Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Adam Mielcarski  21 grudnia 2019

Powstanie listopadowe. Wcale nie musieliśmy przegrać

Adam Mielcarski  21 grudnia 2019
przeczytanie zajmie 10 min
Powstanie listopadowe. Wcale nie musieliśmy przegrać Wikipedia

Polska tradycja powstańcza często spotyka się ze opinią, że za każdym razem była to bezsensowna reakcja przeciwko dużo silniejszemu zaborcy. Tych słów nie można jednak odnieść do powstania listopadowego. Z wojskowego punktu widzenia zwycięstwo było możliwe. Potrzebowano jedynie woli i wiary. Tych ostatnich niestety zabrakło.

Powstanie było koniecznością

Minęła 188. rocznica wybuchu powstania listopadowego. Ten pierwszy zryw narodowo-wyzwoleńczy ocenia się jako jedyny, który w XIX w. miał szanse powodzenia. Kwestia ewentualnego sukcesu traktowana jest jednak czysto hipotetycznie. Mówi się o tym, że zwycięstwo powstania listopadowego było bardziej prawdopodobne niż styczniowego, ale w ostateczności zapewne nie doszłoby do wygranej. Takie porównanie jest nieuprawnione, prowadzi do fatalnych w skutkach uproszczeń, w tym do niezasadnej i pogardliwej oceny samej idei powstania, która w tym rozumienia ma w sobie coś z pyszałkowatości i staje się niemal absurdalna.

Przyczyn klęski powstania listopadowego upatruje się w dysproporcji sił oraz we wspólnej polityce trzech zaborców, które jak jeden mąż miały zawsze występować przeciw polskim inicjatywom narodowym. Konsekwencją przyjęcia takich założeń jest typowy dla współczesnych Polaków fatalizm. Zakłada on całkowite uzależnienie naszej przyszłości od woli wielkich mocarstw. Tymczasem właśnie losy powstania listopadowego wskazują, że przyczyną klęski paradoksalnie może być pogodzenie się z nią, zanim jeszcze nastąpi. Właśnie to przeświadczenie o pełnej zależności naszego kraju od decyzji państw ościennych było główną przyczyną porażki w 1831 r.

Na wstępie warto przybliżyć nieco okoliczności, w jakich powstanie wybuchło. Jak powszechnie wiadomo, Królestwo Polskie było monarchią konstytucyjną, w której, zgodnie z art. 31 konstytucji, „naród polski mieć będzie wiecznymi czasy reprezentację narodową w sejmie złożonym z króla i dwóch izb”. Liberalna konstytucja Królestwa, początkowo przestrzegana, od 1819 r. zaczęła być łamana przez carskich namiestników. Właśnie w tym roku wprowadzono w Królestwie cenzurę wbrew zapisom ustawy zasadniczej, która gwarantowała w Polsce wolność słowa. Cztery lata później car Aleksander zabronił zakładania tajnych stowarzyszeń, a wielu opozycjonistów spotkały represje. Za przykład służyć tu może kazus sławnych braci Niemojowskich, którzy na sejmie 1820 r. sprzeciwili się cesarskim projektom ustaw i wysunęli własne, liberalne propozycje dążące m.in. do zniesienia cenzury. Za te przeciwne woli cesarza działania zostali usunięci z sejmu i osadzeni w areszcie domowym.

W 1820 r. zakazano prowadzenia działalności tajnych organizacji, przede wszystkim lóż masońskich. Ich działalność miała nieco inny charakter niż na Zachodzie, gdzie dążono do wywołania rewolucji (przykładem są karbonariusze włoscy). W Polsce, co potwierdzają wyroki Sądu Sejmowego rozpatrującego sprawy wielu z oskarżonych spiskowców, celem tajnych zgromadzeń było przywrócenie w Polsce praworządności, gwarantowanej postanowieniami konstytucji z 1815 r., a łamanej w coraz większym stopniu przez cara.

