Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Smutek pustego kasyna

Smutek pustego kasyna ilustracja: Rafał Gawlikowski

Narrator późnej powieści Ernsta Jüngera przemawia do nas z perspektywy „końca historii”, a nawet z punktu jeszcze „późniejszego”, bo już po upadku uniwersalnego państwa Hegla i Kojève’a, w realiach swoistego restartu systemu, który za sprawą starcia „tytanów” z „bogami” przygotowuje, nomen omen, grunt pod nową „erę geologiczną”.

To punkt, w którym bohater powieści zwraca się w stronę Mitu, oczekując „nowego początku” – odrodzenia Ziemi. Czy postawa anarchy to strategia na czas epoki nieuchronnie „fellachicznej” – by sięgnąć po wyrażenie Spenglera – a przecież właśnie w tym duchu ta powieść była już czytana – a przynajmniej tu i ówdzie anonsowana? Niekoniecznie.

„Eumeswil jest fellachiczną dziurą”, zapisuje w swoim dzienniku narrator powieści Ernsta Jüngera, uważny czytelnik Herodota, Ksenofonta i Spenglera, chwilowo zatrudniony w kazbie wszechwładnego, choć nieprzesadnie krwiożerczego Condora, któremu usługuje w podwójnej roli barmana z doktoratem – uznajmy to za figurę nowoczesności – i nadwornego historyka z dostępem do czegoś, co dla wygody nazwać można wehikułem czasu.

Cokolwiek kostyczny Martin Venator właśnie dobiega do trzydziestki – choć mógłby mieć i lat siedemdziesiąt, tak ostrożne i niespektakularne są jego kolejne kroki – w chwilach wolnych od publicznych zatrudnień niespiesznie znosi zapasy prowiantu do leśnej kryjówki, gdzie zamierza przetrwać pierwsze miesiące po spodziewanym zamachu stanu.

Biegły w sztuce samoograniczenia i nienachalnej obecności, Venator skrzętnie, choć tylko na własny użytek, komentuje to, co widzi i słyszy, a widzi i słyszy niemało. „Dobrze zrobiłem, rezygnując z repliki”, notuje przy okazji sporu przy rodzinnym stole, przy którym nie może liczyć na zrozumienie. Puenty, jakie dopisuje wieczorem w zaciszu skromnego gabinetu, nie mają w sobie nic z łatwego l’esprit de l’escalier, spóźnionej salwy oddanej w kierunku nieobecnego przeciwnika. „Kto chce coś w świecie usłyszeć, ten musi udawać głuchego”, przekonuje w którymś ze swoich brulionów Lichtenberg, którego dykcja stale pobrzmiewa w tej mgławicy fragmentów, aforyzmów i nocnych zapisków barmana, które składają się na 400-stronicowy esej o naturze władzy. Ale – po kolei.

Jesteśmy w Eumeswil – na rumowisku idei, po drugiej stronie muru czasu.

Świat zdegradowany

Powieść Jüngera przenosi nas na północnoafrykańskie wybrzeże doby pozornie postapokaliptycznej, w epokę ponownego rozdrobnienia, jakie nastąpiło po rozpadzie państwa powszechnego i – jak się domyślamy – wojnie nuklearnej. Gdzie jesteśmy? Najpewniej na obszarze dzisiejszego Maroka – gdzie niemiecki pisarz, pogrążony w codziennej lekturze Ciorana, spędził kilka wiosennych dni na krótko przed swoimi osiemdziesiątymi urodzinami – wśród obłaskawionych słońcem wzgórz porosłych kolczastym wilczomleczem, o którym okoliczny lud powiada, że jest „bardziej trujący niż teściowa”.

Całkiem możliwe, że bez poważnej szkody dla powieściowej substancji i szyfrów autorskich odnaleźlibyśmy Eumeswil również w Andaluzji, na wybrzeżu prowansalskim lub w miastach Lewantu, w sycylijskich Syrakuzach lub choćby na Capri – w samotni cesarza Tyberiusza, którego Venator tak chętnie podgląda w miksującym czas i przestrzeń luminarze. W ten sposób rozpoznajemy się w samym sercu Braudelowskiego uniwersum Śródziemnomorza, tego samego, choć przecież już całkiem innego, z jego rekwizytami i kodami, wśród ruin i zgliszcz, które nie przestały do nas mówić, na styku kultur, które odkładały się tu piętrowymi warstwami, wśród kościołów, którym dobudowano minarety i meczetów, które przysposobiono do potrzeb chrześcijańskich świątyń.

Szybko orientujemy się, że historia zatoczyła kolejne koło, choć tragedia powróciła niekoniecznie jako farsa. Podobnie jak po śmierci Aleksandra Wielkiego, okaleczony i ponownie zdezintegrowany świat przyszłości, którą poznajemy w ujęciu retrospektywnym, rozpada się na osłabione „państwa diadochowe” i „epigonalne miasta-państwa”.

W nowej rzeczywistości niewielkie Eumeswil, oaza rzucona między domeny wielkich chanów, to ledwie półsuwerenny plankton, punkt tranzytowy i baza wypadowa dla lepiej uposażonych graczy, którzy szukają w okolicy mocnych wrażeń – fundując sobie egzotyczne safari lub, dla zabicia czasu, upojny wieczór w luksusowej kantynie tyrana, gdzie wśród męskich prostytutek i posągowych encyklopedystów ze świty tyrana mogą do woli komentować gnomiczne passusy z Montaigne’a, Heraklita czy Machiavellego. Jeśli czujny majordomus gospodarza będzie w dobrym nastroju – co jednak nie zdarza się zbyt często, bo też i zakres obowiązków na to nie pozwala – zaprowadzi gościa do swojego prywatnego gabinetu, gdzie, jak w całej powieści, „nie jest ani za zimno, ani za gorąco, a rozmawia się raczej cicho niż głośno”. W środku, na jednej ze ścian, dostrzeże obraz Vermeera, „jeden jedyny, uratowany z Wielkich Pożarów”.

