lipca 2019

PiS stawia wszystko na jedną amerykańską kartę. Wokół zakupu F-35

Kamil Wons  3 lipca 2019
przeczytanie zajmie 11 min

Biorąc pod uwagę kalkulacje finansowe i jakość sprzętu, trudno podważyć sensowność wyboru amerykańskich maszyn F-35. Tylko że w przypadku branży wojskowej sam ekonomiczny rachunek zysków i strat nie wystarczy. Analizując decyzję rządu Prawa i Sprawiedliwości widać, że od długofalowej podmiotowości ważniejsze jest dla nich bezpieczeństwo na tu i teraz. Na pierwszym miejscu są Amerykanie, a później długo, długo nikt.

Po co nam nowe samoloty?

Rozpoczęty w 2017 r. program modernizacyjny Ministerstwa Obrony Narodowej  „Harpia” ma na celu zastąpienie w Siłach Powietrznych RP myśliwców MIG-29 oraz wysłużonych maszyn myśliwsko-bombowych Su-22 (Polska należy do „elitarnego” grona pięciu państw użytkujących nadal te samoloty; poza nami są to jeszcze: Angola, Jemen, Syria oraz Wietnam).

Samoloty Su-22 nie są w stanie sprostać wymogom współczesnego pola walki, ich uzbrojenie oraz systemy pokładowe są przestarzałe. Dodatkowo egzemplarze posiadane przez Wojsko Polskie zbliżają się do kresu swojej używalności. Trochę inaczej wygląda sprawa samolotów MIG-29. W ich przypadku wycofanie z użytku podyktowane jest sprawami natury technicznej, jak i geopolitycznej. Możliwość dalszego ich użytkowania oraz ewentualnej wymiany na nowsze modele jest czysto teoretyczna, gdyż praktycznie cała związana z tym technologia znajduje się  w posiadaniu Rosjan. Co więcej, zeszłoroczna tragiczna (pilot nie przeżył) katastrofa w Pasłęku podważyła nasze zdolności do obsługi tych samolotów. Według ustaleń Komisji Badania Wypadków Lotniczych, system katapultowania nie zadziałał z powodu użycia przez wojskowe zakłady lotnicze niewłaściwego zamiennika przy serwisie fotela katapultującego.

Sam program „Harpia” realizowany jest w dość specyficzny sposób. Rozpoczął się on od tzw. fazy analityczno-koncepcyjnej polegającej na badaniu rynku ws. „zwiększenia możliwości realizacji zadań w ramach ofensywnej i defensywnej walki z potencjałem powietrznym przeciwnika oraz zadań wykonywanych w celu wsparcia działań lądowych morskich i specjalnych – wielozadaniowy samolot bojowy, a także zdolności do prowadzenia zakłóceń elektronicznych z powietrza”.

Do pierwszego etapu zgłosiło się pięć podmiotów: szwedzki Saab AB (producent Gripena NG), amerykański Lockheed Martin (producent F-16 i F-35) i Boeing Company (producent F-15 oraz F/A-18), włoski Leonardo S.p.A (współproducent Eurofighter Typhoon) oraz Fights-On Logistics (firma uczestnicząca we wdrażaniu w Polsce samolotów F-16). Po przyspieszeniu programu w listopadzie 2018 r., faza ta zakończyła się… rozpoczęciem rozmów nt. zakupu F-35.

Jak widać, nie mamy tutaj do czynienia z żadnym otwartym przetargiem, lecz z negocjacjami z jednym oferentem. Co więcej, pojawiły się głosy mówiące o tym, że program „Harpia” będzie realizowany poza budżetem MON, jako specjalny program analogiczny do zakupu F-16. Zgodnie z wypowiedziami wiceministra Wojciecha Surkiewicza dostawa pierwszej transzy (16 samolotów) ma się rozpocząć do 2024 r., a  drugiej do 2026, przy czym mówi się również o opcji na kolejne 16 maszyn po 2026 r. Pieniądze na ten cel mają wystać wyasygnowane po 2020 r., co daje nam jakieś półtora roku na negocjacje i podpisanie umowy.

