Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Trzecia fala samorządności zamiast drugiej fali prywatyzacji [MAGAZYN KONTAKT]

przeczytanie zajmie 5 min

Diagnozę Łukasza Pawłowskiego rozumiem tak: Polska, wydając niespotykane dotąd kwoty na politykę społeczną, przybierającą formę niemal wyłącznie indywidualnych transferów (500+, wyprawka szkolna, wcześniejsza emerytura etc.), lekceważy pogłębiający się krach usług publicznych, czego najlepszym przykładem jest chroniczna choroba systemu ochrony zdrowia.

W tekście Pawłowskiego brakuje mi stwierdzenia, że transfery same w sobie nie są czymś niepożądanym. W tak niewydolnym (na przykład w kwestii  transportu publicznego w Polsce powiatowej) i niesprawiedliwym (na przykład w kwestii podatków) państwie jak nasze, ich wprowadzenie przynajmniej zmniejsza nierównowagę między uboższymi a bogatszymi obywatelami w dostępie do „wtórnie prywatyzowanych” dóbr, takich jak ochrona zdrowia.

Pełna jednak zgoda co do faktu, że ogólny kierunek jest niepokojący, a rządzący wydają się delektować „kluczem do polskiej duszy”, jakim okazują się kolejne „plusy”, i zupełnie zaniedbywać poważną rozmowę o rzeczywistym stanie państwa dobrobytu, którego rdzeniem jest system usług publicznych. Dlatego nieco technokratyczny ton Pawłowskiego wydaje mi się w tej kwestii nawet za mało radykalny.

Marnujemy historyczną szansę

Tu trzeba wrzasnąć – HALO! Drogie Polki i Polacy, czy nie widzicie, że umyka nam historyczna szansa na przyzwoite państwo? Przyjrzyjmy się dziejom ostatnich 150 lat– cały czas byliśmy krajem po prostu biednym, którego albo zupełnie nie było stać na realizację obietnicy lepszego życia (spójrzcie, co się stało z fantastycznym programem rządu lubelskiego z 1918 roku!), albo jego działania były kroplą w morzu potrzeb (COP w latach 30.), albo odbywały się wraz z olbrzymimi kosztami społecznymi i politycznymi (PRL), a także ekonomicznymi (pomyślcie o naszej ojczyźnie z lat 80., w jesieni socjalistycznego „dobrobytu”).

Dziś sytuacja jest komfortowa – stabilny wzrost,niskie bezrobocie, rosnące (tak, wiem, że nierównomiernie) płace. I co najważniejsze, ledwie dziesięciomiliardowy deficyt dzięki uszczelnieniu VAT-u (brawo, panie premierze Morawiecki) i likwidacji OFE (brawo, premierze Tusk). Idealny moment, żeby zrealizować marzenie o przynajmniej solidnym państwie polskim –kraju, w którym dobrze opłacane nauczycielki uczą dzieci w dobrze wyposażonych, małych klasach. Kraju, w którym wypoczęte lekarki i lekarze specjaliści pracujący na nowoczesnym sprzęcie przyjmują nas w szpitalu publicznym po tygodniu oczekiwania, zapewniając nam, Obywatelom, realnie, a nie teoretycznie„równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych, niezależnie od naszej sytuacji materialnej” (art. 68 ust. 2 Konstytucji RP). Nasza gospodarka jest w najlepszym stanie od niepamiętnych czasów, problem w tym, że państwo zostaje za nią daleko w tyle.

Co z tym zrobić? – po pierwsze, podatki

Czego brakuje mi w tekście Pawłowskiego? Szerszej wizji, bardziej kompleksowej propozycji niż tylko zmiana priorytetów wydatkowych z indywidualnych transferów na dofinansowanie służby zdrowia.Tymczasem wizja ta to (uwaga patos!)najważniejsze, patriotyczne zadanie dla „pokolenia Spięcia”. Bez niej nie wykonamy cywilizacyjnego „skoku w nowoczesną państwowość”.

Chcę „wrzucić” do dyskusji o tej wizji dwie kwestie. Pierwszą, którą tylko zaznaczę, jest reforma finansów publicznych. Drugą, którą rozwinę szerzej, jest kwestia nowego ładu w relacjach między centrum a regionami i gminami.

Najpierw o finansach. Jeśli chcemy mieć usługi publiczne z prawdziwego zdarzenia, to – po pierwsze –musimy podnieść wydatki publiczne (oczywiście w relacji do PKB) do poziomu zbliżonego do państw Europy Zachodniej. Po drugie zaś, najwyższy czas, abyśmy wzięli się za skandal, jakim jest realne obłożenie podatkami poszczególnych grup społecznych i grup interesu. Zainteresowanych, odsyłam do raportu dr Jakuba Sawulskiego, który dokładnie opisuje mechanizm, zgodnie z którym samotna matka z dzieckiem zatrudniona na etacie odprowadza procentowo wyższe daniny niż menedżer na kontrakcie w dużej firmie. Nie zbudujemy lepszego państwa, z godnie wynagradzanymi funkcjonariuszami publicznymi, bez zwrotu w polityce fiskalnej– to musi być kamień węgielny każdego poważnego programu naprawy Rzeczypospolitej.