W 1830 r. na Zachodzie Europy rozszalała się kolejna fala rewolucji. Rewolucja lipcowa we Francji udaremniła przywrócenie rządów absolutystycznych i obaliła Karola X, wprowadzając na tron Ludwika Filipa I. Miesiąc później Belgowie powstali przeciw Holendrom i 18 listopada ogłosili niepodległość Królestwa Belgii. Nie były to jedyne zrywy rewolucyjne w tym czasie. Społeczeństwa zachodnie pamiętały jeszcze hasła, które powiewały na sztandarach wojsk rewolucyjnych i napoleońskich. W 1820 r. rozgorzały bunty przeciw rządom absolutystycznym w Niemczech, a na przełomie grudnia 1825 r. i stycznia 1826 r. doszło także do rozruchów w Rosji carskiej. W Europie, która co chwilę była wstrząsana kolejnymi wybuchami rewolucyjnymi, a idee liberalizmu i romantyzmu wciąż były żywe, 29 listopada 1830 r. wybuchło powstanie w Królestwie Polskim. Spiskowcy wyszli z zasadnego założenia, że nadszedł odpowiedni czas. Jak jednak zauważył w swoich pamiętnikach Maurycy Mochnacki, sam należący do spisku podchorążych, „[jego] organizacja […] obejmowała wszystko, co było potrzebne do zaczęcia rewolucji, nic co do dalszego jej kierunku”.

Elity kochają cara i bić się nie będą

Powstanie, choć słuszne i wydaje się, że nieuniknione, od samego początku postawione było na złą kartę. Spiskowcy zakładali bowiem powierzenie władzy osobom znanym, elitom, które w ich mniemaniu miały poprowadzić Polaków do zwycięstwa i niepodległości. Nie widzieli lub nie chcieli widzieć, że ci, w których tak bardzo wierzyli, byli wrogo usposobieni do powstania. Generalicja polska była ostoją reakcji. Wierna caratowi, od którego zależały jej dalsze losy i kariery polityczne, w powstaniu widziała zagrożenie dla Polski oraz przede wszystkim dla samej siebie. Wrogi stosunek elit do powstania ujawnił się już na samym jego początku. Podczas nocy listopadowej zastrzelono 6 z 32 generałów Królestwa Polskiego. W całym powstaniu jedynie 9 generałów wzięło czynny udział po stronie polskiej.

30 listopada, następnego dnia po wybuchu powstania, Rada Administracyjna wydała odezwę do mieszkańców Warszawy. Zapisano w niej następujące słowa: „Własnym umiarkowaniem jedynie ocalić się możecie od pogrążenia się w przepaści, nad którą stoicie! Wróćcie zatem od porządku i spokojności, a wszelkie uniesienia niech przeminą z nocą, która je pokrywała”. W innym zaś miejscu wybuch powstania został nazwany „smutnym”.

Jeszcze w noc listopadową spiskowcy szukali po całej Warszawie generała Józefa Chłopickiego, sławnego w całej Polsce weterana wojen napoleońskich, aby powierzyć mu zaszczytną funkcję dyktatora powstania. Panowało przekonanie, że Polska potrzebuje „drugiego Kościuszki”, że bez rządów twardej ręki kraj popadnie w anarchię i rozprężenie moralne, że bez silnej osobowości powstanie nie może się udać.

O ile jednak same stwierdzenia nie są bezpodstawne, o tyle można mieć wątpliwości co do sposobu ich wykonania. Zdaje się bowiem, że już sam tytuł dyktatora wystarczał za rzeczywiste zasługi. Odkąd dyktaturę oddano w ręce Chłopickiego, a następnie Skrzyneckiego, starano się robić wszystko, żeby nie dopuścić do odebrania lub nawet zrzeczenia się tej funkcji. Niestety, Chłopicki nie należał do zwolenników powstania. Wręcz przeciwnie – do obozu rojalistów, którzy w carze widzieli ocalenie Polski, a w każdym zrywie rewolucyjnym dopatrywali się zagrożenia na miarę rewolucji francuskiej. Rojaliści za wszelką cenę nie chcieli dopuścić do zakłócenia ładu, który miał zapanować w Europie po kongresie wiedeńskim. Na posiedzeniu sejmu polskiego Chłopicki dał temu wyraz, mówiąc, że „on wiernym monarsze swojemu będzie, bić się nie chce i władzę powierzoną sobie jedynie dla uwolnienia kraju od anarchii natychmiast składa”.

