Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Pouczająca opowieść o zdradzie i solidarności. Przypadek Józefa hrabiego Tyszkiewicza

Pouczająca opowieść o zdradzie i solidarności. Przypadek Józefa hrabiego Tyszkiewicza Pałac Tyszkiewiczów w Landwarowie [za:] Audrius Matikiūnas - Flickr.com

Czasem zdarza się, że czyjaś biografia jest jednocześnie uniwersalną opowieścią o specyfice danej epoki. Czyjeś losy mogą również jak w pigułce zawierać charakterystykę jakieś grupy lub oddawać określone idee i sposoby myślenia. Jedną z takich postaci-emblematów był Józef Tyszkiewicz (1835-1891), zamożny polski szlachcic żyjący w XIX-wiecznym zaborze rosyjskim.

Odegrał on jednak w dziejach rolę osobliwą. Jego historia to bowiem podręcznikowa wręcz opowieść o zdradzie. I to zdradzie totalnej. Zdradzie, która wymierzona była zarówno przeciw konkretnym osobom, jak i przeciw wyższym ideom. A nawet przeciwko samemu sobie.

Świat szlacheckich „ostańców I RP”

Aby zrozumieć Tyszkiewicza, trzeba poznać tło epoki, w której żył. Przenieśmy się więc o kilkaset kilometrów od współczesnej Polski i około 150 lat wstecz: na ziemie dzisiejszej Litwy i Białorusi, które w XIX w. znajdowały się pod zaborem rosyjskim i nie zostały włączone do autonomicznego Królestwa Polskiego. Tam właśnie hrabia się urodził i spędził większość swojego życia. Jego rodzina, stary ród szlachecki, zamieszkiwała te tereny od setek lat, dzierżąc w swoim ręku liczne dobra ziemskie. Można więc podejrzewać, że wyrastając z tych kresowych terenów, Tyszkiewicz nosił w swoim umyśle wiele typowych dla nich cech.

Polska szlachta była tu rozrzucona w oddalonych od siebie dworach, wśród lasów i pustek. Tutejsi chłopi często posługiwali się innym od panów językiem i mieli inne obyczaje. Także władza państwowa była obca – główni decydenci w guberniach pochodzili z macierzy Imperium Rosyjskiego. Mogło to powodować dojmujące poczucie izolacji. Oto pojedynczy szlachcice – rozrzuceni po wielkim terenie – bywali ostańcami niegdysiejszej Rzeczypospolitej, samotnymi nosicielami tracącego na mocy i atrakcyjności polskiego dziedzictwa.

Choć poniekąd było to prawdą, stwarzało jednak zagrożenia. Mogło spowodować postawienie znaku równości między sobą a szerszą wspólnotą, między interesem prywatnym a podniosłymi ideami. Część szlachty zaczęła utożsamiać rzeczy partykularne z Rzecząpospolitą. Podejrzewam, że właśnie w taki fałszywy schemat myślowy popadł sam Tyszkiewicz, który przejawił go w kilku scenach swojego życia.

Scena pierwsza: jak Tyszkiewicz pacyfikował własnych chłopów rosyjskimi bagnetami

Pierwsza chwila próby, z którą hrabia musiał się zmierzyć, przyszła na początku lat 60. W 1861 r. Aleksander II ogłosił ukaz o zniesieniu pańszczyzny. Obejmował on całe ziemie zaboru rosyjskiego za wyjątkiem Królestwa Polskiego. Chłopi jednak zbuntowali się, gdyż ukaz nie znosił pańszczyzny natychmiast i w znacznej mierze podtrzymywał zależność wsi od dworu. W wielu folwarkach włościanie zastrajkowali. Hrabia tak się oburzył, że zażądał wsparcia wojska. Rosyjskie oddziały wkrótce wkroczyły na jego ziemie, bezlitośnie tłumiąc bunt. Nie znamy dokładnej liczby ofiar, trudno jednak wątpić, że wielu zginęło i zostało rannych w traumatycznych okolicznościach. Historyk Stanisław Wrona opisał Tyszkiewicza jako wyjątkowo niemiłosiernego w swych poczynaniach.