Krótka historia samolotów F-35

F-35 jest określany jako samolot piątej generacji, a jego zakup ma oznaczać prawdziwy skok technologiczny w polskich siłach zbrojnych. Lecz co to właściwie oznacza?

Odrzutowe samoloty myśliwskie zwykło się dzielić na tzw. generacje. Jest to związane z kolejnymi fazami rozwoju technicznego tych maszyn. Nie wnikając w szczegóły poprzednich rozgraniczeń, interesować nas będzie to, co działo się od czasu tzw. czwartej generacji, która zaczęła wchodzić na rynek w latach 70.. Najważniejszą cechą tej generacji była wielozadaniowość. Celem ograniczenia kosztów na bazie jednej konstrukcji powstać miały samoloty mogące wykonywać zadania myśliwca przewagi powietrznej, maszyny przechwytującej oraz samolotu myśliwsko-bombowego. Do tej kategorii należą  takie modele jak: F-16, F/A-18, F-15, Dassault Mirage 2000, MIG-29 czy Su-27.

Jednak po wprowadzeniu tychże maszyn do użytku, bojowego rozwój samolotów myśliwskich uległ zasadniczej zmianie. O ile w poprzednich latach modyfikacjom technicznym towarzyszyły zmiany konstrukcji płatowców, o tyle w ostatnich latach postęp następował głównie za sprawą wyposażenia elektronicznego. Stąd pojawiające się od lat 90. nowsze wersje myśliwców zaliczano do tzw. generacji 4,5 (F-16 jako konstrukcja płatowca jest w użyciu dłużej niż okres dominacji myśliwców generacji 1-3) związana z gwałtownym wzrostem możliwości bojowych, dzięki zastosowaniu systemów cyfrowych.

W latach 90. zaczęto myśleć nad zbudowaniem myśliwca piątej generacji. Miał on charakteryzować się czterema cechami: technologią stealth (w znaczeniu zakłócenia radarowego obrazu samolotu poprzez rozproszenie lub wchłonięcie części fal radarowych, co utrudnia/uniemożliwia wykrycie danego celu), wykorzystaniem radarów AESA (radar skanowania fazowego znacznie skuteczniejszy od radarów mechanicznych), naddźwiękową prędkością przelotową (starsze myśliwce są w stanie przekroczyć prędkość dźwięku w krótkotrwałym locie z dopalaczami) oraz nowoczesnymi systemami pola walki (chodzi w dużej mierze o wpięcie samolotu w sieciocentryczny układ, który zmienia myśliwiec z biernego odbiornika zadań w autonomiczną jednostkę o szerokiej świadomości sytuacyjnej, mogącą jednocześnie wspierać swoimi sensorami inne elementy systemu).

Po wieloletnim i niezwykle kosztownym programie konstrukcyjno-badawczym w 1997 r. do produkcji wszedł F-22 Raptor. Finalnie jednak skończyło się na 198 sztukach, które nigdy nie trafiły na eksport – koszty produkcji i eksploatacji okazały się zbyt duże.

W międzyczasie powstał tańszy model F-35, który miał zostać flagową maszyną lotnictwa USA. F-35 jest rozwiązaniem kompromisowym, gdyż posiada on wszystkie cechy samolotu piątej generacji, lecz w stopniu nie tak „pryncypialnym” jak F-22. Dotyczy to głównie właściwości stealth, która znacząco podnosi koszty opracowania i użytkowania samolotu oraz zmniejsza ilość i wielkość przenoszonego uzbrojenia. W związku z ambicją zastąpienia większości samolotów w amerykańskiej armii, F-35 występuje w trzech wersjach: F-35A, czyli samolot konwencjonalnego startu i lądowania (którym zainteresowane jest nasze ministerstwo), F-35B (krótki start i pionowe lądowanie) oraz F-35C (samolot przeznaczony do bazowania na lotniskowcach).

