Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Andrzej Kohut  13 marca 2019

„Zamknięcie rządu”, stan wyjątkowy i wolta konserwatywnego sędziego. Dlaczego Trump może nie zbudować muru?

Andrzej Kohut  13 marca 2019
przeczytanie zajmie 8 min

Półmetek prezydentury Trumpa minął w styczniu, a ciężarówki z cegłami wciąż nie zmierzają na granicę z Meksykiem. Stąd determinacja prezydenta, który zaczął dążyć do zrealizowania najważniejszej z wyborczych obietnic za wszelką cenę. Zaryzykował szantaż budżetowy, a kiedy ten nie pomógł, podbił stawkę wprowadzając stan wyjątkowy. Spotykają go za to oskarżenia o nadużycia władzy, a tamą w realizacji planów prezydenta może okazać się Sąd Najwyższy. Choć dzięki nominacjom Trumpa konserwatyści zyskali w nim przewagę, to decyzje ostatnich tygodni wskazują, że amerykańscy sędziowie przedkładają autorytet swojej władzy ponad krótkoterminowe sukcesy i lojalność wobec politycznego zaplecza.

Początek roku upłynął w amerykańskiej polityce pod znakiem dwóch ważnych wydarzeń. Po pierwsze, w efekcie przeprowadzonych jeszcze w ubiegłym roku wyborów, w Izbie Reprezentantów większość miejsc zajęli Demokraci. Po drugie, prezydent Trump uzależnił podpisanie ustawy budżetowej od wydzielenia w budżecie środków na budowę osławionego muru na granicy z Meksykiem, który obiecał w kampanii wyborczej. W efekcie 22 grudnia 2018 r. doszło do „zamknięcia rządu”. Prawie 400 tys. pracowników administracji rządowej poszło na przymusowy urlop, a mniej więcej drugie tyle zmuszonych było pracować bez wynagrodzenia. Zamknięto parki narodowe, muzea, a także większość urzędów. Taki stan zawieszenia potrwał 35 dni i był to najdłuższy „shutdown” w amerykańskiej historii.

„Inny sposób”, czyli stan wyjątkowy po amerykańsku

Prezydent Trump liczył, że Demokraci ustąpią pod społeczną presją i przyznają 5,7 miliarda dolarów na sfinansowanie budowy muru. Opozycja jednak nie była skłonna do ustępstw, a niezadowolenie wśród obywateli narastało. Sondaż Washington Post-ABC News pokazał, że 53% ankietowanych winą za zaistniałą sytuację obarcza prezydenta i Republikanów, a 34% winiło Demokratów. Konieczna stała się zmiana kursu.

25 stycznia Trump przystał na tymczasowe finansowanie rządu do dnia 15 lutego. Istniała powszechna obawa, że po tej dacie konflikt rozgorzeje na nowo. Jeszcze 14 lutego Demokraci zgodzili się na wydzielenie z budżetu około 1,4 mld USD na budowę płotu granicznego o długości 55 mil. To jednak było o wiele za mało, by usatysfakcjonować Trumpa. Prezydent co prawda podpisał ustawę budżetową, najprawdopodobniej chcąc uniknąć dalszego pogarszania się sondaży, ale jeszcze tego samego dnia wydał ważne oświadczenie.

„Zmierzymy się z kryzysem bezpieczeństwa na naszej południowej granicy i zrobimy to w taki czy inny sposób” – powiedział w przemówieniu. Tym „innym sposobem” okazało się wprowadzenie stanu wyjątkowego, który ma pozwolić pozyskać środki na finansowanie muru bez zgody Kongresu.

Trump wykorzystał w ten sposób bardzo ważną furtkę funkcjonującą w amerykańskim trójpodziale władzy. National Emergencies Act z 1976 r. umożliwia prezydentowi wejście w niektóre kompetencje Kongresu, ale tylko wtedy, gdy zagrożone jest bezpieczeństwo narodowe.