Daleko na południe od miasta, już poza granicami wyobraźni jego najbardziej zuchwałych mieszkańców, rozpościera się na poły legendarny Las, którego wykarmiony uranem ekosystem stale mutuje, wzbogacając się o fantastyczne i pożądane przez kolekcjonerów kuriozów gatunki flory i fauny. I właśnie ów Las, zrazu jedynie wzmiankowany na prawach anegdoty, stanowi punkt przeznaczenia bohaterów powieści. Póki co Żółty Chan, którego marzeniem są wielkie łowy, zbiera uczestników planowanej wyprawy: „szperaczy, przeważnie karłów nieprześcignionych w sztuce śledzenia tropów; ponadto uczonych, którzy nie pasują do żadnego fakultetu, w połowie mitologów, w połowie interpretatorów marzeń sennych”.

Jeszcze dalej, na wybrzeżu, rozciąga się Wielkie Składowisko: tutaj ludzkość ponownie przerabia lekcję paleolitu, wegetując w wydrążonych pieczarach; złachmanieni i bezbronni potomkowie kosmonautów i fizyków kwantowych, od pokoleń niezdolni do obróbki kamieni i drewna, posługują się wyrzuconymi na brzeg przedmiotami – metalowymi elementami maszyn, których przeznaczenia nie są już w stanie dociec. „Nie nadawali się nawet na niewolników”, wspomina Attila, jeden z bohaterów powieści, który zdołał dotrzeć do tego limba, pod wieloma względami łudząco podobnego do plutonicznego krajobrazu przyszłości, jaki na kartach Możliwości wyspy sugestywnie opisał Michel Houellebecq w scenie konfrontacji zażenowanego klona protagonisty ze zdegenerowanymi niedobitkami gatunku homo sapiens. Attila wspomina tych ludzi jako „jakby martwych, raczej wegetujących sennie, jak wówczas, gdy Prometeusz obdarował ich ogniem”.

„Dziedzicem Ostatniego Człowieka nie jest prymityw, ale upiór”.

Pozdrowienia z przyszłości

Gardner Dozois, pisarz i wydawca, piętnastokrotny laureat prestiżowej nagrody Hugo w dziedzinie edytorstwa, w opublikowanym w połowie lat 70. ubiegłego wieku artykule – tekście humorystycznym, choć pisanym przede wszystkim ku przestrodze – zdiagnozował dokuczliwą i chyba dość powszechną przypadłość ambitnych autorów mierzących się z gatunkiem science fiction. „Łatwo ją rozpoznać”, zagaja Dozois. „Jest rok 2653, a mimo to ludzie nadal jeżdżą samochodami napędzanymi benzyną, z silnikami spalinowymi, mieszkają na przedmieściach, robią zakupy w supermarketach, należą do klubów i co tydzień strzygą trawniki”. Wyliczanka Dozoisa jest długa, kończy się rzutem za trzy punkty: „Każdy mężczyzna ma włosy obcięte na jeża”.

Zbliżamy się do połowy trzeciego tysiąclecia po Chrystusie, ale w zapyziałym Eumeswil – którego nazwa wywodzi się od imienia jednego z antycznych diadochów – wyczuwamy atmosferę portowego miasta kolonialnego epoki przednowoczesnej: mamy niską, przeważnie piętrową zabudowę, ziejące mrokiem spelunki, orientalne prostytutki, piorących się po twarzach tragarzy, woźniców i rzemieślników cechowych, roześmianych Murzynów, czekających na lepsze czasy pasterzy kóz i wirujące kłębowisko arabskiego targowiska; gdzieś ponad dachami piętrzy się smukły minaret, rozgrzane powietrze niesie zapach tureckiej kawy, którą tyran wypija po mszy (całkiem możliwe, że jest członkiem jakiegoś kościoła neoewangelicko-augsburskiego). Wymiana handlowa opiera się na złocie.

Mieszkańcy korzystają z fonoforów – telefonów komórkowych, których możliwości pozostają w prostej zależności od statusu społecznego właściciela, choć większość aparatów, obok funkcji płatniczej, służy jedynie do odbierania sygnałów nadawanych przez centralę. Do dyspozycji elit – które poznajemy na przykładzie szefa bezpieki – pozostają monologujące jednokanałowo telewizory, tu i ówdzie mowa jest również o podziemnych instalacjach obsługi ruchu w stratosferze, zasadniczo jednak niepodobna oprzeć się wrażeniu, ze trafiliśmy na pustynną planetę młodego Luke’a Skywalkera, gdzie technika pozostaje odległym wspomnieniem po przyszłości usmażonej impulsem elektromagnetycznym, przyszłości świadomie, wobec uwiądu ambicji mas lub decyzją jakiegoś Nadleśniczego, nieresuscytowanej, zdegradowanej do roli śmieszno-strasznego gadżetu – laserowego działka przytroczonego pod pyskiem wielbłąda – słowem: jest eumeswilańska technika dodatkiem do nieskomplikowanego życia, jakie z przerwami wiedzie się tu od czasów Eumenesa i Ptolemeuszy.

Eklektyzm kosmopolitycznego państwa-miasta uderza na każdym kroku: stylem Eumeswil jest brak stylu, intelektualną treścią życia jego mieszkańców – tych żyjących poza twierdzą – brak treści. W ponowoczesnej, posthistorycznej optyce Venatora, który medytuje na metapoziomie historiozoficznego uogólnienia, „zużyciu uległa historyczna substancja”, zgasła wiara w utopię, a wraz z nią – w postęp, w który nie chcą już wierzyć nawet liberałowie (choć z zasadniczo innych względów). „Nasi ludzie w Eumeswil nie chcą żyć lepiej w jakiejś przyszłości, chcą żyć dobrze teraz”, zauważa cierpko narrator. „Nie chcą słyszeć brzęku monety, chcą mieć ją w mieszku. Od gołębia na dachu wolą wróbla w garści. Nikt nie wychodzi na ulicę dla idei; chyba że chleb czy wino zdrożeją o jeden halerz albo dochodzi do bijatyki z woźnicami podczas wyścigów”. Awanturnicze serce nie ma tu, co prawda, czego szukać, ale „w sumie można tu robić lub nie robić tego, co się chce”.

Na tle miasta twierdza tyrana jawi się jako hermetyczna bańka nierzeczywistości, to właściwie świat równoległy, niespecjalnie kompatybilny z przaśnymi realiami podzamcza. Ciągnące się do białego świtu pogwarki w kantynie Condora mają w sobie coś z jowialnej atmosfery salonu madame de Pompadour, innym razem zaś – coś z klimatu spotkania elegijnie usposobionych lejtnantów po najlepszych akademiach wojskowych, pochylonych w milczeniu nad mapą niepewnej kampanii.