Prośba o rozejm jeszcze przed wojną

Niestety takie lub podobne stanowisko wobec powstania i sprawy narodowej zajmowała przeważająca większość członków władz. Gdy w grudniu 1830 r. książę Drucki-Lubecki wyjeżdżał na misję dyplomatyczną do Petersburga, otrzymał od rządu polskiego instrukcję podpisaną przez Chłopickiego, a sporządzoną z pewnością przez księcia Czartoryskiego. Zawierała dwie prośby, które Lubecki miał przedstawić Mikołajowi. Pierwsza z nich dotyczyła rozszerzenia konstytucji Królestwa Polskiego na Litwę, Wołyń, Podole i Ukrainę, zaś w drugiej Polacy upraszali cara o zwołanie na dzień 1 maja 1831 r. sejmu w Warszawy, oczywiście z udziałem posłów z dołączonych ziem.

Postawienie żądań w takim kształcie ukazywało niedojrzałość polityczną Polaków oraz ich wewnętrzne rozbicie. Po pierwsze dlatego, że nierealnym było żądanie od cara ustępstw terytorialnych w sytuacji, gdy strona polska nie poczyniła w walce żadnych postepów, powstanie dopiero się rozpoczęło, a armia polska nie wyszła nawet poza granice Królestwa. Po drugie, postawione żądania kompletnie rozbiegały się z celem powstania. Zostało ono przecież wzniecone, żeby odzyskać całkowitą niepodległość.

Tymczasem zgodnie z instrukcją książę Drucki-Lubecki miał starać się jedynie o poszerzenie granic Królestwa i obietnicę respektowania konstytucji. Jaki był cel tej propozycji? Czy Rząd Tymczasowy chciał uśpić czujność cesarza i należycie przygotować się do wojny? Dalsze wypadki temu przeczą. Jerzy Łojek w książce Szanse powstania listopadowego domniemywa, że rząd powstańczy pragnął uratować swoją pozycję polityczną na carskim dworze, zaklinając przed carem rzeczywistość, że w powstaniu nie chodzi o niepodległość, ale o poszanowanie praw i konstytucji.

Zdaje się jednak, że już przed wybuchem powstania los Królestwa Polskiego w planach cesarskich był przesądzony. 21 grudnia Tadeusz Wyleżyński wyruszył do Petersburga, by powiadomić Lubeckiego o nowej sytuacji w Królestwie. Na miejscu podczas rozmowy z generałem Bekendorfem, szefem służby bezpieczeństwa Rosji, usłyszał, że wiosną 1831 r. planowano odwołać księcia Konstantego z pozycji namiestnika, który „miał za granicę wyjechać, aby już więcej do […] nie wrócić”. Książę Konstanty ostro przeciwstawiał się już wcześniej propozycjom Mikołaja, aby jeszcze bardziej ograniczyć polską autonomię. W praktyce zamiary cesarskie oznaczać mogły, że w niedługim czasie planowano likwidację Królestwa Polskiego. Jeśli zatem powstanie nie wybuchłoby w listopadzie, a car podjąłby takie kroki, to bez wątpienia musiało wybuchnąć pół roku później wiosną lub latem 1831 r. Oznaczało to także, że w grudniu 1830 r. Polacy bez silnych argumentów natury wojskowej nie mogli liczyć w żadnej sprawie na ustępstwa ze strony Mikołaja.

25 stycznia 1831 r. sejm polski zdetronizował Mikołaja I i pozbawił dynastię Romanowów wszelkich praw do tronu Polskiego. Był to ważny akt w dziejach powstania listopadowego, wyznaczał bowiem jego cel. Jednocześnie deklaracja ta nie przekreślała niczego w sferze polityki zagarnicznej. Wręcz przeciwnie, uwalniała Polskę w oczach Zachodu z postawy uległości wobec rosyjskiego władcy i stawiała ją wśród państw suwerennych. Oczywiście, wszystko to pod jednym warunkiem, a mianowicie takim, że ta deklaracja poparta byłaby zdecydowanym czynem zbrojnym i władaniem militarnym na obszarze co najmniej Królestwa.