Jak to usprawiedliwiał sam Tyszkiewicz? Być może tak silnie przywłaszczył i skroił pod siebie ideę polskości, że każdy atak na siebie uznawał za atak na Rzeczpospolitą. Mógł myśleć, że bronił nie tylko siebie – bronił także polskiej wspólnoty i wartości przeciw obcym, tym z innej wspólnoty, innej klasy i innej kultury. Nie rozumiał najwyraźniej, że pomimo licznych różnic tworzył, chcąc nie chcąc, ze swoimi sąsiadami-chłopami jedno społeczeństwo. Mogli oni pochodzić z innej warstwy społecznej, o innej mentalności i obyczajach, ale pozostawali jednak razem ze szlachtą jednym organizmem społecznym, który na autoagresji mógł tylko stracić.

Lepiej od hrabiego rozumiał to car. Aleksander II przychylił się do żądań chłopów i poszedł na znaczne ustępstwa. Tyszkiewicz znalazł się więc w niezręcznej pozycji jednoczesnego konfliktu i z chłopami, na których napuścił wojsko, i z władzą, która finalnie przyznała im słuszność. Wkrótce miało się to na nim zemścić.

Scena druga: jak Tyszkiewicz poszedł do powstania i szybko przestało mu się podobać

Przyszedł rok 1863 i wybuch powstania styczniowego. Tu hrabia miał pełne pole do popisu – mógł wejść w żywioł romantycznej bitki za polskość. Nadarzyła się okazja, by zostać pełnoetatowym patriotycznym bojownikiem, walczącym o polskość z zaborcą, który niedawno też wydał decyzję niekorzystną dla folwarku. Tyszkiewicz skorzystał z tej możliwości, finansując powstanie z własnych środków i wstępując do miejscowej partyzantki.

I tu szybko pojawił się zgrzyt: władze powstańcze ogłosiły bardzo korzystny dekret o wynagrodzeniach dla chłopów-powstańców. Zarazem wymagał on daleko idących ustępstw od właścicieli majątków – to oni bowiem ponosiliby koszty insurekcyjnych postanowień. Decydenci zrywu rozumieli, że bez pozytywnego programu skierowanego do chłopów powstanie nie ma szans na sukces.

Jak na to zareagował Tyszkiewicz – nie wiadomo. Prawdopodobnie znalazł się w licznym gronie tych, którzy stosowali obstrukcję. Stanął więc w rozkroku: jako deklarujący się patriota i obrońca Rzeczypospolitej chciał się bić z Rosjanami. Zarazem jednak bronił swojego partykularnego interesu i nie zgadzał się z jednym z kluczowych postulatów powstania.

Scena trzecia: jak Tyszkiewicz porzucił powstanie i został carskim pułkownikiem

Gorliwy patriotyzm Tyszkiewicza nie wytrzymał próby czasu, gdy trzeba było zapłacić zań cenę z własnej kieszeni. Wiele wskazuje na to, że w pewnym momencie narodowa wola hrabiego została złamana. Najprawdopodobniej porzucił powstanie i rozpoczął współpracę z władzami rosyjskimi. Wybrał radykalny lojalizm wobec cara, gdyż wówczas tylko on gwarantował zachowanie prywatnej wygody. Wielu spośród tych, którzy się na niego nie zdecydowali, musiało się liczyć z ostrymi represjami.

Dobitnie świadczy o tym fakt, że Tyszkiewicz jako jeden z niewielu kresowych szlachciców nie tylko nie został wywłaszczony, ale i zachował prawo do nabywania ziemi. Skrzętnie z niego korzystał, podkupując sąsiadów, których carskie represje popowstaniowe doprowadziły do wyprzedawania mienia. Wkrótce rozwinął także prężną karierę jako oficer w wojsku Imperium, za co nagrodzono go licznymi odznaczeniami państwowymi. Był chyba jedynym powstańcem styczniowym, który umarł jako dystyngowany pułkownik w armii cara Wszechrusi.

Potrójna zdrada hrabiego Tyszkiewicza

Wszystkie te trzy epizody – od prześladowania chłopów, przez akces do powstania styczniowego, po współpracę z caratem – z pozoru trudno ująć jedną wspólną klamrą. Widać, że Tyszkiewicz miotał się, nie mogąc gładko realizować swoich zamiarów w dynamicznej rzeczywistości. Nie interpretowałbym jednak jego przypadku jako okazu cynicznej, pozbawionej ideałów elastyczności. Nie mamy tu też do czynienia z wyrachowanym dyplomatą, zręcznie wygrywającym okoliczności dziejowe dla własnej korzyści. Byłoby to proste, lecz wydaje mi się, że zbyt banalne.