Miasto zniwelowane

Bohaterowie Eumeswil poruszają się w realiach świata „zniwelowanego” – to kolejne z Nietzscheańskich pojęć diagnostycznych, które Jünger z pożytkiem aplikuje w powieściowym laboratorium. „Duch świata jakby niekiedy zamieniał się w straszliwego Prokrusta”, przekonuje Venator, który jako historyk cierpliwie tropi w luminarze kolejne przykłady „równościowego obłędu demagogów”. „Pigmeje skracają nogi wysokim Murzynom, aby sprowadzić ich do właściwych rozmiarów; biali murzyni niwelują światowe języki”, obwieszcza w innym miejscu. W sytuacji skrajnej, pod rządami demagoga wyposażonego w odpowiednie środki, zrównanie bywa gorsze od ucisku, przekonuje nas Venator, bowiem „uciśniony może znów się podnieść”, natomiast zrównany jest już tylko „fizyczną i moralną ruiną”.

Jednym z symptomów niwelacji jest „degradacja języka”, skorelowana ze wspomnianą „utratą substancji historycznej”. To jeden z bardziej frapujących wątków powieści, wyeksplikowanych we fragmentach poświęconych pracy Thoferna – nauczyciela retoryki. Globalne skarlenie nie nastąpiło w wyniku eksplozji termojądrowej; degradacja języka miała dokonać się dużo wcześniej, bo już „u schyłku epoki wojen narodowych”, zapowiadając proces „wielkich zjednoczeń”. O czym konkretnie mowa? O powszechnej wulgaryzacji języka, zaniku wzniosłości, dominacji „niskich form wesołości” i „trzeciego tonu” („najniższa płaszczyzna nazywania spraw i czynności”). Gdzieś po drodze, mówi nam Thofern, wytrzebiono „regionalne bóstwa”, a w końcu nastąpiła również „erozja władzy ojcowskiej”.

Na końcu pojawia się udający mieszczanina fellach i jego osiedle godne termita.

Rzeczywistość makiety

Owszem – świat przedstawiony w Eumeswil, podobnie jak w pozostałych powieściach wizjonerskich lub zgoła fantastycznych (Na marmurowych skałach, Szklane pszczoły oraz wciąż czekające na polskiego tłumacza: Problem Aladyna i spolszczone w skromnym fragmencie Heliopolis), jest rzeczywistością modelu, co przed dwudziestu laty zauważył Wojciech Kunicki, fundator rodzimej jüngerologii i życzliwy egzegeta twórczości niemieckiego pisarza. To zresztą stały element prozy narracyjnej Jüngera, wystawiający jego kolejne powieści na tu i ówdzie stawiany zarzut szklarniowej sztuczności; Łukasz Musiał, wczytując się w kolejne strony dzienników wojennych, dostrzegł w Jüngerze konstruktora „latających modeli rzeczywistości”, przy okazji recenzji Eumeswil utyskiwał na zwodniczą „skłonność do typizacji”.

Bo też miasto-państwo Eumeswil, zaludnione przez męskie prostytutki, tokujących pretorian-encyklopedystów i metanarratora, który taksuje ludzkie dzieje z perspektywy heglowskiej wiedzy (prawie) absolutnej i kresu historii, jest makietą. Spektakularną sceną teatralną na środku pustyni, oddaną do dyspozycji wykoncypowanych przy biurku bohaterów, którzy przez większą część powieści po prostu deklamują mniej lub bardziej efektowne wyimki z późnej eseistyki Ernsta Jüngera (zwłaszcza z Państwa powszechnego i Eksploracji bezdroży, tekstów szczęśliwie dostępnych również polskiemu czytelnikowi).

W tym modelu nie ma, niestety, równorzędnej przestrzeni dla kobiet, właściwie nieobecnych, zredukowanych do roli lojalnych sekretarek i pasywnych kochanek (nierzadko w jednej osobie), które zgodnie z wolą Condora pozbawione są wstępu na zamek, a zatem de facto do jedynego miejsca, w którym pulsuje kadłubowe życie intelektualne Eumeswil. „Wyczuwa się w tym fatalną atmosferę kasyna”, zauważy po latach Heinrich Böll, komentujący najczęstsze chwyty narracyjne Jüngera. O krok dalej poszedł Tomasz Burek w felietonowej impresji towarzyszącej polskiemu wydaniu powieści Na marmurowych skałach. Dla zmarłego przed rokiem krytyka rzeczywistość powieści Jüngera była „światem tajemnych wspólnot homoerotycznych, mężczyzn zbabiałych, zhisteryzowanych sadystów i estetów”.

Miedzy wierszami

Jakkolwiek Wojciech Kunicki, tłumacz i autor posłowia, przestrzega przed wpisywaniem tej książki w kontekst bieżących debat politycznych rodem z Republiki Federalnej Niemiec, zarzucając niektórym z jej komentatorów – skądinąd uznanym jüngerystom – swoiste „manko lekturowe”, lektura niektórych fragmentów skłaniać może do wniosku, ze coś jednak jest na rzeczy. Narrator powieści okazjonalnie przywołuje do mikrofonu co ciekawszych korespondentów ze świata pozapowieściowego, raz po raz puszczając do czytelnika oko. Nie chodzi, rzecz jasna, o ostentacyjne kryptocytaty ze Schmitta czy zawoalowane, choć czytelne gry ze swoimi liberalnymi krytykami. Gdy Venator przygląda się swoim dekadenckim krajanom, sarkając, że „po Sokratesie odziedziczyli jedynie sceptycyzm, nie wynieśliby go jednak, jak Ksenofont, na swoich barkach z pola walki”, uderza podobieństwo – już na poziomie języka – do diagnozy, jaką postawił socjolog Helmut Schelsky w książce Die skeptische Generation (Sceptyczne pokolenie), pisząc o „procesach odpolitycznienia i odideologizowania”, które miały doprowadzić do utarcia głęboko nieufnego, pozbawionego wiary i iluzji pokolenia powojennej rekonstrukcji i cudu gospodarczego. O ile jednak Schelsky skazywał swoich sceptycznych rodaków przynajmniej na materialny sukces, Jünger-Venator widział w obywatelach Eumeswil już jedynie syte i wykastrowane koty.

