Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Mateusz Ambrożek  17 września 2018

Amerykanie w rozkroku. Jak powinna wyglądać strategia Waszyngtonu wobec Chin?

Mateusz Ambrożek  17 września 2018
przeczytanie zajmie 7 min
Amerykanie w rozkroku. Jak powinna wyglądać strategia Waszyngtonu wobec Chin? Shutterstock

Waszyngton i Pekin od kilku lat bawią się ze sobą w kotka i myszkę. W momencie, kiedy Barack Obama ogłaszał strategiczne przesunięcie amerykańskich zasobów dyplomatycznych i militarnych na Pacyfik w celu przeciwdziałania rosnącemu potencjałowi Chin, Xi Jinping zapowiadał powstanie Nowego Jedwabnego Szlaku i chińskie wejście do Europy, z której Stany Zjednoczone właśnie się wycofywały. Z perspektywy lat trzeba się zastanowić, czy ten geopolityczny gambit USA rzeczywiście był udanym posunięciem.

Dokonany przez Baracka Obamę piwot na Pacyfik określany jest powszechnie jako przełomowy moment w amerykańskiej strategii politycznej. Wynikał on z obserwacji zmian w układzie sił, która prowadziła do wniosku, że w Azji pojawił się gracz zdolny osiągnąć potencjał zbliżony do amerykańskiego, stopniowo rozszerzający swoje wpływy w Eurazji. Pierwotnie piwot dotyczył tylko amerykańskiej ofensywy dyplomatycznej na Pacyfiku, która wiązała się ze zmniejszeniem znaczenia Europy w amerykańskiej Strategii bezpieczeństwa narodowego. Od 2012 r. daje się jednak także zaobserwować przekierowanie części wojsk USA, przede wszystkim w rejon Australii i Japonii. Według danych Davida Scotta 60% amerykańskich sił morskich stacjonuje już w bazach na Oceanie Spokojnym.

Stawką tego strategicznego przekierowania dyplomatycznych wysiłków i militarnych zasobów była chęć kontroli posunięć chińskiego rządu. Pojawia się jednak pytanie, czy Amerykanie właściwie odczytali intencje Pekinu.

Na pierwszy rzut oka decyzja o piwocie na Pacyfik wydaje się w pełni racjonalna. Oddziaływanie USA na Chiny jest przecież najskuteczniejsze wtedy, gdy bezpośrednie działania amerykańskiego rządu nie są ograniczane przez inne kraje. Zawsze bowiem może dojść do sytuacji, w której pewne państwo dokona renversement des alliances, tak jak obecnie wydają się to czynić Niemcy. Drugą sprawą jest potencjał morski USA. Flota amerykańska wciąż jest morską siłą numer jeden, a rozbudowana sieć baz na Oceanie Spokojnym daje Amerykanom pełną swobodę demonstracji sił lub potencjalnego działania. Łatwiej realizować politykę samodzielnie, za pośrednictwem własnej floty, niż z wykorzystaniem państw trzecich, tworząc w tym celu mniej lub bardziej chybotliwe układy sił.

W tym miejscu trzeba jednak zadać fundamentalne pytanie: czy jednostronne skupienie się na kontroli i ewentualnym powstrzymywaniu działań chińskich w rejonie Pacyfiku nie przesłoniło Waszyngtonowi innych płaszczyzn wzrostu potencjału Pekinu? Czy wybór wymiaru militarnego kosztem gospodarki nie był błędem strategicznym? Mówiąc krótko: czy Amerykanie nie postawili blokady w złym miejscu?

Koniec amerykańskiej hegemonii

Niewielu analityków o tym wspomina, ale nie funkcjonujemy już w amerykańskim ładzie hegemonicznym, lecz w czymś na granicy porządku wielobiegunowego (który składałby się z Chin, Niemiec, Rosji, USA, a być może także Indii) i dwubiegunowości (ze Stanami Zjednoczonymi i Państwem Środka jako dwoma wiodącymi potęgami na skalę globalną).

Sam fakt, że USA nie są w już stanie narzucić pewnych rozwiązań, a nawet porozumiewają się z innymi państwami, niekoniecznie silnymi (vide szczyt w Singapurze i Helsinkach), świadczy o tym, że potęga dawnej Ameryki zniknęła.

Powyższa, być może nieco mocna teza, znajduje swoje uzasadnienie w kilku argumentach. Pierwszym z nich jest sposób funkcjonowania USA w stosunkach międzynarodowych. Do tej pory Amerykanie byli w stanie podejmować i realizować wszelkie inicjatywy polityczno-militarne. Międzynarodowe zaplecze instytucjonalno-organizacyjne służyło opracowaniu i legitymizacji poszczególnych posunięć, w przypadku zaś pojawienia się wyraźnego oporu Amerykanie – z racji braku możliwości konstrukcji porozumień blokujących ich działania – mogli zignorować powyższe sygnały lub zmienić formułę aktywności. W tym przypadku symptomatycznym przykładem jest choćby druga wojna w Zatoce Perskiej.