Ktoś poza Amerykanami jeszcze produkuje?

Obciążające koszty badawczo-rozwojowe, nowoczesne technologie niezbędne do opracowania i produkcji samolotów piątej generacji oraz bieżące koszty eksploatacji (w przypadku F-35 mówimy o 35 tys. dolarów za godzinę lotu!). spowodowały, że obecnie istnieje tylko kilka przykładów takich maszyn. Poza wskazanymi wcześniej modelami, F-22 i F-35, znajdziemy jeszcze chińskie maszyny J-20 i J-31 oraz rosyjskie Su-57. W związku ze swoistą modą na piątą generację powstało wiele programów mających na celu opracowanie innych tego typu samolotów, m.in. w: Japonii, Indonezji czy Turcji, nawet Iran pracować ma nad swoim odpowiednikiem. Jednak nie wyszły one poza etap modelów i makiet.

Rzetelne informacje posiadamy jedynie w odniesieniu do maszyn amerykańskich, które są w użyciu/produkcji od dłuższego czasu, co pozwoliło na wyeliminowanie wielu bolączek tzw. wieku dziecięcego (jeżeli chodzi o F-35 to występujące nadal problemy dotyczą głównie wersji B i C). W przypadku samolotów chińskich mamy do czynienia jedynie z informacjami propagandowymi oraz nielicznymi zdjęciami (w ramach kontrolowanych przecieków). Często pojawiają się również doniesienia wskazujące na wykorzystywanie przez Chińczyków danych wykradzionych z programów F-22 oraz F-35.

Rosyjski Su-57, pomimo szumnych deklaracji rozpoczęcia produkcji seryjnej, należy uznać za maszynę prototypową. Choćby z powodu umieszczenia w nim silników starszej generacji, gdyż docelowe jednostki nadal nie mogą zostać skierowane do produkcji przez opóźnienia w pracach badawczych. Wątpliwości budzą również zdolności radaru i innych systemów pokładowych samolotu. Co więcej, sam program ma pecha, gdyż wycofały się z niego Indie, które zapewnić miały istotną część finansowania oraz zamówień na te samoloty (poszło o transfer technologii), sama zaś Rosja kupić go ma w ograniczonych ilościach.

Czy mamy tańszą alternatywę?

Dla zachodnich producentów (gdyż pozostali mają problemy nawet z silnikami czy podstawową elektroniką) najbardziej problematyczna w przypadku samolotów piątej generacji wydaje się opisywana już wyżej technologia stealth oraz kwestie związane z odpowiednim umieszczeniem uzbrojenia. W związku z tym niektórzy producenci postanowili pójść na skróty. Najnowsze wersje myśliwców generacji 4,5 (zaliczane czasem do generacji 4,5+ lub 4++) posiadają wszystkie (bądź większość) cech samolotu generacji piątej poza pełnym stealth. Do tej kategorii zaliczane są najnowsze wersje Su-35, Eurofightera Typhoon, Grippena, Dassault Rafale, F-15, F/A-18 czy F-16.

Tutaj pojawia się jednak problem, ponieważ porównanie przetargów na samoloty wielozadaniowe dla Indii (36 Dassault Rafale za 3,42 mld euro), Indonezji (11 Su-35 za 1,14 mld dolarów), Brazylii (36 Grippenów za 5,4 mld dolarów wraz z rozpoczęciem produkcji na miejscu) czy Belgii (34 F-35 za 4 mld euro) pokazują, że w praktyce koszty zakupu poszczególnych myśliwców najnowszych generacji są porównywalne. Również koszty użytkowania najnowszych maszyn mieszczą się w przedziałach od 15-20 czy 30 tys. dolarów za godzinę lotu.