W powieści Jüngera nie wszyscy mężczyźni maja włosy obcięte na jeża – fanów autora Księcia piechoty przepraszam za godny wypłazowania wtręt na temat Dozoisa. To refleksje narratora noszą tu jeża. Politologiczny wokabularz metahistoryka, który przemawia do nas z nieokreślonego precyzyjnie punktu w trzecim tysiącleciu po Chrystusie, nie przekracza progu ostatniej ćwierci ubiegłego wieku. I nie udaje, ze jest inaczej.

Bodaj najsilniej widać to na przykładzie powieściowego wykładu o rozumnym tyranie – pod kilkoma względami górującym, przynajmniej w optyce narzuconej czytelnikowi przez Venatora, nad nominalnie liberalnymi trybunami, którzy reprezentują pierwiastek „niwelujący”. Przy założeniu, że niemal wszyscy reprezentują tu pierwiastek niwelujący. Różne jest jedynie tempo, z jakim niwelacja postępuje w naprzemiennych fazach „mężów” i „mocy” (z jednej strony monarchów, dyktatorów i tyranów, z drugiej – demokracji, republik i anarchii). Co zyska miasto po obaleniu Condora? Zamianę przemocy „jawnej” na „anonimową”. Na tym polegać ma, jak chłodno wyjaśnia nam narrator, liberazione.

Tyran

„Naszej nauce nie udało się rozróżnić typu demagoga od tyrana i despoty”, zagaja Venator w momencie, w którym nurt powieści, i tak nieprzesadnie rwący, osiąga konsystencję kisielu i zastyga w miejscu. Nietrudno przeoczyć tę pozornie techniczną uwagę, a przecież Jünger prawdopodobnie oddaje w tym miejscu głos swemu krajanowi Leo Straussowi, który trzy lata po drugiej wojnie światowej, już jako wykładowca Uniwersytetu Chicagowskiego, opublikował komentarz do Hierona – zakurzonego dialogu Ksenofonta, bodaj jedynego dzieła okresu klasycznego w całości poświęconego naturze tyranii (On Tyranny, 1948; wyd. pol. 2009).

Nieklawe jest życie tyrana, zwłaszcza, jak się wydaje, życie erotyczne – mówi syrakuzański Hieron poecie Symonidesowi w antycznym dialogu Ksenofonta, ale naświetlony komentarzem Straussa tekst zaczyna opalizować nowymi, paląco aktualnymi sensami. Amerykańsko-niemiecki filozof zaczyna swoje rozważania od przytomnej konstatacji, że „współczesna nauka polityczna nie jest w stanie zrozumieć, czym rzeczywiście jest tyrania” (a w konsekwencji – współczesny totalitaryzm), po czym (re)konstruuje węzłowe punkty problemowe tekstu: rządy w sytuacji „postkonstytucyjnej”, napięcie miedzy prywatnym a publicznym, filozofem a społeczeństwem. Tym samym wytycza plac, na którym blisko trzy dekady później budować będzie Jünger, budujący fabularną otulinę dla pozostającego w opozycji do wszystkiego i wszystkich (tak liberałów, jak i konserwatystów) „anarchy”. Ksenofont czytany przez Straussa – a więc przede wszystkim miedzy wierszami – daleki jest od absolutyzowania rządów prawa; rozumny, kierujący się cnotą tyran lepszy miałby być od rządów ludu, i to nawet wówczas, gdyby władze zdobył przemocą.

Echo modelu uszlachetnionej, antycznej z ducha tyranii, jaśniejącej zwłaszcza na tle alternatywy w postaci skorumpowanego trybunatu, bez trudu odnajdziemy w Eumeswil. Condor ma coś z Hierona – ale i Periandra, Augusta, Tyberiusza – zaś w roli zbiorowego Symonidesa odnalazłaby się grupa przenikliwych doradców tyrana. A historyk-barman Venator? Tutaj sprawa jest prosta, wszak narrator nie bez kozery określany jest przez swoich rozmówców „naszym Ksenofontem”.

Od szofera do katechona

„Władza nie realizuje się wyłącznie w polityce”, przypomina nam Venator i zwraca uwagę na rolę sfery prywatnej. Tu właśnie przebiegać ma granica, za którą „tyrani i demagodzy degradują się do roli despotów”. Za tą granicą rozciągają się na poły socjopatyczne inferna władztw Nerona („pierwszy śpiewak”), Kommodusa („typ niedoszłego anarchy”) i „pewnego wielkiego demagoga, który pojawił się, gdy odkryto planetę Pluton”. Właśnie Hitlerowi, którego nazwisko w powieści ostatecznie nie pada, poświęca Venator wymowny passus: „Był dyletantem w wielu dziedzinach, także jako strateg, na nieszczęście wielu ludzi, był jednak technicznie perfekcyjny, szofer w każdym calu, który w końcu kazał się skremować benzyną”.

Eumeswil nie zostanie spalone przez swego tyrana, a jemu samemu nie jest pisany los perfekcyjnego „szofera”. Choć drogę na szczyt utorował sobie Condor za pomocą miecza, jest władcą tolerancyjnym, sprawnie zarządzającym zbiorowymi emocjami przy pomocy administracyjno-policyjnych śluz, rygli i wentyli bezpieczeństwa. W społeczeństwie fellachów – to zapożyczenie od Spenglera – służy temu choćby mnogość domów uciechy, które „zaspokajają wszelki gust, choćby najbardziej zboczony”. „Co ktoś robi w domu lub nawet w stajni, to jego sprawa, nie wtrącamy się” – podkreśla wielkodusznie szef aparatu bezpieczeństwa.

Tyran, któremu marzy się „mała Florencja”, toleruje nawet prasę opozycyjną, z która prowadzi cierpliwą grę o sumie zerowej, grę aż do samego finału zasadniczo dżentelmeńską i bezkrwawą. „Co pan powie na to, ze przeciwnicy nazywają pana grabarzem trybunatu?”, pyta w jednym miejscu redaktor liberalnego „Strzyżyka”. „Nim przyjdzie grabarz, musza być zwłoki”, odpowiada niezrażony pracownik ministerstwa sprawiedliwości. Condor, jako pilny uczeń Machiavellego, nie wątpi, że już choćby dla samej listy subskrybentów gazety – jego potencjalnych przeciwników – warto podtrzymywać przy życiu iluzję swobodnej cyrkulacji słowa drukowanego. Płynna jest granica miedzy wykazem stałych czytelników a listami proskrypcyjnymi.