Drugim argumentem jest zmiana w procesie konstruowania decyzji wiążących. Wcześniej proces ten funkcjonował w warunkach stworzonych dzięki instytucjonalnej multipolarności, która polegała na poszukiwaniu szerokiego konsensusu przez USA wśród mniejszych państw, cedując także na nie odpowiedzialność za niektóre podjęte decyzje. Oznaczało to, że decyzje posiadały znamiona międzynarodowej, kolektywnej legitymizacji na poziomie instytucjonalnym (np. na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ). Współcześnie atrofia znaczenia instytucji międzynarodowych spowodowała tworzenie się grup decyzyjnych składających się z najsilniejszych państw, w których wiążące rozstrzygnięcia są podejmowane w sposób luźno sformalizowany lub nawet za pośrednictwem słownych deklaracji działania. Ten trend obserwujemy już od czasu porozumień w Mińsku.

Trzecią przesłanką jest ambiwalentne działanie Waszyngtonu, który z jednej strony wzywa do odbudowy międzynarodowego systemu instytucji, z drugiej zaś sam go podkopuje, wysyłając takie sygnały jak wystąpienie z Rady Praw Człowieka ONZ czy wojna celna z Unią Europejską. Wprowadza to dezorientację wśród dotychczasowych amerykańskich partnerów, którzy nie dostrzegają już w USA gwaranta międzynarodowej stabilności, lecz nieprzewidywalnego gracza, który sam nie wie, czego tak naprawdę chce.

Chińczycy wchodzą do gry

Symboliczną cezurą był z pewnością rok 2014. To wówczas Chiny stały się światowym liderem w rankingu państw z PKB mierzonym według parytetu siły nabywczej. W wymiarze instytucjonalnym międzynarodowa siła i pozycja Państwa Środka opiera się na takich organizacjach jak: Azjatycki Bank Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB; chińska odpowiedź na kontrolowany przez USA Bank Światowy; obecnie z Bankiem współpracuje 67 państw, w tym Polska), Regional Comprehensive Economic Partnership (RCIP; porozumienie funkcjonujące na zasadzie umowy o wolnym handlu między 16 państwami Azji i Oceanii, a także Indiami) czy odnowionej Szanghajskiej Organizacji Współpracy (SOW). Nie należy także zapominać o 49 państwach afrykańskich współpracujących z Pekinem, a także europejskiej inicjatywie 16+1, w której aktywną rolę odgrywa również Warszawa.

Z perspektywy Europy największe znaczenie wydaje się mieć jednak projekt Nowego Jedwabnego Szlaku. Spośród rozmaitych wersji tras dominują zwłaszcza cztery wersje lądowe (Kazachstan–Rosja–Białoruś; Azja Centralna – Iran – Turcja; Azja Centralna – Morze Kaspijskie – Turcja oraz Indie–Pakistan–Iran–Turcja) i jedna morska (wzdłuż wybrzeży: Indochin, Indii, Półwyspu Arabskiego, przez Morze Czerwone i Kanał Sueski do Włoch).

Z punktu widzenia budowania nowej, alternatywnej wobec dotychczasowego amerykańskiego porządku instytucjonalno-gospodarczego, infrastruktury geopolityczno-gospodarczej projekt ten może okazać się prawdziwym game-changerem.

Geopolityczne pudło Waszyngtonu?

W tych okolicznościach widać jasno, że stawką w geopolitycznej rozgrywce Waszyngtonu z Pekinem nie jest już powstrzymanie wzrostu potencjału Chin (ponieważ na to jest już za późno), lecz jak najskuteczniejsze blokowanie ich dalszych posunięć. Tylko gdzie i w jakich obszarach Amerykanie powinni to robić?

Decydując się na przesunięcie swoich sił na Pacyfik, Amerykanie sami zaprosili Chińczyków do Europy. Waszyngton porzucił dotychczasową perspektywę, wedle której każda geograficznie wydzielona strefa wpływów ma takie samo znaczenie dla USA na rzecz uznania wyższości Pacyfiku nad pozostałymi strefami wpływów.

Wydaje się, że w Białym Domu nie zauważono, że strategia chińska polega na stopniowym tworzeniu nowej międzynarodowej infrastruktury instytucjonalnej (przede wszystkim o charakterze gospodarczym), która w dłuższej perspektywie ma zastąpić infrastrukturę amerykańską. Tymczasem Amerykanie, zamiast odpowiedzieć na działania Chin, zdecydowali się na przesunięcie uwagi i zasobów w militarnie zdefiniowany rejon Pacyfiku.

Do tego za prezydentury Trumpa doszły jeszcze inne działania w podobnej logice, jak zawieszenie rozmów w sprawie Partnerstwa Transpacyficznego (TPP), a później decyzja o nakładaniu ceł. Amerykanie zamiast wejść w swoistą „licytację na atrakcyjność”, zniechęcają tylko do siebie swoich dotychczasowych sojuszników.