Pamiętać jednak należy, że model biznesowy F-35 ma tutaj zdecydowaną przewagę nad konkurentami. Jest on realizowany w ramach międzynarodowego programu, w którym uczestniczy 15 państw, które podzieliły miedzy siebie łańcuchy produkcji oraz dostaw części zamiennych. Głównym beneficjentem tego programu jest Lockheed Martin jednak patrząc z punktu widzenia produkcji poszczególnych elementów jest to samolot w pełni globalny. Efekt skali w przypadku maszyny kupowanej przez ponad 15 (uczestnicy programu plus kolejni) państw jest nie do przecenienia. Zdaje się to potwierdzać umowa podpisana pomiędzy Pentagonem a firmą Lockheed Martin na dostawę 12 transzy F-35 (z opcją na 13 i 14), w ramach której po raz kolejny obniżona zostanie cena jednostkowa maszyny, a także koszty jej bieżącego użytkowania  (masowa produkcja obniży cenę części zamiennych).

Bezpieczeństwo czy podmiotowość?

W przypadku sprzętu wojskowego samo porównanie ceny i możliwości technicznych nie jest wystarczające do sformułowania pełnej oceny konkretnego zakupu. Sprzęt wojskowy ze względu na swoją specyfikę jest jednym z najbardziej upolitycznionych sfer handlu. Z jednej strony dotyczy on wrażliwej kwestii, czyli bezpieczeństwa, a z drugiej idą za nim ogromne pieniądze oraz technologia. Nie można także zapominać o jednej ważnej rzeczy – 4 mld dolarów wysłane za ocean to nie są te same 4 mld dolarów z których np. 1/3 zostaje w polskiej gospodarce.

Podobnie rzecz ma się z technologią, co łatwo można pokazać na sprzęcie radzieckim służącym w Ludowym Wojsku Polskim. Z jednej strony posiadaliśmy licencję na produkcję T-72 czy Mi-2, dzięki którym byliśmy praktycznie niezależni w kwestii produkcji, serwisu czy modernizacji czołgów i śmigłowców (roztrwonienie tego potencjału to temat na inną dyskusję), a z drugiej strony kupiliśmy, świetne w swoim czasie, migi, które teraz musimy wycofać, bo nawet foteli nie możemy w nich dobrze serwisować. Co więcej, w przypadku zakupu sprzętu „z półki” dana technologia służy jedynie na tym wybranym odcinku, podczas gdy uzyskanie do niej dostępu przez przemysł pozwala na uzyskanie efektu synergii z innymi projektami, jak i gospodarką cywilną (co świetnie pokazuje przykład Izraela).

O ile zakup F-35 nie wygląda najgorzej z perspektywy racjonalności finansowej, o tyle pozostałe decyzje, takie jak pozyskanie systemów HIMARS czy Patriot są mocno wątpliwe pod tym względem. Wszystkie je łączy jednak minimalny lub żaden udział polskiego przemysłu. Nawet problemy Turcji z utrzymaniem się w programie F-35 nie dają wcale większych nadziei na przeniesienie choćby części produkcji do Polski (poziom rozwoju tureckiego przemysłu lotniczego jest nieporównywalny do naszego). Podobnie ma się rzecz z technologią, która jest amerykańska, co oznacza każdorazową potrzebę uzyskania zgody Waszyngtonu na jej sprzedaż, modernizację czy wykorzystanie w innym obszarze.

Patrząc z oddali na politykę zakupów uzbrojenia prowadzoną przez obecną ekipę rządzącą można dojść do wniosku, że skupia się ona na natychmiastowym zapewnieniu bezpieczeństwa bez względu na koszty oraz dłuższą perspektywę. Mechanizm wydaje się prosty – kupujemy z półki najlepszy sprzęt nie patrząc na koszty i udział polskiego przemysłu, jednocześnie umacniając nasz sojusz z USA. Wyraźnie widać, że Prawo i Sprawiedliwość w globalnej grze postawiło wszystko na jedną amerykańską kartę.

