Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
dr Michał Kuź  19 listopada 2018

Głos liberała na polskiej puszczy

dr Michał Kuź  19 listopada 2018
przeczytanie zajmie 8 min
Głos liberała na polskiej puszczy Depositphotos

Książka Tomasza Sawczuka Nowy liberalizm. Jak zrozumieć i wykorzystać kryzys III RP to największe intelektualne osiągnięcie szeroko rozumianego obozu liberalnego od czasu dojścia Prawa i Sprawiedliwości do władzy. Jest świeża, intelektualnie dojrzała, łatwa w odbiorze i jednocześnie erudycyjna. Jasno identyfikuje problemy współczesnego polskiego liberalizmu i krytykuje jego obecny anachronizm, a momentami wręcz reakcyjność. Odrzuca zachodnią mantrę „postprawdy” i polską doktrynę „antypisizmu” jako substytuty programów politycznych. Wreszcie proponuje własny konstruktywny program, choć nadana mu przez autora nazwa może się wydawać nieco niefortunna. Równocześnie jednak jest wiele kwestii w których można, a nawet trzeba, z Sawczukiem polemizować.

Czego polscy liberałowie nie zrozumieli

Problem współczesnego polskiego liberalizmu polega zdaniem Sawczuka na niedostrzeżeniu czterech zmian we współczesnej polskiej polityce, które, jak jasno przyznaje sam autor, świetnie dostrzegł PiS i umiał to wykorzystać. Jest to po pierwsze „przejście od języka sensu (odzyskania niepodległości i ustanowienia liberalnej demokracji) do języka systemu (analizy jawnych i niejawnych relacji władzy konstytuujących naszą wiedzę o rzeczywistości społecznej)”. A więc od entuzjazmu z powodu przemian 1989 r. do trzeźwej oceny niesprawiedliwości, które często przemiany systemowe utrwaliły oraz postulatu wzmocnienia roli państwa. Po drugie, przejście na powrót do ostrej, polemicznej polityki po przedłużającej się postpolitycznej i legalistycznej drzemce. Po trzecie, przejście od neoliberalnego doktrynalizmu w ekonomii do pragmatyzmu poszukującego nowych rozwiązań dla problemów współczesnej gospodarki i czerpiącego w tym celu z rozmaitych nurtów ekonomicznych. Po czwarte, przejście od postkomunizmu do liberalnej demokracji (ze znakiem zapytania), które w Polsce objawiło się wyraźnym wyczerpaniem postkomunistycznego dyskursu doganiania Zachodu i związanych z tym kompleksów.

Trudno się nie zgodzić. Dodać można, że częściowo analogiczne zmiany i przejścia dostrzegamy nie tylko w polityce polskiej, ale w polityce krajów rozwiniętych w ogóle. Z tym, że z jakichś powodów w Polsce liberałowie mają problem z wyjściem poza prymitywną antypopulistyczną reakcję. Widać tu znacznie mniej ożywczego fermentu niż chociażby u amerykańskich Demokratów, którzy po Trumpie zaczęli uważniej słuchać głosów intelektualistów takich jak Mark Lilla i polityków takich jak Alexandria Ocasio-Cortez.

Sędzia czy napastnik?

Wizja pozytywna Sawczuka stanowi kontynuację i zarazem rozwinięcie elementów polityki „ciepłej wody” czasów Donalda Tuska. Aparat pojęciowy Sawczuka nawiązuje tu wyraźnie do koncepcji life politics Anthony’ego Giddensa. Chodzi w niej, w skrócie, o stworzenie ram systemowych, w ramach których zwiększałaby się sfera wolności obywateli rozumianej jako możliwość realizacji ważnych dla nich wartości, przy równoczesnym zapewnieniu obywatelom wysokiego poziomu dostatku materialnego.