Przy całej tej „płynności” i zmienności amerykańskiej polityki za nowego prezydenta należy wskazać również działania, które można rozpatrywać jako próby poszukiwania w Europie balansu dla chińskich wpływów. Biały Dom próbował swego czasu porozumieć się z prezydentem Macronem na kanwie sporów o ostatnie porozumienie nuklearne z Iranem. Takie posunięcie dyplomatyczne mogło stanowić interesujące rozwinięcie antyniemieckiej retoryki Trumpa i ustanowić Francję ekspozyturą amerykańskich wpływów w Europie. Ostatecznie jednak nic z tej współpracy nie wyszło. Obecnie za to mamy do czynienia z próbą sterowania nastrojami na pomoście bałtycko-czarnomorskim w postaci propozycji zwiększenia kontyngentu wojsk amerykańskich w Polsce, zapowiedzi energetycznej rewolucji w regionie za pośrednictwem gazu LNG z USA czy aktywności amerykańskich doradców wojskowych na Ukrainie. Czy coś konkretnego z tego wyniknie, zobaczymy.

Co Pekin myśli o Pacyfiku?

Rejon Pacyfiku nie stanowi atrakcyjnej przestrzeni dla ekspansji gospodarczej Chin. Pekinowi wystarczy jedynie neutralizacja Australii, Filipin, Indochin, Japonii oraz Korei Południowej poprzez ich stopniową separację od Stanów Zjednoczonych. I to się faktycznie dzieje, choć w różnym stopniu.

Najlepiej widać to na Filipinach, gdzie prezydent Rodrigo Duterte regularnie używa antyamerykańskiej retoryki. W przypadku pozostałych państw Chińczycy nie są zachłanni. Wystarczy im brak jawnych deklaracji o współpracy z Ameryką, uzupełniony o częściowe porozumienia bilateralne Chin z tymi krajami (porozumienia gospodarcze podpisane z Australią w 2013 r. i Indiami w 2017 r.), oraz włączanie poszczególnych państw w inicjatywy chińskie wymienione wcześniej: SOW, RCEP czy AIIB. Pekin przychylnym okiem spogląda również na nowe projekty tworzone przez te państwa bez włączania w nie USA. Przykładem może być choćby MIKTA (nieformalne partnerstwo między Meksykiem, Indonezją, Koreą Południową, Turcją i Australią) czy TPP-11 (umowa handlowa między państwami dawnego TPP bez USA). Pekin zadowala się więc polityką równowagi sił w regionie. Nie musi od razu przejmować roli USA i wchodzić z najsilniejszymi państwami Pacyfiku w rozbudowane sojusze.

Piwot faktycznie był błędem?

Czy to wszystko oznacza, że pacyficzny piwot jest Ameryce całkowicie niepotrzebny? Oczywiście nie, i takie postawienie sprawy byłoby sporym nadużyciem. Tylko że jego przydatność zrealizuje się w pełni tylko przy jednym scenariuszu – faktycznej wojnie amerykańsko-chińskiej.

Problem polega jednak na tym, że wojna między Chinami a Ameryką (o ile do niej dojdzie) będzie jedynie efektem przemian politycznych (stopniowego wzrostu potęgi Państwa Środka), a nie elementem strategii którejkolwiek ze stron. Jeżeli już teraz Amerykanie nie decydują się na konflikt zbrojny, to oznacza to, że: a) obawiają się tego, że może on przynieść dla nich więcej strat aniżeli korzyści; i/lub b) uważają, że są w stanie politycznie zablokować Chińczyków.

W tych okolicznościach widać, że piwot powinien być wyłącznie strategią zapasową, wprowadzaną adekwatnie do stopnia umacniania się pozycji Chin. Dochodzi zatem teraz do paradoksalnej sytuacji. Jeżeli przyjmiemy, że potencjał Chin będzie proporcjonalnie przyrastał w relacji do spadku potęgi Ameryki, to właśnie w tym momencie Amerykanie powinni zacząć przysposabiać się do ewentualnego konfliktu militarnego. W końcu zdrowy rozsądek podpowiada atakować, kiedy sami jesteśmy jeszcze relatywnie mocni, a przeciwnik nie zdążył zbytnio urosnąć w siłę. Tymczasem prezydent Trump miotający się w kontekście polityki europejskiej ani nie wzmacnia amerykańskiego potencjału militarnego na Pacyfiku, ani na poważnie nie wchodzi w rywalizację gospodarczą z Chinami na płaszczyźnie międzynarodowej. USA stoją dziś trochę w rozkroku.

***

Nadal orientować się na Pacyfik, licząc, że w końcu nacisk militarny i perspektywa interwencji wojskowej zmusi Chińczyków do wyhamowania ekspansji międzynarodowej, czy wycofać się ze strategii piwotalnej, wrócić na poważnie do Europy i wejść w rywalizację gospodarczą z Pekinem w europejskiej strefie wpływów? Amerykanie stają dziś przed prawdopodobnie największym wyzwaniem geopolitycznym w erze ich jednostronnej globalnej dominacji po zakończeniu zimnej wojny.