To było do wygrania

Zwróćmy zatem uwagę na szanse militarne powstania. Przede wszystkim zmierzyć się należy z zarzutem, że Polska nie mogła oprzeć się wówczas Rosji z uwagi na dysproporcje w wielkości sił zbrojnych, populacji oraz bogactw zasobów naturalnych. Taka ocena sił powstania dokonywana jest przy błędnym założeniu, że potencja wojskowy w XIX w. był ściśle skorelowany z potencjałem gospodarczym. Takich zależności dopatrywać się można w XX w., gdy rozwinięta kolej i infrastruktura dawały możliwości szybkiego transportu żołnierzy i materiałów, natomiast przed XX w. wojny prowadzone były zgoła inaczej. Armie poruszały się wolno, a ich utrzymanie uzależnione było od zasobności prowincji, w której się znajdywały. Połączenie armii w jedną stwarzało problemy nie tylko dyscyplinarne czy sanitarne, ale także logistyczne. W wojnie starego typu, sprzed XX wieku, działania operacyjne toczone były w oparciu o zasoby dostępne na terenie działań wojennych. Zwycięzcą był ten, kto lepiej umiał je wykorzystać. Dlatego właśnie możliwe były spektakularne zwycięstwa Aleksandra Wielkiego, Czyngis-hana czy armii szwedzkich w XVII w.

Polską szansą było przeprowadzenie ofensywy na tereny Litwy i Białorusi, by tam prowadzić działania zaczepne. Sprzyjająca ludność, doskonałe warunki zaopatrzeniowe oraz oddalenie terenu operacji wojennych od polskiej bazy wojskowej i politycznej stawiały Polaków na bardzo dobrej pozycji. Takiego scenariusza najbardziej obawiało się rosyjskie dowództwo. Rosyjski historyk wojskowości, gen. Puzyrewski, pisze, że „położenie armii ruskiej łatwe nie było; z powodu jej rozrzucenia Polacy mogli z początku skupić przeważne dla kroków zaczepnych siły i atakować kolejno zbliżające się wojska nasze. Olbrzymie odległości wymagały długiego czasu do zebarnia się, a złe drogi zwiększały czas skoncentrowania armii. […] Na skoncentrowanie zatem całej armii, licząc od chwili otrzymania w Petersburgu wiadomości o rewoluucji, potrzeba było przeszło trzech miesięcy, Polacy zaś gotowi byli daleko wcześniej”.

Należy podkreślić, że dysproporcje między siłami polskimi a rosyjskimi nie były tak wielkie, jak się powszechnie uważa. W chwili wybuchu powstania Rosja dysponowała armią liczącą mniej więcej 180 tys. ludzi, którzy rozrzuceni byli po całym imperium i na ich mobilizację potrzeba było co najmniej trzech miesięcy. Przez siły Królestwa, liczące w chwili wybuchu 30 tys. żołnierzy, podczas całego powstania przewinęło się ponad 190 tys. ludzi. Gdyby obszar działań objął Litwę i Białoruś, ta liczba byłaby z pewnością o wiele większa.

W końcu nawet przy mobilizacji ludności samego tylko Królestwa Kongresowego Polacy nie odstawali liczebnością znacznie od Rosjan, a w momencie przewagi przeciwnika i tak potrafili wygrywać. Oto kilka przykładów. W wygranej bitwie pod Olszynką Grochowską Polacy dysponowali 40 tys. żołnierzy, Rosjanie zaś 60 tys. W drugiej połowie sierpnia 1831 r. Polacy dysponowali 78 tys. żołnierzy, mniej więcej tyle samo do dyspozycji miał gen. Paskiewicz.

Armia rosyjska przez niemal cały okres kampanii 1831 r. dziesiątkowana była przez epidemię cholery, na którą zresztą 10 czerwca tego roku zmarł sam feldmarszałek Dybicz. Co więcej, w Rosji panował wówczas głód, a w miarę przedłużania się walk rosły niepokoje wewnętrzne w cesarstwie, podsycane przez rosyjką prasę, która uderzała w ton patriotyczny i wojnę z Polską porównywała do najazdu Napoleona z 1812 r. Wśród ludności rosyjskiej powszechne było przekonanie, że wojna z Polską jest przegrana, z czasem taką postawę zaczął przejawiać i dwór rosyjski, czego wyrazem był rozpaczliwy list Mikołaja skierowany do Dybicza, w którym czytamy, że „przecież Rosjanie nie mogą być ciągle bici przez Polaków!”.

Mobilizacja dalszych zastępów żołnierzy carskich była niemożliwa. Sprawne wojskowo i zdecydowane dowódctwo polskie mogło zatem kilkoma manewrami opanować co najmniej północną Litwę, a być może i Białoruś. Dałoby to w końcu możliwość bezproblemowego importu broni i amunicji do Królestwa, na który Polacy mieli wystarczającą ilość pieniędzy (w kasie Królestwa jeszcze w chwili zakończnia powstania znajdowało się 6,5 mln złotych).