Sztabowcom tyrana trudno jednocześnie przypisać niskie motywy. Nie kieruje nimi chęć zysku, nie są również oportunistami, którzy w porę opowiedzieli się po odpowiedniej stronie. Każdy z nich – Attila, Domo, Bruno – rozgrywa własną grę, próbując skierować kurs Condora w inną stronę. Cała trójka dostrzega w tyranii „jedyną ramę zdolną nadać formę zatomizowanej masie oraz odwlec walkę wszystkich przeciwko wszystkim”.

Anarcha

Wydaje się całkiem możliwe, że pośród co najmniej kilku dobrych powodów do napisania tej powieści, czynnikiem rozstrzygającym okazała się potrzeba przydania życia fabularnego nowemu z efektownej galerii typów, znanych nam dotąd z tekstów dyskursywnych Jüngera: po żołnierzu frontowym (publicystyka lat 20.), robotniku (1932) i leśnym wędrowcu (1951) pojawia się bliski krewny tego ostatniego – anarcha.

Na pierwszy rzut oka status Martina Venatora nie rożni się znacząco od pozycji lokaja w pałacu dyktatora, pal już licho, że raczej w typie któregoś z renesansowych Medyceuszy czy syrakuzańskich Hieronów – i taka jest zresztą optyka jego ojca i brata, niegdyś członków liberalnych elit, dziś już tylko zgorzkniałych pariasów wyrzuconych na społeczny margines polis. Ambicje bohatera wydają się niewygórowane. „Satysfakcjonowałoby mnie stanowisko szofera, tłumacza lub sekretarza do spraw drugorzędnych”, zauważa w swoim dzienniku. Lokajski, bez mała błazeński – sam używa tego określenia – jest również uniform, w jakim narrator pojawia się w barze nocnym, by obsługiwać luksusowych gości tyrana.

A jednak ten barman jest, przynajmniej wedle własnych zapewnień, człowiekiem wolnym, nie mniej od stojącego na szczycie Condora. Jest – powtarza – wolny właśnie jako anarcha. Tego samego nie można powiedzieć o uprzywilejowanych pretorianach tyrana, formalnie przełożonych Venatora, nie mówiąc już o szeregowych gwardzistach, zobligowanych „zakaszleć, gdy lekarz chwyta za jądra”.

Anarcha nie jest anarchistą – na blisko 400 stronach powieści Venator stale nas o tym poucza. Protokół rozbieżności wyrasta niejako z ontologii – z samej substancji obu typów. Anarchista tym rożni się od anarchy, czym monarchista od monarchy, Paweł z Tarsu od Chrystusa, małżeństwo od miłości, a zabójstwo od mordu. Anarchiczny jest każdy człowiek w chwili narodzin, i „to jest właśnie w nim normalne”. Później, w toku socjalizacji, pierwiastek anarchiczny miałby ulegać stępieniu i konsekwentnemu wygaszaniu. To „obrzezania, upusty prasiły”, przekonuje narrator. W konsekwencji człowiek prawdziwie wolny jest anarchiczny, niekoniecznie jest nim natomiast sam anarchista – teoretyk wolności i niewolnik swej idiosynkrazji, tkwiący w fatalnym uścisku z władzą, którą bezustannie próbuje znieść.

Anarcha respektuje reguły gry – dzięki temu zachowuje życie. To jak z przepisami ruchu drogowego, zauważy przy innej okazji Venator. „Anarchista przypomina pieszego, który ich nie uznaje – i zostaje natychmiast przejechany”, wyjaśnia, tym razem bez zbędnych fajerwerków retorycznych. Anarchista ma jednego wroga i na nim koncentruje własną pasję. Prowadzący własne wojny anarcha strzela „dokoła”, i to „nawet gdy maszeruje w szeregu”.

Wolność anarchy zdaje się nie mieć granic. Jest „absolutnie możliwe”, przypomina nam narrator, choć jednocześnie „bardzo nieprawdopodobne”, że któregoś dnia podniesie rękę na samego tyrana. Zaraz jednak dodaje: „Mogę nie tylko go zabić, mogę go także ułaskawić”. To zresztą naturalny potencjał każdego człowieka – nawet jeśli nie zdaje sobie z tego sprawy – i zarazem wyraz przyrodzonej równości ludzi. Ten potencjał „drzemie zawsze w tle, nawet wówczas, gdy dwaj ludzie pozdrawiają się na ulicy”.

Niespektakularna służba za barem nie koliduje z „substancją anarchy”; nie urąga jej, raczej poszerza pole manewru, wyostrza świadomość, wplata w wydarzenia, daje okazję do kontaktu z żyjącymi. Tak widzi to sam narrator, który pracę w kazbie traktuje jako najbardziej wartościową część własnych studiów historycznych. „Przyznaję, że bez niechęci usługiwałbym Tyberiuszowi”, wyznaje w innym miejscu.

Stale online

Anarcha nie jest anarchistą, nie jest również „leśnym wędrowcem”, choć na pierwszy rzut oka oba typy stanowią równorzędne wariacje na jeden temat, oferty „egzystencjalnie nie do odróżnienia”, jak zresztą przyznaje powieściowy Venator w komentarzu do eseistyki samego Jüngera (!). Eumeswil Eksploracja bezdroży, powieść z połowy lat 70. i starszy o ćwierć wieku esej-instruktaż, to dzieła komplementarne, wzajemnie oświetlające się, stąd całkowicie zrozumiała decyzja amerykańskiego wydawcy obu tekstów, który pomieścił je w jednym tomie jako retorycznie spójny wykład różnych odcieni obywatelskiego nieposłuszeństwa. Obie pozycje traktują o „tyranii” – ale są to jednocześnie dwa różne, wzajemnie niezestawialne rodzaje tyranii.

O ile Eksploracja bezdroży traktuje o strategii przetrwania w ramach opresyjnych struktur drapieżnego Lewiatana, w świecie zagrożonym widmem komunizmu, ostrze Eumeswil wymierzone jest, jak się wydaje, w zniwelowaną – między innymi za pomocą techniki – i samoniwelującą się formułę zachodniej demokracji liberalnej, obficie czerpiąc z Nietzscheańskiej figury „ostatniego człowieka”: zblazowanego, pozbawionego wyższych aspiracji, łaknącego jedynie własnego komfortu, wegetującego w warunkach, w których „nikt niczego nie traktuje serio”.