Na przykład: gdy Stanom Zjednoczonym grozi wojna, prezydent nie musi czekać na oficjalne wypowiedzenie wojny (którego dokonuje władza ustawodawcza), a może wysłać wojsko do akcji na podstawie własnej decyzji. Dzięki temu kraj może uniknąć paraliżu decyzyjnego w chwili zagrożenia. To, czy stan wyjątkowy jest konieczny, zależy wyłącznie od opinii prezydenta. Konstruujący tę ustawę zakładali, że znajdzie ona zastosowanie tylko w ekstremalnych sytuacjach i nie będzie używana bez potrzeby. Poprzednim prezydentem, który z niej skorzystał był George W. Bush po zamachach z 11 września.

Nadzieje opozycji: odrzucone weto albo sądowa batalia

Tymczasem w obecnej sytuacji trudno mówić o zagrożeniu, które pojawiło się nagle i wymaga błyskawicznej reakcji. Problem nielegalnej imigracji trwa od lat, a w ostatnim czasie nawet uległ osłabieniu, co chętnie podkreślają przeciwnicy prezydenta. Nawet sam Trump przyznał w swoim przemówieniu, że „nie musiałby tego robić [wprowadzać stanu wyjątkowego], ale tak będzie szybciej”. Trudno takie stanowisko pogodzić z celem istnienia National Emergencies Act.

Dlatego opozycja szuka sposobów, by zablokować decyzję głowy państwa. Pierwsza możliwość to kongresowa rezolucja kończąca ogłoszony przez prezydenta stan wyjątkowy. Taka rezolucja została już przegłosowana w Izbie Reprezentantów, gdzie większość mają Demokraci. Warto jednak zauważyć, że również 13 Republikanów głosowało za jej przyjęciem. Jeśli podobnie postąpi choć kilku republikańskich senatorów, to rezolucja może trafić na biurko w Gabinecie Owalnym. Należy się jednak spodziewać, że prezydent skorzysta z prawa weta. Wtedy wróciłaby ona do Kongresu, a każda z izb musiałaby przegłosować odrzucenie weta większością 2/3 głosów. To z kolei wydaje się mało prawdopodobne (w całej amerykańskiej historii mniej niż 10% wet zostało odrzuconych przez Kongres).

Drugą możliwością jest zablokowanie budowy muru na drodze sądowej. Pozew przeciwko prezydentowi złożyło 16 stanów, na czele z najludniejszymi Kalifornią i Nowym Jorkiem. Istnieje spora szansa, że liberalnie nastawiony sąd w San Francisco (który ma rozpatrywać sprawę) przychyli się do racji pozywających.

Wtedy Trumpa czekałaby długa batalia sądowa, która opóźniłaby budowę i mogłaby się skończyć przed Sądem Najwyższym. A ten z kolei mógłby rozstrzygnąć sprawę na niekorzyść prezydenta. Dlaczego?

Konserwatysta głosuje z liberałami, by uratować reputację Sądu Najwyższego

Na początku lutego Sąd Najwyższy miał zabrać głos w sprawie ustawy z Luizjany mającej bardzo znacząco ograniczyć dostęp do aborcji w tym stanie. Sprawa cieszyła się dużym zainteresowaniem, bo miała pokazać, czy zmiany personalne w Sądzie wpłyną na zmianę orzecznictwa w tej kwestii – przypomnijmy, że od 1973 r. sędziowie konsekwentnie opowiadają się za prawem do aborcji. Sąd zdecydował się jednak czasowo wstrzymać zmiany prawne w Luizjanie, a rozstrzygnięcie odłożył do następnej sesji, która zacznie się w październiku. Ta decyzja, która zapadła większością 5:4, została powszechnie uznana za podtrzymanie przez sąd dotychczasowej linii.

Nie było zaskoczeniem, że poparcie wyrazili sędziowie uznawani za liberałów. Jednak większość dał im konserwatywny przewodniczący Sądu Najwyższego, sędzia Roberts. Ta zaskakująca decyzja może wynikać ze świadomości sytuacji, w jakiej obecnie znalazł się najważniejszy sąd Ameryki. Roberts nie tyle sprzeniewierzył się swoim poglądom, co starał się zachować wiarygodność instytucji, której przewodzi w oczach milionów Amerykanów.

