Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Mateusz Wojda  23 lutego 2018

Prowincja łaknie sprawiedliwości. O filmie „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”

Mateusz Wojda  23 lutego 2018
przeczytanie zajmie 5 min
Prowincja łaknie sprawiedliwości. O filmie „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” materiały promocyjne

Ta historia to wołanie o sprawiedliwość rodem z westernów. Główna bohaterka niczym samotny rewolwerowiec w poszukiwaniu prawdy staje przeciwko całemu światu. Mimo kłód rzucanych pod nogi wierzy, że dojdzie do prawdy o śmierci swojej córki. W Trzech billboardach za Ebbing, Missouri widzimy genialną syntezę nowego ze starym: estetyki brudu i realizmu z wiarą w możliwość dojścia do prawdy i aktualność prostych, podstawowych wartości. To film, który wyciąga widza z wielkomiejskiej symulakry i pokazuje inny świat. Pod warstwą grubiańskich żartów o gejach i Murzynach kryje się rzeczywistość nieznana dla Hollywoodu.

Te billboardy istniały naprawdę. W każdym razie tak twierdzi Martin McDonagh, reżyser i scenarzysta Trzy billboardy za Ebbing, Missouri. Napotkał je przypadkiem, w trakcie podróży autobusem przez Alabamę. Twórca nie miał zielonego pojęcia, kto je postawił i dlaczego. Wystarczyło to jednak, by twórca zaczął zastanawiać się, kto był aż tak zdesperowany, by takim krzykiem bezradności dzielić się z przypadkowymi osobami przejeżdżającymi przez Południe Ameryki. Dla McDonagha najbardziej oczywistą i zmuszającą do tak drastycznego czynu sytuacją była utrata dziecka przez matkę. Rozważania te stały się podstawą filmu Trzy billboardy za Ebbing, Missouri, który podbił serca krytyków i zapewne będzie jednym z wielkich wygranych nadchodzącej gali rozdania nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej.

Spirala przemocy w groteskowym sosie

Minęło siedem miesięcy od kiedy córka Mildred Hayes (Frances McDormand) została zgwałcona i brutalnie zamordowana przez nieznanych sprawców. Śledztwo prowadzone przez miejscową policję stoi w miejscu, co doprowadza zrozpaczoną matkę do szału. Postanawia wstrząsnąć policją i zmusić jej szefa, Billa Willhoughby’ego (Woody Harrelson) do większego zaangażowania. Wykupuje miejsce reklamowe na trzech przydrożnych billboardach, na których pyta dlaczego śledztwo tak bardzo się dłuży i po nazwisku zwracając się do szeryfa, próbuje ugodzić jego męska dumę..

Mieszkańcy miasteczka pomimo zrozumienia dla rozpaczy ogarniającej Mildred, stają jednak po stronie chorego na raka policjanta. Prowokacja Mildred pociąga za sobą niespodziewane i nieobliczalne konsekwencje, uderzając w przypadkowe ofiary. Nakręca się spirala przemocy.   

Fabuła pozornie wydaje się materiałem na poważny thriller psychologiczny lub film sensacyjny. Niech nie zdziwi nikogo, że w kinowej sali regularnie wybuchać będą salwy śmiechu. Co kilka minut widownia jest bombardowana żartami, ciętymi ripostami czy humorem sytuacyjnym rodem z lżejszych filmów braci Coen. Kto zna twórczość McDonagha – choćby jego debiut filmowy Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj czy nagrodzony Oscarem krótki metraż Sześciostrzałowiec – mógł spodziewać się zalewu czarnego humoru i zgryźliwości. I rzeczywiście, pomimo tak poważnego tematu McDonagh nie przytłacza ciężką jak ołów atmosferą. Pozwala sobie na ironię, szyderstwo i niepoprawne politycznie żarty. Groteska i absurd pod kryminalnym płaszczykiem – w ręku sprawnego rzemieślnika ta mieszkanka zawsze się sprawdza.

Aktorski róg obfitości

Napisać, że aktorska orkiestra pod batutą Irlandczyka gra perfekcyjnie, to nic nie napisać. Ponoć scenariusz był pisany pod konkretnych aktorów, zatem zmysł obsadowy nie zawiódł reżysera. Kreacje Frances McDormand, Woody’ego Harrelsona i Sama Rockwella są ze wszech miar wybitne. Każdy z nich gra człowieka z krwi i kości – pełnego wad, ale mimo to budzącego jakąś sympatię widza. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście McDormand, znakomicie grająca małomiasteczkową jędzę szukającą sprawiedliwości. Pomimo jej burkliwości, zadziornego charakteru, agresji i nieprzejednania (a może właśnie dlatego?), kibicujemy jej i liczymy na to, że osiągnie oczyszczenie.

Niejako w kontrze do niej stoi Harrelson jako zmagający się z rakiem szeryf Bill. Niejako, bo przecież chce pomóc Mildred, lecz nie umie. Śledztwo utkwiło w ślepym zaułku.

Zaletą starcia bohaterów jest ich niejednoznaczność. Mildred nie jest aniołem, daleko jej do archetypu „jedynej sprawiedliwej w przesiąkniętym złem mieście”. Bill nie jest wcale skorumpowanym stróżem prawa, tylko zwykłym, ale solidnym policjantem bezradnym wobec braku postępów w poszukiwaniu winnych.

