Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Wojciech Jakóbik  3 grudnia 2018

COP24 to test wiarygodności Polski

Wojciech Jakóbik  3 grudnia 2018
przeczytanie zajmie 7 min
COP24 to test wiarygodności Polski www.flickr.com/photos/greenpeacepl/

Rozpoczynający się szczyt klimatyczny w Katowicach to okazja do zaprezentowania nowego oblicza polskiej energetyki. Ma temu służyć Polityka Energetyczna Polski 2040 zaprezentowana kilka dni temu. Jest to jednak projekt nowelizacji strategii, który trafił do konsultacji społecznych i powienien zostać przyjęty przez rząd w przyszłym roku. Szczyt będzie testem wiarygodności deklaracji polskiego rządu, ale niepewność strategii energetycznej może rodzić zarzuty o to, że Polacy podejmują fasadowe działania w celach wizerunkowych, a w rzeczywistości zabiegają o ochronę status quo w energetyce.

Po raz czwarty w historii Polska będzie gospodarzem szczytu klimatycznego. COP24 w Katowicach to dwudzieste czwarte posiedzenie stron Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (UNFCCC). Nakazuje ona redukcję emisji gazów cieplarnianych. Protokół z Kioto uzupełniający konwencję, który regulował w latach 2005-2012 limity emisji dla krajów-sygnatariuszy, wygasł z końcem 2012 roku. Dokument zakładał redukcję emisji w krajach uprzemysłowionych, ale nie został w pełni zrealizowany. Część sygnatariuszy protokołu w ogóle go nie ratyfikowała (USA), a Kanada w obawie o kary wycofała się z niego. Polska wypełniła zobowiązania z Kioto. Celem było obniżenie emisji o 6%, ale w skutek radykalnej transformacji polskiej gospodarki zmniejszyliśmy emisję o 33%.

UE przemówi w imieniu Polski

Skuteczniejszym następcą Kioto ma być porozumienie paryskie z 2015 roku. Zakłada ono, że uczestnicy COP24 przyjmą wiążące zobowiązania redukcji emisji o tyle, aby zahamować średni wzrost temperatury na świecie poniżej 2 stopni Celsjusza, a najlepiej do 1,5 stopnia. Ma się to stać przy wprowadzeniu krajowych planów działania na rzecz zmniejszenia emisji. Co pięć lat ma odbywać się rewizja celów redukcyjnych i prezentacja sprawozdań na temat postępów. Działania mają polegać na redukcji emisji, ale także na adaptacji i mitygowaniu zmian klimatu oraz wspieraniu krajów rozwijających się, które tracą więcej na zmianach klimatu z jednej strony i na dekarbonizacji z drugiej.

Podczas szczytów klimatycznych to Unia Europejska reprezentuje Polskę i inne kraje członkowskie. Gospodarz szczytu, którym w tym roku jest Polska, jest odpowiedzialny za budowę konsensusu wokół wspólnego celu, którym jest przyjęcie wspólnych, wiążących zobowiązań o redukcji emisji gazów cieplarnianych.

Z tego względu Warszawa będzie miała ograniczone pole do zabiegów o swe interesy w negocjacjach, ale poszerzone możliwości promocji własnych rozwiązań i spojrzenia na globalną politykę klimatyczną. Negocjatorzy Unii Europejskiej będą opowiadać się za ambitnymi rozwiązaniami na rzecz redukcji emisji.

Państwa członkowskie przyjęły pakiet energetyczno-klimatyczny ustalający limity emisji do 2020 roku, m.in. w sektorze energetyki. Zakładają one obniżkę emisji gazów cieplarnianych o 20 procent w stosunku do 1990 roku, wzrost udziału Odnawialnych Źródeł Energii do 20 procent na poziomie Unii Europejskiej z wyszczególnionymi celami krajowymi, a także wzrost efektywności energetycznej do 20 procent. Ich realizację ma wspierać system handlu emisjami EU ETS, który zmusza podmioty emitujące dwutlenek węgla, czyli główny antropogeniczny gaz cieplarniany, do opłacania emisji CO2 poprzez zakup pozwolenia z systemu. Nadwyżki redukcji mogą trafiać na rynek. Polska oraz inne kraje Kraje „nowej UE” na starcie dostały pulę darmowych uprawnień, których nadmiarem z powodzeniem handlują.