Różnica jest zasadnicza: „leśny wędrowiec” (względnie, w bardziej brawurowym tłumaczeniu Kunickiego, „eksplorator bezdroży”) wybiera samotność wyimaginowanego eremu. Anarcha pozostaje online, nawet jeśli, jak Venator, „leży krzywo na krzywej szachownicy” i z nikim mu nie po drodze. Daleki jest jednak od zamykania się w wieży z kości słoniowej, by obserwować – jak obcesowo ujął to Flaubert – „fale gówna rozbijające się o ścianę”. W ramach proponowanej czytelnikowi optyki wypada założyć, że te „fale gówna” biją również od środka. Tam chyba najmocniej.

Anarcha pozostaje online – angażuje się, stoi tuż obok, płaci podatki, sumiennie wywiązuje się ze swoich obowiązków wobec cezara. Jako taki prawdopodobnie znalazłby w sobie nieco zrozumienia dla nieopierzonego Tancrediego – drugoplanowego bohatera Geparda Lampedusy – który świadomie asystuje zmianie historycznej, zachowując nań szczątkowy, ale chyba satysfakcjonujący dla siebie wpływ, niekoniecznie zaś dla postawy tytułowego „geparda”, wytwornego księcia Saliny, próbującego ratować resztki własnego świata.

Wielki Reset

Narrator powieści nie jest konserwatywnym żałobnikiem, który opłakuje utracony Eden. W świecie Eumeswil nie ma już co konserwować. Własną sytuację porównuje Venator do „położenia technika w przedsiębiorstwie rozbiórkowym, który dlatego ma czyste sumienie, że już dawno zburzono zamki i katedry, a nawet stare domy mieszkalne”. Nie w głowie mu również heroiczne „trwanie na posterunku” w imię przegranej „Sprawy”, czy tęskne wyglądanie za kolejnymi „hamulcowymi”. Obca jest mu również wiara w „wieczny powrót”, ten osobliwy koncept Starego Kanoniera. W jednym z bardziej efektownych fragmentów bohater konstatuje: „Idea wiecznego powrotu jest jak ryba, która chce wyskoczyć z patelni”. Wówczas, jak wyjaśnia, „pada na płytę pieca”.

Popularne – zwłaszcza wśród czytelników amerykańskich – choć z gruntu błędne są próby wpisania tej narracji w dyskurs libertariański. Pytanie o barwę polityczną Martina Venatora jako anarchy – a zatem „deklaratywnie ukrytego heglisty”, jak sugeruje w posłowiu tłumacz polskiego wydania – po prostu nie sięga celu, mijając go szerokim łukiem. Bohater powieści jest metanarratorem, czy jeszcze lepiej – metaczytelnikiem, który rozpoznał swoją kondycję apokaliptyka, by odtąd podglądać świat przez dziurkę od klucza, jaką w istocie jest powieściowy Wielki Luminar – ni to wehikuł czasu, ni holograficzna wyszukiwarka internetowa, na ogół zaprzęgana do dyskretnego, zasadniczo jednak jałowego kompletowania przypisów, przyczynków i apendyksów do księgozbioru tyrana i jego akolitów. Venator przemawia do nas z perspektywy „końca historii”, a nawet z punktu jeszcze „późniejszego”, bo już po upadku uniwersalnego i homogenicznego państwa Hegla i Kojève’a, a więc w realiach swoistego restartu systemu, który za sprawą starcia „tytanów” z „bogami” przygotowuje, nomen omen, grunt pod nową „erę geologiczną”. To punkt, w którym narrator zwraca się w stronę Mitu, oczekując „nowego początku” – odrodzenia Ziemi.

Wizja nowego początku zarysowana zostaje w partiach wygłaszanych przez powieściowego Brunona – nadwornego filozofa, tu i ówdzie określanego mianem „maga”. „Ziemia od czasu do czasu ujawnia swój totem, starego węża odrzucającego członki lub wciągającego je w siebie”, mówi nam bliski współpracownik tyrana. Widomym znakiem tej metamorfozy było-będzie, nade wszystko, „państwo powszechne”, ale i „zanik kultury, wymieranie zwierząt, monokultury, pustynie, narastanie trzęsień ziemi i plutonicznych erupcji, powrót tytanów, zatem Atlasa – ucieleśnienie jedności, Antajosa – siły, oraz Prometeusza – podstępu Matki”. „Z tym wiązał się upadek bogów”, czytamy dalej, by za chwilę dowiedzieć się, ci „znów tutaj są”, „oni, co strącili ojca z tronu – a diamentowy sierp, który go wytrzebił, zastąpiły teraz rozum i nauka”.

Jünger jako refleksyjny „pisarz mitu”, jakim się stał w pełni najpóźniej w latach 50., tak różny od konsekwentnie dyskontującego doświadczenie żołnierza frontowego Jüngera „decyzjonisty” czy – na krótko – „narodowego bolszewika” z kart międzywojennej publicystyki politycznej, po wojnie z dystansu przemawiający do czytelnika globalnego, wydaje się dziś najciekawszy. Jednocześnie, sprowadzając rzecz na grunt rodzimy, nie licząc enklaw filologicznego namysłu życzliwych mu egzegetów, jest to zarazem Jünger wciąż właściwie nieznany polskiemu czytelnikowi.

„Jünger nie myśli historycznie, ale mitycznie”, wyjaśnia w innym miejscu Tomasz Gabiś, rekonstruujący wywód Arne Schimmera. „Prawda wydarza się nie w czasie historycznym, lecz poza czasem i pojawia się w historii jedynie zaszyfrowana jako alegoria, symbol i mit”. W tej wykładni autor Eumeswil zapowiadał powrót tytanów i koniec historii: „Gdzie kończy się historia, tam droga wiedzie z powrotem do natury albo do mitu, albo do stanu nieobecności człowieka”. „Gaja zmienia skórę”, referuje Gabiś, „tytani ogłaszają totalną mobilizację, człowiek jest obiektem geologicznych metamorfoz, realizuje on tylko to, czego pragnie Ziemia, dokonuje się duchowa mutacja gatunku ludzkiego”.