Bojaźń, ugoda i zmarnowane szanse

Niestety, działania polskiego rządu nakierowane były na porozumienie z carem i ugodowe rozwiązanie całej sprawy. Uważano, że zwycięstwa militarne postawią Polskę w roli otwartego, zagorzałego wroga Rosji. Miało to całkowicie przekreślić szanse na rozmowy pokojowe przy udziale państw zachodnich. Choć wprawdzie Czartoryski domagał się od Skrzyneckiego zwycięstw i kontynuowania ofensywy kwietniowej, to jednak nie wzywał go do działań stanowczych, ale raczej umiarkowanych. Być może chciał uniknąć sytuacji, w której Polska postrzegana byłaby jako zagrożenie dla europejskiego pokoju. Tymczasem tylko wtedy byłaby ona silnym graczem na europejskiej scenie politycznej i tylko w silnej Polsce mocarstwa zachodnie szukałyby sojusznika.

Takie szanse istniały niemal do końca powstania. W sierpniu 1831 r., gdy dyktatorem był już Jan Krukowiecki, a wodzem generalnym Ignacy Prądzyński, siły polskie i rosyjskie nie różniły się znacznie liczebnością. Rosyjski gen. Paskiewicz planował w tym czasie zająć Warszawę. Wykonał ryzykowny manewr. Chciał przerzucić główny pion sił rosyjskich ze wschodu na zachód, od Warszawy, przez Płock w kierunki Łowicza. Tereny, które przemierzała carska armia, stanowiły głównie bagna, lasy i pola. Brakowało tam ubitych dróg, logistyka była fatalna. Mimo to Paskiewicz zdecydował się na marsz. Gen. Toll pisał później w pamiętnikach, że „gdyby [nieprzyjaciel, tj. Polacy – przyp. A.M.] był natarł na kolumnę hrabiego Witta, który maszerował najbliżej Modlina, to żadna kolumna nie byłaby w stanie przyjść mu z pomocą, gdyż kolumny pogrzęzły po prostu w bagnach pomiędzy którymi nie było żadnych dróg poprzecznych”. Jeszcze w wyniku tego marszu armia cesarska poniosła dotkliwe straty. Toll pisał, że „ten marsz nocny, jakiego nie widziałem w czasie całej mojej służby, wyczerpał całkowicie – i to bez najmniejszej potrzeby – armię, wywarł fatalny wpływ na jej nastrój… Cholera pojawiła się znowu we wszystkich pułkach, a w gwardii tak gwałtownie, że jednej nocy zachorowało 80 ludzi”.

Wydaje się, że przez cały 1831 r. Polacy mieli spore szanse na całkowite rozbicie armii rosyjskiej. Wielokrotnie okazywało się, że nawet przy sceptycznie nastawionym do powstania dowództwie (gen. Chłopicki pod Olszynką Grochowską) i życzliwym dla przeciwnika kierowaniu bitwą żołnierz polski potrafił wygrywać i zadawać dotkliwe ciosy powodujące straty.

Podczas kampanii wiosennej, która w sztabie rosyjskim wywołała kompletne załamanie nastrojów i panikę, a w zachodniej opinii publicznej falę euforii i podniecenia, Polacy odnieśli szereg spektakularnych zwycięstw: Wawer, Dębe Wielkie, Iganie. Siły rosyjskie były rozbijane i od początku wojny nie odniosły żadnego wielkiego zwycięstwa. W tym czasie powstanie rozgorzało również na Litwie z nadzieją, że niedługo wkroczą tam polskie oddziały. Niestety, gen. Jan Skrzynecki mimo najbardziej sprzyjających warunków ofensywy nie kontynuował.

„Jeżeli Skrzyneckiemu powiedzie się w jego marszu na Wilno, będę uważał Rosję za pokonaną” – pisał 3 czerwca wicehrabia John Palmerson, brytyjski minister spraw zagranicznych. Te słowa w jego ustach należałoby interpretować jako zapowiedź przychylnej Polsce polityki w razie odniesienia przez nią oczekiwanych sukcesów. Podobnie, czyli niewrogo, odnosili się do powstania listopadowego przywódcy pozostałych wielkich mocarstw europejskich.