Po drugie – samorządność

Drugą sprawą jest poważne podejście do polskiej samorządności. Bo to samorząd (gminny, miejski, powiatowy, ale bywa że i wojewódzki) jest dziś „interfejsem” państwa, głównym organizatorem i świadczeniodawcą usług publicznych. Z jednymi daje sobie radę raczej nieźle (edukacja, do której samorządy rocznie dopłacają ponad 20 miliardów złotych z własnych środków!) z innymi bardzo różnie (transport publiczny – coraz lepszy w miastach, znikający na prowincji), z jeszcze innymi źle (opisana przez Pawłowskiego ochrona zdrowia, ale w tym wypadku samorząd jest raczej „chłopcem do bicia”,o czym niżej). Co więcej, samorządy, zwłaszcza lokalne, są tym właśnie segmentem władzy publicznej, któremu Polacy ufają najbardziej, który rozumieją, doceniają i czują, że mają na niego wpływ (zob. badanie Adama Gendźwiłła i badania CBOS). Budowa porządnego państwa musi być oparta o silny, bogaty i kompetentny samorząd.

Aby tak się jednak stało, konieczne jest „stanięcie w prawdzie” w kwestii zagmatwanych stosunków między władzą lokalną i centralną. Jest to jedna z największych hipokryzji III RP. Z jednej strony elity uwielbiają chwalić się, że „samorząd to największy sukces ostatniego trzydziestolecia”, a w Konstytucji zapisano bardzo silną pozycję jego jednostek włącznie z domniemaniem kompetencji JST (art. 163 i 164), a także zasadą adekwatności – za zwiększeniem kompetencji władz lokalnych powinna iść odpowiednia doza środków (art. 167 ust.4). Szkoda tylko, że Trybunał Konstytucyjny bodaj nigdy nie obalił żadnej ustawy pod kątem jej niezgodności z tymi normami(a kilka razy aż się o to prosiło), a kolejne rządy stopniowo obciążały JST nowymi obowiązkami administracyjnymi, zabierając kompetencje twórcze i nie poszerzając źródeł finansowania.

Tak dalej być nie może. W związku z wysokim poziomem zaufania do samorządów i solidnym doświadczeniem samorządowców, racjonalne jest podjęcie strategicznej decyzji, że to samorządy wszystkich stopni powinny być zasadniczo odpowiedzialne za organizowanie usług publicznych, a także w przeważającej mierze za ich finansowanie. Rząd centralny powinien ograniczyć się do ważnej roli wyznaczania standardów ich dostępności i interwencji w szczególnych przypadkach.

Kwestią najbardziej wrażliwą z punktu widzenia zasady unitarności państwa, jest oczywiście przekazanie wspólnotom lokalnym i regionalnym części uprawnień regulacyjnych w tych sferach. Otwartym pozostaje na przykład pytanie, czy dopuszczamy możliwość, aby sejmik wielkopolski mógł podjąć decyzję o podwyższeniu składki zdrowotnej o 1 punkt procentowy w stosunku do państwowego minimum.

Nie do utrzymania jest natomiast w mojej opinii destrukcyjna dla państwa blame game między agendami rządowymi i samorządowymi w kwestii odpowiedzialności za poszczególne sfery polityki publicznej. Obserwujemy ją ostatnio szczególnie mocno w edukacji, gdzie obie strony spychają na siebie odpowiedzialność za skutki deformy (tu racja samorządowców jest chyba oczywista), ale przecież niemniej zacięta jest walka w służbie zdrowia. Samorządy, zwłaszcza powiatowe, są ustawione na z góry przegranej pozycji prawnej – jako podmioty właścicielskie szpitali mogą podpisać kontrakt tylko z jednym płatnikiem (NFZ), który narzuca swoje autorytatywnie ustalone ceny świadczeń. A potem to samorządy muszą pokrywać dziurę budżetową wynikającą z ogólnego niedofinansowania systemu.

Oprócz przeniesienia finansowania i kompetencji, trzeba również zadbać o demokratyzację wewnętrzną JST (zwłaszcza poprzez zwiększenie funkcji kontrolnych i upowszechnienie mechanizmów partycypacji) oraz o systemowe ograniczenie nadzorczych zakusów organów państwowych (zwłaszcza wojewodów i sądów administracyjnych). Wiele pomysłów przynosi tu raport „Polska samorządów. Silna demokracja, skuteczne państwo” opublikowany ostatnio pod redakcją prof. Dawida Sześciły, przy którym miałem przyjemność pracować.

Dopiero taki nowy ład – z państwem bardziej sprawiedliwym, lepiej dofinansowanym i przeorganizowanym, może doprowadzić nas do sytuacji, w której pewnego pięknego dnia przejdziemy się z domu do pobliskiej przychodni, a uśmiechnięty lekarz od razu zaprosi nas do gabinetu.

 

Artykuł powstał w ramach projektu „Spięcie” realizowanego przez: redakcję Klubu Jagiellońskiego – klubjagiellonski.pl, Magazyn Kontakt, Kulturę Liberalną, Krytykę Polityczną i Nową Konfederację. Wszystkie teksty powstałe w ramach projektu znaleźć można tutajInicjatywa wspierana jest przez Fundusz Obywatelski zarządzany przez Fundację dla Polski.