Wydaje się prawdopodobne, że gdyby konserwatywna większość dokonała zmiany w tak wrażliwym obszarze jak prawo do aborcji, Sąd Najwyższy stałby się obiektem zmasowanego ataku mediów i znacznej części opinii publicznej – sondaże od lat pokazują, że większość Amerykanów popiera prawo do aborcji. Szybko połączono by tę zmianę z faktem, że większość dały konserwatystom nominacje Trumpa. A stąd już krótka droga do podważania decyzji „trumpowskiego” składu sądu i delegitymizacji tego ciała w oczach części elektoratu. W tej sytuacji sędzia Roberts zachował się więc jak na prawdziwego konserwatystę przystało – postawił wyżej dobro samego sądu od doraźnego zwycięstwa.

W sytuacji głosowania nad stanem wyjątkowym Trumpa, stawką może być zatem nie tylko zachowanie właściwego miejsca National Emergencies Act w porządku prawnym, ale również utrzymanie społecznego poparcia dla Sądu Najwyższego ponad politycznym podziałem. Gdyby zaś Sąd Najwyższy podjął decyzję niekorzystną dla Trumpa, byłby to najprawdopodobniej koniec marzeń prezydenta o murze granicznym. Prezydent podjął więc decyzję obarczoną sporym ryzykiem wizerunkowej porażki.

Skąd wziął się spór o mur?

„Musimy wybudować mur i sprawić, żeby Meksyk za niego zapłacił” – to zdanie było jednym z najbardziej rozpoznawalnych sloganów Donalda Trumpa podczas kampanii prezydenckiej w 2016 roku. Odpowiadało na bardzo prostą diagnozę: w Ameryce jest źle, bo z południa napływają masy nielegalnych imigrantów oraz narkotyki. Wskazywało bardzo proste rozwiązanie: wysoki, piękny mur, który zapobiegnie następnym falom niechcianych przybyszów. Przekaz był wystarczająco prosty, by porwać tłumy na wiecach.

Dodatkowo pomysł dobrze wpisywał się w wizerunek, który Trump budował podczas kampanii: stanowczego lidera, konsekwentnego biznesmena i dewelopera, który niejedną budowę doprowadził do końca („Nikt nie buduje murów lepiej niż ja, uwierzcie”).

Mimo że eksperci wielokrotnie podnosili wątpliwości dotyczące budowy muru – ogromne koszty, nieskuteczność – koncept „chwycił” i stał się jednym z fundamentów wyborczej popularności Trumpa.

Jednak to, co było użytecznym hasłem zagrzewającym tłumy na przedwyborczych mityngach i programem wyborczym uproszczonym do postaci mema, teraz okazuje się realnym obciążeniem dla prezydenta. Trump nie może się zwyczajnie wycofać z obietnicy, o którą oparł swoją wiarygodność. Tak jak prezydent Obama musiał przeprowadzić reformę służby zdrowia, tak Trump musi wybudować swój mur. A to wciąż się nie udaje.

Klucz do reelekcji

Amerykański prezydent ma mało czasu, jeśli chce ubiegać się o drugą kadencję w Białym Domu. Poprzednicy Trumpa w większości starali się spełniać swoje najbardziej kontrowersyjne obietnice w ciągu pierwszych dwóch lat – świadomi, że w każdą reformę wpisane są napięcia społeczne, potencjalne niezadowolenie części elektoratu, oraz błędy i niepowodzenia. Druga połowa kadencji to już właściwie okres przedwyborczy, kiedy każdy fałszywy ruch może się negatywnie odbić na sondażach. Tymczasem półmetek prezydentury Trumpa minął w styczniu, a ciężarówki z cegłami wciąż nie zmierzają na granicę z Meksykiem.

Stąd ta determinacja prezydenta, który nagle zaczął dążyć do zrealizowania budowli za wszelką cenę. Zaryzykował szantaż budżetowy, a kiedy ten nie pomógł, podbija stawkę, ryzykując oskarżenia o nadużycie władzy. Jego determinację zwiększają jeszcze niepowodzenia na innych polach: porażka podczas szczytu w Hanoi czy rewelacje komisji Muellera.

To czas przełomowy dla jego prezydentury: sukces w bitwie o mur pomoże mu podtrzymać jego wiarygodność, przede wszystkim w jego wyborczej bazie. Niepowodzenie może oznaczać, że wyborczy mem, który przyniósł mu sukces w roku 2016, zatopi jego kampanię w roku 2020.