Wizję tę należy traktować jak najbardziej poważnie, zwłaszcza zważywszy, że minimalistyczna polityka Tuska zyskiwała znacznie większe poparcie społeczne niż reakcjonistyczny anty-PiS dzisiejszej Platformy. Pewne moje zastrzeżenia wzbudza jednak samo określenie użyte przez Sawczuka, czyli „polityka przyjemności”. Przewiduję bowiem, że, przy oczywistej prowokacyjności, takie sformułowanie będzie prowadziło do bardzo licznych nieporozumień. Słowo „przyjemność” w języku polskim nie ma po prostu znaczenia, które chce mu nadać Sawczuk, kojarzy się raczej z prostą reakcją zmysłową na określony bodziec niż pomysłem na życie.

Polemiki z tak poważnym autorem jak Sawczuk nie warto jednak opierać na samym czepialstwie. Lepiej niż dokonywać analizy lingwistycznej słowa „przyjemność” jest wskazać na pewne niejasności dotyczące pojęć bardziej złożonych i zupełnie fundamentalnych zarazem. Zacznijmy od samej koncepcji liberalnej demokracji.

Do pewnego stopnia rozumiem krytykę tego pojęcia i postulowane zastąpienie go określeniem „demokracja” po prostu, ewentualnie „współczesna demokracja”. Mam jednak obiekcje dokładnie odwrotnie umotywowane niż Jan-Werner Müller, którego cytuje Sawczuk. Niemiecki politolog uważa bowiem, że dopuszczanie możliwości nieliberalnych demokracji przydaje zbyt dużo prestiżu opresyjnym reżimom.

Ja natomiast sądzę, że mówienie tylko o „liberalnej demokracji” jako o demokracji właściwej (tak jak to czyni Sawczuk) przydaje zbyt wiele symbolicznej władzy jednej opcji politycznej. Trochę jak w terminie „demokracja ludowa”, czy tym podobnych. Współcześnie pojawia się bowiem tendencja by sądzić, że w prawdziwej demokracji gospodarzami są tylko liberałowie, zaś konserwatyści czy socjaliści to zaledwie goście.

Wynika to z dwojakiego i nastręczającego często pojęciowych problemów pojmowania słowa „liberalizm” we współczesnym dyskursie politycznym. Z jednej strony mówi się bowiem o liberalizmie w sensie pewnych ogólnych ram aksjologicznych współczesnej polityki, pewnych reguł gry. Z drugiej strony istnieją też politycy mówiący o liberalizmie jako o konkretnej ideologii politycznej, którą oni wyznają i propagują.

Oczywiście politycy i aktywiści liberalni mają w efekcie bardzo silną pokusę, by płynnie przechodzić od jednego pojmowania liberalizmu do drugiego i usiłować delegitymizować systemowo to, co im się nie podoba u oponentów. Sawczuk też tej pokusie do pewnego stopnia ulega. Kiedy, na przykład, pisze o nieliberalnych opcjach politycznych, stwierdza co następuje: „W pewnych okolicznościach ich zwolennicy funkcjonują jak sygnaliści – w nieprzyjemny sposób ukazują realne problemy, choć nie oferują zadowalających rozwiązań”. Z założenia bowiem rozwiązania mogą bowiem pochodzić tylko od gospodarzy całego gmachu, a więc od liberałów. W efekcie nie-liberałowie mają ciągle wrażenie, że napastnik przeciwnej drużyny jest równocześnie sędzią, i to nawet jeśli akurat to oni wygrywają mecz.

Sawczuk może zbyć krytykę pochodzącą od konserwatystów i tzw. populistów stwierdzeniem, że obecnie w Polsce narzekania na to, że liberałowie ich delegitymizują są nieuzasadnione, bo przecież sami dysponują polityczną władzą. Tak właśnie odpowiada konserwatyście Piotrowi Zarembie w polemice dołączonej do głównego wywodu. Po pierwsze jednak, aksjologia ma znaczenia, bo jeśli adwersarz, nawet słabszy, podważa równouprawnienie stron sporu, to bardzo źle to wróży całej debacie. Po drugie, co zrobić z faktem, że w swojej recenzji książki Sawczuka Michał Sutowski z „Krytyki Politycznej” powtarza niejako argument konserwatystów, tyle, że w imieniu lewicy? Oskarżenie Sutowskiego o mieszanie przez Sawczuka dwóch znaczeń określenia „liberalny” jest bowiem oskarżeniem o delegitymizację oponentów właśnie.