Energia będzie coraz droższa

Wyzwaniem dla EU ETS jest spowolnienie gospodarcze w Unii Europejskiej, które obniża cenę certyfikatów do poziomu, który nie motywuje emitentów do zmniejszania emisji. Z tego względu w 2019 roku wejdzie w życie mechanizm stabilności rynkowej, który będzie podnosił cenę certyfikatów, a przez to skłaniał do redukcji. Oznacza to, że walka z emisją będzie podwyższać koszty energii w Polsce, która w 80 procentach oparta jest na najbardziej emisyjnym źródle, czyli węglu.

Polityka klimatyczna odbije się przez to na krajowych cenach energii, o czym przekonaliśmy się już w 2018 roku. Cena energii elektrycznej w hurcie zbliża się do 300 zł za MWhm podczas gdy jeszcze w 2017 roku kosztowała około 150 zł. Oznacza to spadek konkurencyjności energii wytwarzanej w Polsce, który skłonił gigantów, takich jak ArcellorMittal Polska, do poszukiwania tańszych sprzedawców za granicą.

Rząd zamierza mitygować (to termin naukowy) oddziaływanie polityki klimatycznej na ceny energii poprzez wykorzystanie środków z handlu EU ETS na koncie Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w celu przyznania rekompensat wzrostu cen energii dla gospodarstw domowych. Chociaż to rozwiązanie jest zgodne z celem walki z ubóstwem energetycznym zapisanym w regulacjach klimatycznych, to może zostać zablokowane przez Komisję Europejską jako nieuprawniona pomoc publiczna.

W czasie szczytu klimatycznego w Katowicach polska energetyka będzie zatem rozdarta między obopólną zgodą, pod którą podpisała się Warszawa, że zmiany klimatu należy spowolnić poprzez redukcję emisji, a sporem o to, w jaki sposób i w jakim tempie będzie się ona musiała zmienić.

Z jednej strony krajowe spółki elektroenergetyczne pod kontrolą państwa ostrzegają, że zbyt radykalna polityka klimatyczna zabierze im środki na modernizację. Z drugiej domagają się, aby środki na tę politykę służyły utrzymaniu jej pozycji na krajowym rynku, poprzez sztuczne obniżanie cen energii z pomocą wspomnianych rekompensat. Oczekują także, że unijny Fundusz Modernizacyjny będzie mógł służyć do modernizacji energetyki węglowej, oprócz inwestycji w odchodzenie od niej.

Oprócz tego na rynku krajowym Polacy wprowadzają mechanizm subsydiowania tej energetyki poprzez rynek mocy, a zatem dopłatę za dostępność elektrowni wyszczególnioną na rachunku za energię elektryczną, który podniesie dodatkowo ceny energii. Taka polityka będzie budziła niechęć zwolenników najbardziej ambitnej polityki klimatycznej, a więc państw Unii Europejskiej z Europy Zachodniej, ale prawdopodobnie znajdzie posłuch wśród obrońców umiarkowanych rozwiązań z USA czy Chin.

Jednak fakt, że Polska jest gospodarzem COP24 może sprawić, że znajdzie się ona w kłopotliwej sytuacji, w której zostanie zmuszona do wyboru między interesami krajowymi, a celem szczytu, jakim jest ustalenie wiążących zobowiązań. Polscy urzędnicy nie będą chcieli zaprezentować się jako hamulcowy, ale na pewno nie będą przychylnie spoglądać na najbardziej radykalne rozwiązania, jak na przykład zielony podatek, czyli dopłata do rachunku za energię, która posłużyłaby do promocji OZE.

Fakt, że przyjęcie zobowiązań będzie wymagało konsensusu oznacza, że możliwy jest scenariusz, w którym przyjmowane są mało ambitne cele globalne po myśli polskich interesów. W innym wypadku może nie dojść do przełomu, na który będzie trzeba poczekać do następnego szczytu.