Ich spotkania i pojedynki są czystą poezją.

Show kradnie Rockwell jako Jason Dixon, maminsynkowaty policjant i rasista o niezbyt szerokich horyzontach intelektualnych, którego ewolucję śledzimy. Kiedy jeszcze dołoży się np. drugoplanowe role Johna Hawkesa, Lucasa Hedgesa czy przezabawny epizodyczny występ znanego z Gry o tron Petera Dinklage’a, dostajemy prawdziwy aktorski róg obfitości.  

Western bez tryumfu sprawiedliwości

McDonagh znakomicie żongluje filmowymi konwencjami. Widać elementy kryminału, czarnej komedii, thrillera, dramatu obyczajowego, a nawet, dzięki położeniu geograficznemu, westernu. I chyba właśnie jako współczesne oblicze westernu należy interpretować film Irlandczyka.

Westerny kojarzymy z szablonowymi bohaterami, odmawiającym reżyserom strzelania w plecy Johnem Wayne’em, saloonami, skwarem, spiekotą, Indianami, przeganianymi bawołami… Przede wszystkim jednak z triumfem sprawiedliwości. Szeryf zawsze zabija bandytę. John Wayne zawsze pokonuje zło i zaprowadza porządek. Sprawiedliwość zawsze zostaje wymierzona.

Klasyczny western w warstwie przekazu to nierzadko przesadna wiara w triumf dobra nad złem, prawdy nad fałszem oraz sprawiedliwości nad niesprawiedliwością. Teraz taka forma jest uważana za anachronizm. Od lat 70. w USA preferowane jest rewizjonistyczne podejście do westernu: z brudem, zgnilizną i brakiem ostrych granic między dobrem i złem.

Nie widzę przypadku w tym, że westerny zostają ostatecznie pogrzebane akurat w latach 70., czyli latach serii dotkliwych uderzeń w amerykańską ideologią, czasach klęski w Wietnamie czy afery Watergate. Od tamtej pory Amerykanie przestają wierzyć w siebie, w swoje ideały i wizję świata, w której podział na dobro i zło jest banalnie prosty (a Amerykanie oczywiście są wcieleniem dobra).

Wahadło odbiło od nadmiernego optymizmu do nadmiernego pesymizmu, co rezonuje zresztą w kinematografii tamtej dekady. Sieć Sidneya Lumeta, Wszyscy ludzie prezydenta Alana J. Pakuli czy Czas apokalipsy Francisa Forda Coppoli nie powstałyby w latach 60., ponieważ Ameryka jeszcze była pewna siebie. Dekadę później stały się symbolem swoich czasów.

Film McDonagha jest właśnie wołaniem o taką sprawiedliwość rodem z westernów. Mildred niczym samotny rewolwerowiec rzuca wyzwanie światu w poszukiwaniu prawdy. Jest idealnym przykładem wściekłej Amerykanki, która nieufna wobec władzy kopniakiem chcę ją zmusić do prawdziwej roboty. Mimo kłód rzucanych pod nogi wierzy, że dojdzie do prawdy. McDonagh dokonuje genialnej syntezy nowego ze starym: estetyki brudu i realizmu z wiarą w możliwość wyegzekwowania sprawiedliwości i aktualność prostych, podstawowych wartości. Jednakże szlachetnemu rewolwerowcowi grozi też nieuchronne wykolejenie się…

Film, który przetrwa próbę czasu

Reżyser z Irlandii świetnie sportretował współczesną Amerykę, co może wydawać się paradoksem. Amerykę brudną, obskurną, o rasistowskim obliczu, ale przede wszystkim tę nie wierzącą w dojście do prawdy przez zobligowane do tego instytucje. Amerykę zmuszoną do szukania sprawiedliwości na własną rękę.

Amerykańskie kino od dawna ma problem z realistycznym spojrzeniem na siebie. Z reguły jest zdeformowane przez problemy mieszkańców wielkich miast i ich politpoprawne dywagacje na temat mniejszości etnicznych i seksualnych.

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri to film, który wyciąga widza z wielkomiejskiej symulakry i pokazuje inny świat. Świat, którego zadufani w sobie i swoich wydumanych, acz przeraźliwie banalnych problemach mieszczanie nie dostrzegają. Pod warstwą grubiańskich żartów o gejach i Murzynach kryje się rzeczywistość nieznana dla Hollywoodu.

Może i ta twarz nie jest przyjemna, bo wykrzywiona w spazmie brutalnej prostoty, ale ta prostota jest o wiele bardziej autentyczna niż wygładzone i uśmiechnięte twarze mieszkańców Nowego Jorku czy Los Angeles.  

McDonagh zbliżył się do filmowego arcydzieła. Nie widać tego w światowym box office, o wiele lepiej widać to w nagrodach (ale kto się nimi przejmuje…), a najwyraźniej pokazują opinie nałogowych kinomanów. Najlepszym arbitrem dobrego kina jest czas. Mam dziwne przeczucie, że będzie dla Trzech billboardów bardzo łaskawy.