Problemy z liberalnym instytucjonalizmem

Oczywiście Sawczuk stara się jak może unikać najprymitywniejszej, aksjologicznej delegitymizacji („oni” nie mają prawa rządzić, bo są „plebsem”, jak to ujął swojego czasu prof. Wojciech Sadurski). Piętnuje ją też u innych przedstawicieli swojego obozu, jak choćby Tomasza Lisa. Bez żalu żegna się także z ekonomizmem rozumianym jako neoliberalne doktrynerstwo spod znaku Leszka Balcerowicza. To, co jednak pozostaje dla niego czerwoną linią, której nie można przekroczyć, to liberalny instytucjonalizm. Jak wielu liberałów, a już zwłaszcza liberałów – filozofów, uważa, że instytucje są faktycznie emanacją wartości, które przyświecały ich twórcom. Sąd to bowiem sprawiedliwość, administracja to władza, a Rzecznik Praw Obywatelskich to same prawa itp.

Reductio ad Hitlerum, tak często stosowane wobec polityków takich jak Jarosław Kaczyński, jest w tym sensie odwróconym instytucjonalizmem. Kto atakuje instytucje, ten atakuje same wartości, jest więc potworem i koniec dyskusji. Sawczuk przed takim redukcjonizmem przestrzega, ale ostatecznie też momentami mu ulega.

To znaczy radzi kolegom liberałom, by ze względów praktyczno-politycznych uważać z drastycznymi porównaniami. Równocześnie recenzując działania PiS, a zwłaszcza jego koncepcję narodu, sam idzie w tym kierunku, tyle, że bez stawiania kropki nad „i”.

Sugerowanie, że krytycy liberalizmu chcą stosować liberalne instytucje tylko jako ornament skrywający żądzę władzy jest wybitnie zwodnicze. Po pierwsze, nie jest to prawdą nawet w przypadku reżimów wyraźnie autorytarnych, bo współczesnym państwem nie da się po prostu rządzić despotycznie. Po drugie, i co jak sądzę istotniejsze, współczesna politologia i polityczna praktyka już dawno odeszła od tradycyjnego instytucjonalizmu na rzecz perspektywy bardziej zniuansowanej.

Działanie instytucji zależy bowiem od kontekstu społecznego i, jak dowodzą chociażby Steve Levitsky i Lucan A. Way, kontekstu międzynarodowego. Innymi słowy, jeśli ci, którzy są u władzy otrzymują określone bodźce, to podejmą określone działania, nawet jeśli działaniom tym nie będą sprzyjać instytucje lub też ich brak. Przyjrzyjmy się polskiemu przykładowi. Sawczuk jest przekonany, że większa centralizacja władzy dokonana przez partię Jarosława Kaczyńskiego musi doprowadzić do większej korupcji. Natomiast większa kontrola polityczna nad wymiarem sprawiedliwości musi zamienić go w narzędzie represji. To, że empirycznie te tezy nie są na razie dowodliwe, Sawczuk, jak wielu polskich liberałów, zbywa zaś stwierdzeniem, że to tylko kwestia czasu.

