Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Zatrzymać wybory, uratować koalicję. Akrobacje Gowina oceńmy 10 maja

przeczytanie zajmie 6 min
Zatrzymać wybory, uratować koalicję. Akrobacje Gowina oceńmy 10 maja Źródło: Piotr Drabik - flickr.com

Jarosław Gowin próbuje kupić czas i oddalić moment podjęcia tragicznego wyboru między wyborami w maju albo upadkiem rządu w środku pandemii. Kryzys koalicyjny, przyspieszone wybory, ewentualny gabinet techniczny z partyjnym zapleczem od Janusza Korwin-Mikkego po Adriana Zandberga – każdy z tych scenariuszy w chwili pandemii, kryzysu gospodarczego i potencjalnych zawirowań na arenie międzynarodowej jest niezwykle niebezpieczny. Wybory w maju – to wzrost zachorowań i spektakularna porażka państwa próbującego w miesiąc przygotować się do bezprecedensowej operacji głosowania korespondencyjnego dla 30 milionów Polaków. To gotowy przepis na wielomiesięczny, a być może wieloletni kryzys konstytucyjno-ustrojowy. Dlatego  z ostateczną oceną politycznego działania deklaratywnie byłego już wicepremiera warto wstrzymać się do początku maja.

Jarosław Gowin zdecydował się na karkołomną akrobację – sam złożył rezygnację z funkcji rządowych, ale chce by jego partia pozostała częścią Zjednoczonej Prawicy. Choć brzmi to niezwykle skomplikowanie – może to być jedyne wyjście z sytuacji do jakiej prowadzi niezrozumiała determinacja prezesa PiS, by przeprowadzić głosowanie 10 maja. Gowin kupił czas do początku maja. Wówczas jego Porozumienie wciąż będzie mogło wcisnąć atomowy guzik i zablokować ustawę, która przeszła wczoraj przez Sejm.

Gowin podał się do dymisji, bo nie udało mu się jednoznacznie przekonać swoich politycznych partnerów do przełożenia majowych wyborów. Nie było zgody ani na wydłużenie kadencji Andrzeja Dudy, ani na wpisanie trzymiesięcznego vacatio legis do ustawy umożliwiającej przeprowadzenie głosowania w pełni korespondencyjnego. Zarazem, zrzekając się funkcji, podbił polityczną wagę swojego sprzeciwu.

Jednocześnie szef Porozumienia poinformował, że jego ugrupowanie chce pozostać w ramach Zjednoczonej Prawicy, a na stanowisko wicepremiera rekomenduje Jadwigę Emilewicz. Argument przedstawił prosty, a niebagatelny – upadek rządu i ewentualne przyspieszone wybory to dziś scenariusz równie niedobry dla Polski, jak ten z wyborami 10 maja.

Choć dla większości opinii publicznej działanie to wydaje się niezrozumiałą ekwilibrystyką, to ma ono głębszy sens. Gowin – za cenę niezrozumienia przez media i komentatorów – próbuje uniknąć konieczności podjęcia tragicznego wyboru, przed którym dziś stoimy: albo wybory w maju albo upadek rządu.

Samodzielnym autorem tej ponurej alternatywy jest Jarosław Kaczyński. Po pierwsze, to on prze do wyborów prezydenckich w maju za wszelką cenę. Robi to w głębokim przekonaniu, że konstytucyjna droga przesunięcia wyborów – wprowadzenie stanu klęski żywiołowej lub stanu wyjątkowego – najpewniej doprowadzi do wyborów na jesieni, kiedy Andrzej Duda stanie się ofiarą społecznej frustracji spowodowanej potężnym bezrobociem i zamknięciem dziesiątek tysięcy firm.

Po drugie, to on stawia na stole dymisję rządu. W teorii Porozumienie mogłoby przecież zagłosować inaczej niż reszta Zjednoczonej Prawicy w sprawie wyborów korespondencyjnych, a jednocześnie pozostając lojalnym w pozostałych sprawach zapleczem, a może i członkiem koalicji rządowej. W praktyce – Kaczyński straszy wyrzuceniem Porozumienia z koalicji rządzącej, rządem mniejszościowym, a w efekcie –potencjalnie przyspieszonymi wyborami do Sejmu i Senatu.