Sprawa ta wymaga szczególnego omówienia, gdyż w dyskusji o powstaniu listopadowym jako argument koronny pojawia się twierdzenie, że nawet w przypadku sukcesu militarnego powstańców Polacy nie uzyskaliby w Europie poparcia pozwalającego im naruszyć traktat wiedeński, a przede wszystkim, w przypadku dalszych porażek wojsk rosyjskich z pomocą caratowi przyszłyby z pewnością Prusy, które z natury rzeczy przeciwne powinny być jakiemukolwiek odrodzeniu się niepodległej Polski.

 Życzliwość zagranicy

Tymczasem Anglia i Francja aż do samego końca powstania utrzymywały w swojej polityce przyjazny wobec Polaków ton. Po jego zakończeniu francuski dyplomata w Rosji, Paul de Burgoing, reprezentując stanowisko Francji i Anglii, żywo interesował się u cara o los Polski i Polaków, zabiegając, by cesarz okazał przegranym łaskę i przywrócił sytuację polityczną sprzed wojny, a więc zachował odrębność Królestwa Polskiego. Podobnie służby dyplomatyczne Wielkiej Brytanii starały się działać na korzyść powstańców. Rozbrojenie i internowanie przez Austriaków wojsk generała Dwernickiego po nieudanej akcji na Wołyniu spowodowało sprzeciw brytyjskiego ministerstwa spraw zagranicznych. Domagali się oni, by Austria pozostała w tym konflikcie neutralna, Polska zaś, według mniemania ministra Palmersona, powinna być uważana za państwo niepodległe.

W końcu nawet blok państw Świętego Przymierza, Austrii, Prus i Rosji, nie był monolitem politycznym. W sferze deklaracji, państwa te występowały razem i zajmowały wspólne stanowisko, głoszące o tym, że postanowienia traktatu wiedeńskiego nie mogą być zmieniane. Jednak wśród elit politycznych Austrii i Prus nie było pełnej zgody co do kwestii polskiego powstania. O ile ks. Metternich i jego frakcja opowiadali się zdecydowanie i oficjalnie przeciwko sprawie polskiej, gotowi byli nawet wesprzeć militarnie Rosję, o tyle istniała na salonach austriackich także grupa skupiona wokół Franza von Kolowrata oraz arcyksięcia Karola, która przychylna była powstaniu i takiej interwencji by się sprzeciwiała. Podobnie miały się sprawy w pruskich sferach rządowych i inteligenckich, w których życzliwie Polakom i przeciw jakiejkolwiek interwencji opowiadały się wysoko postawione osobistości, w tym szef sztabu generalnego armii pruskiej, gen. Krauseneck, oraz inny członek tego sztabu, płk. Willisen. Swoje wsparcie dla Polaków wyrażał także pruski następca tronu.

O tym, że środowiska liberalne miały wpływ na politykę obu pozostałych zaborców, niech świadczy fakt, że w sierpniu 1831 r., gdy gen. Paskiewicz przeprowadzał ową ryzykowną operację przerzucenia swoich sił na zachód od Warszawy, wystawiając się na atak strony polskiej, rząd pruski wycofał swoją zgodę na dostarczanie Paskiewiczowi transportów wojennych przez terytorium Prus. Właśnie w tym momencie, gdy Rosjanie najbardziej ich potrzebowali, Prusy, ich rzekomo najzagorzalszy sojusznik w sprawach polskich, odmówił tak potrzebnej pomocy! Bez wątpienia jest to świetna lekcja polityki zagranicznej.

Powstaje pytanie, czy w przypadku powodzenia powstania i doprowadzenia do rokowań pokojowych Prusy i Austria gotowe byłyby na przyznanie Polsce niepodległości. Czy nie obawiałyby się, że odrodzona Polska zechce odebrać i pozostałe ziemie sobie zabrane – Wielkopolskę, Ruś, Pomorze? Odpowiedź musi być twierdząca. Jednak wówczas, ale i dzisiaj, ważnym czynnikiem przy podejmowaniu decyzji politycznych było stanowisko pozostałych mocarstw. Jeśli za niepodległością Polski opowiedziałyby się Francja i Anglia, to ani Prusy, ani Austria nie mogłyby zignorować tego faktu.