Każda władza może się zdegenerować. Chciałbym jednak postawić polemiczną tezę, że w Polsce tak być nie musi ze względu na nietypowy, nieinstytucjonalny zestaw czynników, z którymi rząd Prawa i Sprawiedliwości ma do czynienia. Po pierwsze więc, PiS ma opozycję, która go aksjologicznie delegitymizuje i mówi wprost, że po dojściu do władzy będzie polityków Prawa i Sprawiedliwości umieszczać w więzieniu. Po drugie, w kontekście międzynarodowym, w jakim się znajduje Polska, PiS nie może sobie pozwolić na represyjność wobec opozycji, nawet gdyby chciał. Po trzecie, ten sam kontekst międzynarodowy (UE, TSUE, sąsiedzkie stosunki z Niemcami itp.) wyraźnie sprzyja planom opozycji. Gdyby bowiem PO i Nowoczesna wygrały wybory i zupełnie nieliberalnie zaczęły naprawiać Polskę, szermując wyrokami, specustawami i trybunałami stanu, to wątpliwe, aby za tłamszonym PiS-em wstawił się komisarz Frans Timmermans, kanclerz Merkel, czy też Europejski Trybunał Sprawiedliwości. W efekcie rząd PiS nie ma po prostu innego wyjścia niż rządzić efektywnie i dbać tym samym o rzeczywiste, a nie sfabrykowane, poparcie społeczne. Nawet osłabiając niezależność niektórych instytucji musi zaś te działania uzasadniać realnymi reformami poddawanymi pod faktyczną ocenę wyborców.

Nie jest prawdą, że, jak pisze Sawczuk, „PiS właściwie nie szuka akceptacji dla swoich działań”. Wprost przeciwnie. O swoistym mieczu Damoklesa wiszącym nad obecnym rządem polskim pisze zresztą w sposób zawoalowany również sam Sawczuk. Stwierdza bowiem: „Polityczna dynamika pisowskiego modelu władzy gwarantuje, że po przeprowadzeniu rewolucji nie nastąpi powrót do trwałych standardów liberalnej demokracji i rządów prawa, nie nastąpi też ustanowienie standardów lepszych niż te, które obowiązywały wcześniej”. Taka deklaracja to z jednej strony ocena rządów PiS, ale z drugiej też wybiegające w przyszłość usprawiedliwienie popisowskiej ekipy, która sięgnie przecież po nieliberalne narzędzia, by przywrócić status quo. Tak przynajmniej to odczytuję. A gdyby ktoś miał wątpliwości, to gdzie indziej Sawczuk z rozbrajającą szczerością stwierdza, że „liberalizm musi zapewnić sobie prymat i dopiero potem może pozwolić sobie na krzewienie tolerancji”.

Tusk i globalizm

Na koniec warto trochę uwagi poświęcić odwiecznemu pytaniu, co jest ważniejsze: instytucje czy kadry? Mówiąc o poglądach kadr Sawczuk twierdzi, że postrzeganie głównego podziału we współczesnej polityce jako przebiegającego na linii globaliści versus lokaliści jest mało produktywne, bo poza bardzo ogólnym opisem niewiele mówi o tym, jakie normy powinny kierować działaniami polityków. Jestem odmiennego zdania. Z istnienia tego podziału można bowiem wyciągnąć wniosek, że efektywne działanie polityczne będzie się zasadzać na mniej lub bardziej owocnych próbach jego przezwyciężania. Warto przy tym też podkreślić, że opcji mamy tak naprawdę cztery. Jest bowiem lokalizm konserwatywny (narodowo-religijny), ale jest też lokalizm progresywny (ruchy miejskie i lewicowi komunitaryści). Podobnie globalizm ma odmiany konserwatywne (tzw. neokonserwatyzm lub neoliberalna chadecja) oraz progresywną (liberalna lewica porzucająca hasła równości na rzecz kampowego kulturalizmu). O tymże czwórpodziale traktuje chociażby niedawny artykuł znanej amerykańskiej filozofki i feministki Nancy Fraser („American Affairs” zima 2017 – From Progressive Neoliberalism to Trump—and Beyond), o swoich własnych wynurzeniach w tym temacie zaś przez skromność nie wspomnę.