Upadek rządu, przyspieszone wybory, ewentualny gabinet techniczny z partyjnym zapleczem od Janusza Korwin-Mikkego po Adriana Zandberga – każdy z tych scenariuszy w chwili pandemii, kryzysu gospodarczego i potencjalnych zawirowań na arenie międzynarodowej jest niezwykle niebezpieczny.

Wybory w maju – grożą wzrostem liczby chorych i spektakularną porażką państwa próbującego w miesiąc przygotować się do bezprecedensowej operacji głosowania korespondencyjnego dla 30 milionów uprawnionych do głosowania. Możemy być prawie pewni, że te wybory są gotowym przepisem na wielomiesięczny, a być może wieloletni kryzys konstytucyjno-ustrojowy związany z powszechną utratą autorytetu nowo wybranego Prezydenta RP i brakiem zaufania obywateli do podstawowego źródła legitymizacji władzy – aktu wyborczego.

W ostatecznym piątkowym głosowaniu dwoje posłów Porozumienia wstrzymało się od głosu, dwoje głosowało przeciw głosowaniu korespondencyjnemu, a sam Gowin – był wymownie nieobecny. To symboliczne i zapewne zamierzone, bo większość rządowa wisi właśnie na pięciorgu posłach.

Jeżeli po powrocie ustawy z Senatu, najpewniej na dosłownie kilkadziesiąt godzin przed ciszą wyborczą, choćby pięcioro polityków Porozumienia wstrzyma się od głosu – zgodnie z wolą Senatu ustawa bądź to przepadnie, bądź przyjęta zostanie z poprawkami zaprezentowanymi przez większość w izbie wyższej. Choćby – z kilkumiesięcznym vacatio legis uniemożliwiającym zastosowania głosowania w pełni korespondencyjnego w maju.

To zaś będzie oznaczało, że wybory 10 maja mogą odbyć się jedynie w lokalach wyborczych, z (nota bene – niekonstytucyjnym) głosowaniem korespondencyjnym jedynie dla osób powyżej 60-ego roku życia i tych objętych kwarantanną.

Wówczas albo rząd Mateusza Morawieckiego zdecyduje się ostatecznie na wprowadzenie na ostatniej prostej stanu klęski żywiołowej i przesunie wybory na kilkadziesiąt godzin przed planowanym głosowaniem, albo też Kaczyński pójdzie w zaparte i wyśle miliony Polaków do, skądinąd trudnych do wyobrażenia pod kątem organizacji (terminy zgłoszeń ponad 250 tys. członków komisji wyborczych mijają w ten piątek), lokali wyborczych.

Gowin ni mniej ni więcej, ale wczorajszą karkołomną akrobacją próbuje zatem kupić czas i oddalić wizję podjęcia tragicznego wyboru między wyborami w maju albo upadkiem rządu w środku pandemii. Liczy, że sytuacja epidemiczna do początku maja będzie na tyle oczywista, że rząd nie będzie miał innego wyjścia, niż wprowadzenie stanu klęski żywiołowej i przesunięcie w czasie wyborów prezydenckich.

Być może kalkuluje również, że do tego momentu pozostali politycy Zjednoczonej Prawicy zrozumieją, że z powodów organizacyjnych ani korespondencyjne, ani tradycyjne wybory wiosną są po prostu nie do przeprowadzenia. Wówczas jego ugrupowanie nie będzie musiało blokować bubla o głosowaniu korespondencyjnym i uniknie, przynajmniej na jakiś czas, wypchnięcia poza obóz rządzący. Zagwarantuje tym samym minimalną stabilność władzy wykonawczej na czas kryzysu.

Dlatego – z ostateczną oceną politycznego salto mortale deklaratywnie byłego już wicepremiera warto wstrzymać się do początku maja. Jeśli wyborów w maju uda się uniknąć, a Zjednoczona Prawica przetrwa chociaż do czasu wyhamowania pandemii – za wczorajsze akrobacje będziemy mu winni wyrazy uznania.

Wówczas historia raz jeszcze pokaże, że polityczna cnota może przynieść wymierne dla wspólnoty korzyści i społeczne uznanie jedynie wówczas, gdy zwróci się ku niej również fortuna.

A jeśli nie? Polityczna porażka Jarosława Gowina będzie naprawdę najmniejszym z problemów, które kogokolwiek powinny wówczas zajmować.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.