„Nie jest tak, że jak Chateaubriand oczekuję powrotu” – precyzuje po raz kolejny narrator powieści – „mam tylko nadzieję na cos równoważnego, a nawet silniejszego w obszarze ludzkim”. „Naglfar zajmuje przewidywalną pozycję” – przekonuje. W mitologii nordyckiej Naglfar – lub Nagelfar – to okręt umarłych, wezwanych do rozstrzygającej bitwy w dobie Ragnarök.

Podziemny charakter techniki, plutoniczność krajobrazów, chtoniczność bóstw, walka tytanów z bogami, wąż i orzeł, nadrzędna logika Gai – Matki Ziemi. To coś więcej niż dekoracje budujące klimat tego świata. Na długi cień tej prozy trafimy na stronach Dracha – powieści Szczepana Twardocha, uważnego czytelnika Jüngera – którego narracja prowadzona jest z perspektywy podziemnego boga Welesa – Żmija, a sama rzecz osadzona została w industrialnym, właśnie cokolwiek plutonicznym uniwersum Górnego Śląska.

Bóg na emeryturze, katorżnik na urlopie

W znakomitej, iskrzącej od mnogości poruszonych wątków rozmowie Jakuba Wolaka z Wojciechem Kunickim na łamach „Małego Formatu”, wrocławski filolog sugeruje, że bohater Eumeswil jest „człowiekiem, który przechodzi drogę wtajemniczenia chrześcijańskiego”. W tej kwestii lektura powieści zostawia czytelnika z wrażeniem pewnej konfuzji, nawet jeśli nie idzie tu, co podkreślił sam Kunicki, o „teologię w sensie ortodoksyjnym”, a raczej – o „teologię przyrody, teologię refleksji, teologię chrząszczy”. Zastanawiam się, czy nie doszło tutaj do jakiejś osobliwej kontaminacji, czy może raczej – syntezy konkluzji pochodzących z różnych rozproszonych lektur w jedną, słuszną co do intuicji, generalizację, niekoniecznie jednak znajdującą mocne potwierdzenie w przypadku tej konkretnej powieści.

Myślenie Jüngera, również tego „późnego”, nawykłego do regularnej lektury Starego i Nowego Testamentu (ale i Anioła Ślązaka oraz Jakuba Böhmego) wydaje się na wskroś „pogańskie”, a z pewnością taki – by nie stawiać znaku równości między autorem a narratorem – wydaje się historiozoficzny namysł protagonisty powieści. Chrześcijański teizm jawi się w tej konfiguracji motywów, toposów i inspiracji, niewątpliwie wyrastających z jakiegoś archaicznego, pierwotnego zasobu, jako element, w najlepszym razie, przygodny i niekonieczny. Jeśli w świecie Eumeswil znajdujemy ślady dyskretnej obecności Boga, to w nie w zimnym dostojeństwie chrząszcza żerującego w cieniu przepękli, lecz w powolnym geście metanarratora – właściwego dysponenta ludzkiej historii – obsługującego luminar. Swoją drogą – Condor zwraca się do Martina Venatora imieniem Manuel („Bóg z nami”).

Gdy bohater powieści zarzuca swoim „dekadenckim” rodakom „sceptycyzm”, którego nie wynieśli z pola walki, samemu będąc par excellence sceptykiem pokolenia powszechnej demobilizacji, któremu oszczędzono doświadczeń frontowych – a precyzyjnie: jakichkolwiek doświadczeń i kluczowych cezur biograficznych – wiodąc u boku tyrana życie wygodne i względnie bezpieczne, wystawia się co najmniej na zarzut hipokryzji. Czujemy, że znaleźliśmy się blisko Cioranowskiej figury „katorżnika na urlopie” – straumatyzowanego antykwariusza, emocjonalnie nam odległego, interesującego zaś o tyle, o ile ma nam do zaoferowania jakąś frapującą glosę do lektury Hegla czy Machiavellego. „Ale jak to się ma do deklarowanej antymieszczańskości i wywrotowości anarchy? Do krytyki, jaką kieruje pod adresem świata? Ryzyka nie podejmuje żadnego Venator” – trafia w punkt Łukasz Musiał w szkicu na łamach „Przeglądu Politycznego”.

Wiemy, że narrator powieści dzieli z niemieckim pisarzem spojrzenie na świat, całymi garściami czerpie z prywatnej biblioteki Jüngera, podziela część jego wysoce specyficznych pasji (zoologia, botanika) i niejednokrotnie po prostu Jüngerem przemawia. Na tym koniec – autor Księcia piechoty nie zechciał zaprosić Venatora do udziału w „orgiach materiałowych” lat młodzieńczych, nie kazał mu obserwować, jak za realizację jego poetyckich haseł zabierają się funkcjonariusze o mentalności pretorianina i nie podarował cennej lekcji własnej, liczonej w dekadach, emigracji wewnętrznej. Za hieratyczną frazą trzydziestolatka kryje się wyniosły podoficer życia, wciąż jednak nie bardziej światowy od palacza w kotłowni; to nieco już okrzepły Castorp, który nie zdążył na ostatni pociąg do Davos, wiec o sporze Naphty z Settembrinim zmuszony jest doczytywać w kolejnych odcinkach kroniki kryminalnej i na tej podstawie – to jest z drugiej ręki – wyrobić sobie zdanie. W tym przypadku – na ekranie luminaru. Venator tyle wie o świecie, ile przeczytał w swoich księgach, co czyni go świetnym bibliotekarzem, ale wątpliwej próby drogowskazem. Podobny jest w tym do romantycznego bohatera, który uparł się, by wieść życie na miarę literatury. Gdy w wyjałowionym świecie powieści okazało się to niemożliwe, pozostało już tylko odpowiednie ustawienie głosu na skromnej ambonce.

To dość, by stanąć w jednym szeregu z ponowoczesnymi uczniami Nicolása Gómeza Dávili, Josepha de Maistre’a czy Juliusa Evoli, terminujących w sztuce czysto estetycznego niekiedy resentymentu, za mało jednak, by czytelnik poczuł sympatię do – trudno uwolnić się od tego wrażenia – posągowego bramina po szkole korespondencyjnej. W tej optyce Eumeswil to prawdziwy rezerwuar efektownych scholiów w stylu „samotnika z Bogoty”, na ogół przywoływanych na prawach podwójnego nelsona, użytecznych, bo przydających niezbędnej głębi niejednej retorycznej kałuży. W sam raz pod piwniczną debatę przy kufelku lub cytat otwierający niepunktowaną publikację.