Strategia rozwoju energetyki nadal niepewna

W przeddzień szczytu w Katowicach Minister Energii przedstawił projekt Polityki Energetycznej Polski do 2040 roku (PEP 2040), która modyfikuje strategię energetyczną zawartą w poprzednim dokumencie (PEP 2030). Polska deklaruje w tym projekcie ścieżkę dekarbonizacji w sektorze energetycznym. Znowelizowana strategia zakłada, że średnia emisja CO2 z elektrowni w Polsce spadnie z 863 kg CO2/MWh do 394 kg w 2040 roku. Umożliwi to rozwój mniej emisyjnego ciepłownictwa, Odnawialnych Źródeł Energii (fotowoltaiki i farm wiatrowych na morzu), a także budowa elektrowni jądrowej, która miałaby zapewnić 1-1,5 GW mocy w 2033 roku. Zgodnie ze strategią Polska nie będzie wspierać rozwoju energetyki wiatrowej na lądzie. Według twórców strategii wiatraki są wysoce emisyjne ze względu na konieczność zabezpieczania takich mocy elektrowniami konwencjonalnymi, które zapewnią dostawy energii w razie pogorszenia warunków klimatycznych potrzebnych do wytwarzania jej przez panele bądź wiatraki.

Strategia zakłada ograniczenie do 2040 roku udziału węgla w mikście energetycznym z obecnych 80 do 60 procent. To deklaracja, która znów wzbudzi krytykę najbardziej ambitnych uczestników obrad w Katowicach i zrozumienie tych, którzy także posiadają dużo węgla pomimo deklaracji o woli zmniejszenia jego udziału, jak Chiny i Indie.

Mimo kontrowersji prezentacja PEP 2040 oznacza, że przed szczytem klimatycznym Polska przedstawiła swoją receptę na obniżanie emisji z energetyki. Problem tkwi jednak w szczegółach, bo wspomniany dokument nie jest ostateczny i został poddany dopiero konsultacjom publicznym.  Zostanie omówiony przez Radę Ministrów najwcześniej w styczniu 2019 roku. Propozycje Ministerstwa Energii nie są więc wiążące, i mogą zostać podważone decyzją rządu w przyszłym roku. Może on na przykład uznać, że nieopracowany dotąd model finansowania elektrowni jądrowej będzie niemożliwy do realizacji lub akceptacji, a energetyka jądrowa wypadnie z miksu energetycznego, czyli zestawienia źródeł energii prognozowanych w projekcie PEP 2040.

Zamieszanie wokół strategii rozwoju energetyki stawia w niekorzystnym świetle polską prezydencję, która deklaruje chęć dekarbonizacji i prowadzi, moim zdaniem, udaną kampanię wizerunkową przed szczytem. Brak wiarygodnego dokumentu może jednak wywołać oskarżenia o pozorowanie działań i skutecznie odwrócić uwagę od pożądanych działań wizerunkowych. Polskie spółki energetyczne chcą zaprezentować w Katowicach potencjał Polski w sektorze elektromobilności i ciepłownictwa, pionierskie rozwiązania z zakresu magazynów energii i nie tylko. Celem jest przekonanie uczestników szczytu o tym, że polska energetyka zmienia się i z dekarbonizacji wyjdzie silniejsza. Tymczasem niepewność strategii energetycznej może urodzić zarzuty o to, że Polacy podejmują fasadowe działania w celach wizerunkowych, a w rzeczywistości zabiegają o ochronę status quo w energetyce. Ten problem może rozwiązać jedna, konkretna deklaracja Premiera RP wyrażająca poparcie dla strategii.

Z punktu widzenia polskich interesów kluczowa będzie odpowiedź na pytanie o model rozwoju, który chce przyjąć Polska wobec nieodwołalności polityki klimatycznej. Jeżeli założyć, że jest ona przedsięwzięciem globalnym, które będzie raczej przyspieszać, niż zwalniać tempo, w konsekwencji należy uznać, że będzie się wiązać z koniecznością dalszej dekarbonizacji energetyki.

Recepta Ministerstwa Energii może ulec rewizji tuż po szczycie. Rząd musi więc wybierać między tanią energią warunkującą rozwój gospodarczy tu i teraz, a stabilnymi źródłami energii, które dadzą jej bezpieczeństwo w przyszłości. Gdyby chodziło tylko o tanią energię, rozwiązaniem byłby szybki wzrost importu zza granicy. Wtedy jednak należałoby zamknąć krajowe moce wytwórcze, odsyłając kluczowe elektrownie do tzw. zimnej rezerwy pozwalającej wykorzystać je w razie kryzysu dostaw. PEP 2040 stawia akcent na krajowe moce wytwórcze. Polacy muszą przekonać uczestników COP24, że ich strategia energetyczna obroni się w rządzie i zapewni tak miejsca pracy w spółkach energetycznych należących do państwa, jak i niższą cenę energii w perspektywie możliwej do przewidzenia. To kwestia wiarygodności Polski na szczycie COP24 w Katowicach.