Wynika z tego, że obóz rządzący uznał, iż w obliczu rosnącego zagrożenia międzynarodowego po pierwsze, nie mamy dużo czasu na działanie, a po drugie tylko Stany Zjednoczone są nam w stanie zapewnić bezpieczeństwo. Z tej perspektywy relacje z partnerami europejskimi mają charakter uzupełniający, względnie opierają się na innych aspektach niż bezpieczeństwo. Oznacza to, że nie są oni uznawani za wiarygodnych, co w przypadku Niemiec i sprawy Nord Stream 2 wydaje się uzasadnione. Odrzucona w ten sposób została również wizja w ramach, której w mniej lub bardziej samodzielnie Polska buduje własne zdolności odstraszania, traktując NATO jako uzupełnienie i parasol atomowy.

Niejako potwierdzeniem tych tez jest wyspowy charakter modernizacji sił zbrojnych. Mam tutaj na myśli uzyskiwanie wysokich zdolności w wybranych obszarach (myśliwce wielozadaniowe, obrona przeciwlotnicza średniego zasięgu, rakietowe systemy artyleryjskie dalekiego zasięgu etc.) przy jednoczesnym odraczaniu wielu innych zakupów. W kolejce do muzeum czeka cała rzesza sprzętu: od śmigłowców, poprzez bojowe wozy piechoty, pojazdy rozpoznawcze, czołgi, samochody terenowe, itd. Zdecydowano się jednak na wytypowanie kluczowych ze względu na bezpieczeństwo obszarów i zapewnienie im maksymalnej skuteczności kosztem innych priorytetów. O tym na co szykują się decydenci świadczy chociażby fakt wyboru myśliwca piątej generacji oraz zapis dotyczący walki elektronicznej w programie Harpia. Nowe polskie myśliwce mają w tej koncepcji walczyć w ramach bąbla antydostępowego umieszczonego w Obwodzie Kaliningradzkim.

Problemem pozostaje również brak możliwości korzystania z wielu rodzajów uzbrojenia bez pomocy amerykańskiej. Chodzi o to, że radary przez nas posiadane mają krótszy zasięg niż niektóre rodzaje uzbrojenia (NDR, JASSM-ER, HIMARS) przy czym nie jest to wina samych stacji radarowych, a tzw. horyzontu radiolokacyjnego (krzywizna Ziemi zasłania dalsze obiekty). Dlatego niezbędne stają się środki obrazowania satelitarnego czy lotnicze systemy rozpoznawcze. Nie jest to problemem, jeżeli zakłada się ścisłe współdziałanie ze Stanami Zjednoczonymi, pozwala to również oszczędzić na budowaniu własnego systemu rozpoznania elektronicznego, jednak znacznie ogranicza samodzielność strategiczną.

Wybrany model polityki obronnej sam w sobie nie jest zły, jak każdy ma swoje wady i zalety, problemem jednak jest to, że rozjeżdża się całkowicie z narracją rządu. Jak połączyć decyzję o strategicznym podporządkowaniu się sojusznikowi celem uzyskania bezpieczeństwa ze słynnym już wstawaniem z kolan?  Jak w kontekście Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju i haseł reindustrializacji Polski traktować politykę zakupów ignorującą kwestię udziału polskiego przemysłu?

Paradoksalnie Zjednoczona Prawica powtarza, na innym odcinku polityki międzynarodowej, strategię rządów PO-PSL. Tylko sfera gospodarcza i unijna została zamieniona na obszar bezpieczeństwa, a miejsce Niemiec zajęły Stany Zjednoczone. I tak jak w przypadku współpracy z Angelą Merkel mogliśmy liczyć na kość z pańskiego stołu, tak i dobre relacje z Donaldem Trumpem dają nam na to szansę.