Nie mogłyby tego zrobić, dlatego że ich stanowisko poparte byłoby rzeczywistym stanem rzeczy, niepodległym bytem państwowym z własnym rządem, własną dyplomacją oraz własną armią. Ponadto podjęcie działań przeciw wyzwolonej Polsce musiało odbić się szerokim echem w opinii publicznej, której nie można było lekceważyć. W Europie wciąż dochodziło do zrywów rewolucyjnych, ośmielone zaś sukcesami rewolucji lipcowej oraz belgijskiej środowiska wywrotowe mogły jawnie przeciwstawić się próbie stłumienia rewolucji polskiej i wywołać bunty we własnych krajach. W końcu polityka to sztuka tworzenia faktów, ale i adaptacji. Po wygranym powstaniu państwa zaborcze musiałyby się zmierzyć z suwerennym Królestwem Polskim jako z faktem. Z pewnością byłby on dla nich niekorzystny i niebezpieczny, ale jednak niezaprzeczalny. To, co należało z nim zrobić, byłoby już sprawą do dalszej kalkulacji. Ze swojej strony Polska mogła, i zapewne by to zrobiła, zrzec się pretensji do reszty terytorium przedrozbiorowego. Rzecz jasna, zrzeczenie się „na wieczne czasy” oznaczałoby tyle, co „do odpowiedniej chwili”. Zdawano sobie z tego sprawę na wszystkich dworach europejskich. Byłby to jednak wyraz dobrej woli Polaków i z pewnością tonowałby wrogie nastroje na zaborczych salonach.

Skutkiem wahania jest klęska

Czy taki scenariusz był możliwy? Czy Polska mogła odzyskać niepodległość już po powstaniu listopadowym? To, że wojna z Rosją mogła być przez Polaków wygrana, zostało już dowiedzione i jest rzeczą bezsprzeczną. Okoliczności temu sprzyjały. Zaprzepaszczenie tych szans przypisać należy elitom narodowym, którym powierzona została władza.

Niezdecydowanie, tchórzostwo oraz kunktatorstwo pogrążyły powstanie listopadowe. Nie byłoby one jednak tak dramatyczne w skutkach, gdyby nie wynarodowienie elit. Poczucie patriotycznego obowiązku oraz miłość do ojczyzny zabite zostały w sumieniach przywódców narodów i zastąpione kosmpolityzmem lub zwykłą chciwością. Napoleon powiedział, że „kto chce obronić wszystko, nie broni niczego”.

Ugodowcy prowadzący powstańczą politykę zagraniczną stanowili doskonały obraz tej frazy. Chcąc jednocześnie osiągnąć część celów powstania, dbali zarazem o to, by Rosja nie poniosła klęski, a ich prywatna pozycja społeczna i majątkowa została zabezpieczona. Należało natomiast postąpić w myśl przewrotnego powiedzenia cesarza Francuzów i postawiwszy wszystko na jedną kartę, starać się wygrać wojnę za wszelką cenę.

Z drugiej strony inne przywary polskie uniemożliwiły skuteczne działanie. Zamiłowanie do pompatycznych deklaracji, form i symboli zastąpiło trzeźwą ocenę sytuacji. Właśnie dlatego dyktaturę i urzędy powierzano coraz to gorszym, ale za to głośniejszym i bardziej popularnym osobistościom. Odezwał się również polski kompleks narodowy, wyrażający się w przeświadczeniu o typowo polskiej skłonności do anarchii. Panowało powszechne uznanie, że Polska potrzebuje „drugiego Kościuszki”, że bez dyktatora i zamordyzmu kraj pogrąży się politycznym chaosie. Tymczasem to właśnie ten moralny obowiązek bezwględnego posłuszeństwa dyktatorowi spowodował, że powstanie upadło. Skrytykować dyktatora nikt się nie ważył, a odwołanie go byłoby zapowiedzią rokoszu. To wszystko sprawiło, że u szczytu władzy stały osoby, które nie posiadały ku temu właściwych cnót, co w konsekwencji doprowadziło do politycznego rozdwojenia jaźni, defetyzmu, marazmu, a w ostateczności – do klęski.

Esej pochodzi z elektronicznego wydania czasopisma idei „Pressje” . Zachęcamy do nieodpłatnego pobrania całego numeru w formatach PDF, EPUB i MOBI.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych.

Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.