Siła tej prozy leży gdzie indziej.

Co robić?

„Prawico, wiesz, że istnieją inni brytyjscy pisarze niż Chesterton? / I inni francuscy niż Jean Raspail? / I inni niemieccy niż Ernst Jünger?”, pyta retorycznie Wojciech Stanisławski w swojej Odzie do prawicy, dowcipnym świadectwie samoświadomości środowiska, które, jak czytamy w tym samym tekście, nie powinno zabierać się za organizowanie „własnych” festiwali literackich. „Prawico, na początek odstaw majonez”, radzi publicysta „Nowej Konfederacji”. Co począć, jeśli samego Jüngera odłożyć na półkę zdecydowanie nie sposób?

W zwięzłym edytorialu otwierającym ubiegłoroczny numer jüngerowski redaktorzy „Małego Formatu” przekonują, że opublikowane niedawno książki niemieckiego pisarza – dzięki inicjatywie Jakuba Barana wydane przez krakowską Korporację Ha!art – miałyby „ostatecznie” uczynić autora Szklanych pszczół myślicielem istotnym dla „wszystkich środowisk kontestujących neoliberalny stan rzeczy”, nie tylko zaś, jak dotychczas, „dla anarchizujących peryferiów prawicy”.

To ryzykowna konstrukcja myślowa – wymagająca, z jednej strony, dużej wiary w gotowość owych kontestatorów neoliberalizmu do szukania wsparcia akurat w subtelnych narracjach długodystansowca z Wilflingen, zarazem jednak nazbyt łatwo odmawiająca wiary w siłę nawyków czytelniczych na przywołanych tu „peryferiach prawicy”, w ostatnich latach równie często „anarchizujących”, co zabierających się za artykułowanie własnych projektów inżynierii społecznej.

Pierwsze reakcje na jüngerowską ofensywę Ha!artu skłaniają do ostrożnego sceptycyzmu; dotychczasowe recenzje Szklanych pszczół (2017) i Eumeswil (2018) są, oględnie rzecz ujmując, dalekie od entuzjazmu i raczej nie wskazują na radykalną zmianę optyki czytelniczej. „Straszni symplifikatorzy”, o których przy okazji 10. rocznicy śmierci Jüngera wspominał Tomasz Gabiś, mogą spać spokojnie.

Czy postawa anarchy to strategia na czas epoki nieuchronnie „fellachicznej” – a przecież właśnie w tym duchu ta książka była już czytana, a przynajmniej – tu i ówdzie anonsowana? Niekoniecznie. Jeśli „filozofię społeczną późnego Jüngera”, naznaczoną wypływem Maxa Stirnera, sprowadzić do „anarchicznego samowładztwa monad” – by po raz ostatni zdać się na intuicję redakcji „Małego Formatu” – programowe walory postawy Martina „Manuela” Venatora właściwie wyczerpują się w kilku rytualnych prychnięciach, skądinąd opanowanych do perfekcji po obu stronach politycznej osi. Bo też, jak przytomnie zauważył publicysta Jakub Majmurek, anarcha to koncept tyleż efektowny literacko, co „zbyt płytki” i „niewystarczający wobec skali problemów” zdiagnozowanych przez samego Jüngera. W tym sensie wydaje się, że więcej do zaoferowania ma wcześniejszy koncept aktywnego, bo właściwie skazanego na walkę o przetrwanie „leśnego wędrowca”.

Wymowną paralelę nakreślił wiele lat temu Jacek Bartyzel, który postawę anarchy dostrzegł w światopoglądzie młodego Maurice’a Barrèsa, fundatora jednego z nurtów francuskiej prawicy narodowej. Egotyczny Barrès, ponoć „bardzo pokrewny psychicznie” Jüngerowi, miał w dekadzie poprzedzającej wykrystalizowanie się jego dojrzałej doktryny cechować się daleko idącym „anarchoarystokratyzmem”, czyniącym zeń obywatela zdolnego funkcjonować poza społeczeństwem, zarazem jednak zainteresowanego służbą nieokreślonemu wówczas jeszcze „panu”. Ten „indywidualizm anarchy”, ostatecznie przezwyciężony w późniejszych latach, miał być, jak przekonuje Bartyzel, wyrazem wyrachowania i zarazem skutecznym idiomem, za pomocą którego zwracał się autor Wykorzenionych do „estetów-dekadentów” i „fin-de-siècle’owych epikurejczyków”, nawracając ich na „wiarę w ojczyznę i naród”. W tamtych latach z uwagą przyglądał mu się młodszy o sześć lat Charles Maurras, który również dopiero szukał własnej drogi w Republice. Ujmując rzecz cokolwiek obcesowo – jeśli istnieje jakiś łącznik miedzy Maurrasowskimi „kamelotami króla” a współczesnymi kabotynami bez króla, to wydaje się nim anarcha przemawiający z tarasu twierdzy tyrana.

Eumeswil ma w sobie coś z poematu prozą, sytuującego się na pograniczu solilokwium i ćwiczenia duchowego. W tę zdystansowaną narrację można wgryzać się z najróżniejszych pozycji ideowych – tak z lewa, jak i prawa, jeśli ta dystynkcja ma jeszcze jakiś sens – pozostając na bezpiecznym metapoziomie mgławicowych intuicji i generalnych diagnoz, które po przeszło czterech dekadach od publikacji powieści wciąż dowodzą swej przenikliwej – i chyba wzrastającej – aktualności. Nie zabraknie jednak czytelników, którzy bez wahania podpiszą się pod gorzkim wyznaniem cytowanego już Bölla, który swego czasu przyznał, że „większa część tego dzieła” jest mu po prostu „obca”.

Esej otwiera numer czasopisma idei „Pressje” „Konserwatysta w odczarowanym świecie”. Zapraszamy do lektury i bezpłatnego pobrania całego numeru.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury, uzyskanych z dopłat ustanowionych w grach objętych monopolem państwa, zgodnie z art. 80 ust. 1 ustawy z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o zachowanie informacji o finansowaniu artykułu oraz podanie linku do naszej strony.