Wierzę, że Tyszkiewicz był szczery w swoich patriotycznych przekonaniach. Padł jednak ofiarą utożsamienia dobra własnego z dobrem wspólnym – rzeczy partykularnych z Rzecząpospolitą. Zapewne nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, jak w istocie przygodny był jego patriotyzm. Mógł do końca swoich dni wierzyć, że zawsze walczył w obronie słusznych praw – prawa własności czy też porządku publicznego. Mierzył jednak wszystko miarą pod siebie, zamiast starać się uzyskać szerszy – dobry dla całej społeczności – ogląd spraw i wznieść się ponad swoje prywatne zachcianki na wyższy poziom. Wybrawszy oparcie się tylko na samym sobie, a nie na szerszej, większej niż on sam rzeczywistości, skazał się na osobistą klęskę, gdy podmuch historii uderzył mocniej.

Skutkiem tego była zdrada totalna. Pielęgnując swój egoizm, Tyszkiewicz najpierw zdradził swoich chłopskich sąsiadów, których jako feudał teoretycznie miał brać pod opiekę. Potem zdradził ideę narodowego zrywu, która okazała się zbyt wymagająca. Finalnie, gdy już nie miał kogo innego do zdradzenia, zdradził i siebie. Stając się niewolnikiem własnego egoizmu, musiał wyzbyć się wszystkiego innego, nawet własnej godności i skrojonego pod siebie niby-patriotyzmu. Odrzucił więc całą swoją podmiotowość i ochłapy ideowości, by przyjąć pozycję sługusa swojego wieloletniego oponenta. W praktyce stał się płatnym zakładnikiem cara – tego, z którym tak bardzo był skonfliktowany na różnych płaszczyznach. Nie trzeba dodawać, że po drodze przez jego partykularyzm wielu straciło życie, zdrowie i mienie.

Tyszkiewicz patrzy na Polskę AD 2020

Zagrożenie, które ujrzałem w życiorysie Tyszkiewicza, przykuło moją uwagę swoją aktualnością. W obecnej dynamicznej rzeczywistości naiwne mylenie dobra partykularnego z dobrem publicznym jest błędem niezwykle kuszącym (choćby i podświadomie). Jest to jednak zarazem błąd, na który nie możemy sobie pozwolić, jeśli nie chcemy popaść w jakąś formę niewoli, w której finalnie skończył Tyszkiewicz. Jeśli kogoś nie przekonują odwołania do moralności czy wzniosłych idei, to powiedzmy wprost – nas na to nie stać.

Nie stać nas na to, by pojedyncze stronnictwa polityczne myliły interes Rzeczypospolitej z dobrem własnym. Nie stać nas również na to, by stronnictwa opozycyjne utożsamiały dobro Rzeczypospolitej z osobistym powodzeniem – rozumianym zazwyczaj jako prosta negacja sukcesu rządzących. Dochodzi wręcz do takich kuriozów, gdy głoszone hasła tolerancji, pojednania i dialogu w praktyce nie mają nic wspólnego ze swoimi słownikowymi definicjami. Używa się ich zaś do konstrukcji ostrych jak strzały inwektyw wobec każdego spoza własnego ideologicznego plemienia. Plemienia oczywiście utożsamianego z całością cywilizowanego społeczeństwa, poza którym są już tylko barbarzyńskie hordy.

Ta prawda nie ogranicza się tylko do polityki. Istnieje także w kwestiach społeczno-ekonomicznych. Nie stać nas na to, by dobro kapitału rościło sobie prawa do pomniejszania dobra pracownika. Nie stać nas na to, by bawić się w naiwne alternatywy, ja te w rodzaju „albo zdrowie, albo gospodarka”. W przestrzeni publicznej pojawia się obecnie wiele głosów niemal deifikujących przedsiębiorców i stawiających zachowanie ich partykularnego komfortu, nawet kosztem większości społeczeństwa, na piedestale, jako rzekomo rdzeń dobrobytu państwa i społeczeństwa. Uratowany przedsiębiorca bez uratowanych pracowników nie jest jednak nic wart, bo to pracownicy, a nie tylko sam przedsiębiorca, realnie wytwarzają dobra i usługi.