W efekcie pojawiają się możliwości nowych koalicji i nowych większości w rozmaitych politycznych kontekstach. W społeczeństwie takim jak polskie liberalizm musi, na przykład, przede wszystkim stać się bardziej narodowo zakorzeniony, bo większość społeczeństwa, jak to w kraju peryferyjnym czy też półperyferyjnym, ma nastawienie lokalistyczne, nie ufa wielkim globalnym centrom.

Tu od bardzo abstrakcyjnych teorii przejść można do politycznych konkretów, a nawet do konkretnego człowieka: Donalda Tuska. Zgadzam się z Sawczukiem i Robertem Krasowskim, że umiejętności Tuska trzeba docenić. To jeden z najzdolniejszych polityków swojego pokolenia. Dla obozu liberalnego i jego sprawy był zaś bez mała mężem opatrznościowym. Jak nikt inny czuł po prosu jak należy rozmawiać ze zwykłymi Polakami bez „uniowolnościowego” elitaryzmu, bez pogardzania „polskim chamem”. Słowem, wiedział doskonale, jak opakować liberalizm, by go Polakom sprzedać. Mniejsza już o to, czy czynił to w wierze dobrej, czy też złej.

Tu nasuwa się jednak dość proste, ale wcale nie banalne pytanie. Jak to się stało, że polityk tak zdolny i tak polskim liberałom potrzebny w kluczowym momencie ich opuścił, a zajął znacznie mniej samodzielne i decyzyjne stanowisko? Za to w organizacji podobno bardziej prestiżowej niż polska Rada Ministrów. Dodajmy do tego, że podróż odwrotna, czyli powrót z Brukseli do polityki krajowej, będzie bardzo trudna i dotąd nie udała się jeszcze żadnemu europejskiemu politykowi. To wcale nie argument ad personam. Jeśli bowiem nawet liberał tak dobrze czujący się w polskiej polityce nie wahał się porzucić jej dla ponadnarodowej instytucji, to czegóż się spodziewać po innych? Czy naprawdę może dziwić, że nie mają do powiedzenia nic poza hasłami typu „ulica i zagranica”? Globalizm to nie tylko słowo, to pewien stan ducha i określenie punktu zaczepienia dla ambicji, marzeń i aspiracji konkretnych polityków. Ci, którzy, chcą się realizować ponad państwem narodowym, muszą stać się w końcu globalistami.

Efektem nagłego odejścia takiego polityka jak Tusk dla polskich liberałów musi zaś być uwiąd na szczeblu narodowym. Przecież jeśli potraktować tezy Sawczuka poważnie, to trzeba przyznać, że w polskim obozie liberalnym zamiast progresu następuje regres. Młodzi liberałowie, jak Trzaskowski, Pomaska, Szczerba i Nitras, są dziś politycznie nie tylko gorsi od Tuska. Nie osiągają przecież nawet poziomu Schetyny czy też, o zgrozo, Bronisława Komorowskiego, który masowego wyborcę przyciągał skutecznie swoją ludową jowialnością. W dużych miastach postawa przemądrzałego, progresywnego prymusa może jeszcze wystarczyć (vide Trzaskowski w Warszawie) ale by wygrać w całym kraju to stanowczo za mało. W tej sytuacji głos wzywający do budowania nowego liberalizmu musi pozostać głosem wołającego na puszczy.

Wspomniana zaś Nancy Fraser, podobnie jak jej polski „odpowiednik”, czyli Rafał Woś, proponuje jednak alternatywę dla odbudowy obozu liberalnego. Mówiąc o sojuszu dwóch lokalizmów – progresywnego i konserwatywnego,  a więc, w skrócie, o mariażu socjalnej lewicy z nieco oswojonym prawicowym populizmem. Kto wie, czy wobec postępującego procesu ideologicznego rozkładu liberałów nie jest to jedyna droga do politycznej stabilności? To już jednak materiał na zupełnie inne rozważania.

Materiał został dofinansowany ze środków programu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Promocja literatury i czytelnictwa” na realizację projektu „Osiem słów”.