Istnieje też ryzyko zrzucania winy na innych. Zdarza się, że osoby o przeciętnym lub ponadprzeciętnym statusie materialnym odmawiają solidarności z gorzej sytuowanymi. Właściwie powinienem tu pisać nie „oni”, a „my”, bo zarówno ja, jak i zapewne większość czytelników tego tekstu, należymy do klasy średniej. Wymawiamy się, że przecież nie jesteśmy jeszcze aż tacy zamożni, że są jeszcze bogatsi od nas. Nie musimy więc jeszcze ograniczać swojego rozrzutnego trybu życia, do którego tak się przyzwyczailiśmy.

Przyjmujemy taki punkt odniesienia, by nieustannie oddalać od siebie społeczne obowiązki. Wskazujemy nieustannie w górę, oddalając od siebie pytania o własne powinności. I dopiero ci „bogatsi od bogatszych”, a nie klasa średnia i wyższa, powinny wedle tej ideologii podejmować wyrzeczenia. Zupełnie tak, jakby stała umowa o pracę (własna lub rodziców), coroczne wyjazdy wakacyjne, kawki i piwka na mieście kilka razy w miesiącu czy własne mieszkanie w porządnej dzielnicy dużego miasta nie plasowały z automatu w górnych rejestrach zamożności polskiego społeczeństwa. Oczywiście takiemu zrzucaniu obowiązków coraz wyżej i wyżej może nie być końca, a prawdziwie potrzebujący nie zostaną wspomożeni.

Atomizacja i polaryzacja współczesnego społeczeństwa – podobne trochę do wyspowego rozrzucenia Polaków w zaborze rosyjskim za czasów hrabiego – niestety sprzyjają tyszkiewiczowej mentalności, oddalaniu od siebie zobowiązań solidarności, utożsamianiu własnej doraźnej korzyści z korzyścią w ogóle, bez brania pod uwagę szerszych horyzontów (czasowych, mentalnych, ekonomicznych, społecznych…).

Wspomniane powyżej przepychanki, tak bardzo widoczne w ostatnich tygodniach, świadczą jaskrawie o tym, w jak patologicznie darwinistyczną logikę wpadliśmy – logikę, w której gdy ktoś zyskuje, to z pewnością ktoś inny traci; w której solidarność to nie kusząca propozycja dla każdego, a niechciane brzemię do zrzucenia na innych; w której idea dobra wspólnego, gdzie dzięki zrównoważeniu zyskuje każdy, jest jak z innej planety. Idea dobra wspólnego – pojmowanego perspektywicznie i wielopłaszczyznowo – jest bodaj najpilniejszą ze wszystkich w naszym obecnym pandemicznym położeniu. Tylko ona umożliwi nam realne podjęcie aktualnych problemów z pozytywnym skutkiem dla całej wspólnoty, a nie jednego egoisty Tyszkiewicza.

[Uwaga autora: już po publikacji niniejszego artykułu natrafiłem w Internecie na opracowanie przedstawiające Józefa Tyszkiewicza w wyraźnie innym świetle (https://www.cultureave.com/z-dziejow-rodu-tyszkiewiczow-wielkanoc-na-zmudzi/); swoją narrację bazowałem na „Pamiętnikach Jakóba Gieysztora z lat 1857-1865” (https://kpbc.umk.pl/dlibra/publication/2081/edition/2464/content), w których Tyszkiewiczowi poświęcono kilka wzmianek; dodałem do nich od siebie (niestety nie zawsze precyzyjnie to sygnalizując) dużo z własnych interpretacji, dopowiedzeń, hipotez czy intuicji, idących w stronę nieprzychylną głównemu bohaterowi artykułu, które, obawiam się, mogą bezpodstawnie godzić w jego dobre imię; w związku z tym powyższy wywód „biograficzny” jest prawdopodobnie w znacznej mierze raczej negatywnym wyobrażeniem niż zreferowaniem faktów; natomiast pewne uwagi publicystyczne, do których historia miała być ilustracją, mogą mimo to pozostać w mocy; faktyczny biogram głównego bohatera pozostaje zaś kwestią do rzetelnego sporządzenia; za powyższe przepraszam!]

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.