Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
dr Mateusz Tondera  30 sierpnia 2017

Trochę tak, a jednak wcale nie. Pozorny feminizm „Gry o Tron”

dr Mateusz Tondera  30 sierpnia 2017
przeczytanie zajmie 4 min
Trochę tak, a jednak wcale nie. Pozorny feminizm „Gry o Tron” materiały promocyjne

Niech siódmy sezon Gry o Tron i jego spektakularny finał skomentują inni. Na tym etapie produkcja HBO w pewnym sensie wymyka się możliwości oceniania jej na „normalnych zasadach” i stanowi rodzaj multimedialnego, memicznego zjawiska na skalę globalną. Ciekawsze od kolejnej recenzji fabularnych twistów i personalnych relacji wydaje się zwrócenie uwagi na rzadko komentowany aspekt serialu, mianowicie jego specyficzny rodzaj seksizmu.

Ostatnie sezony produkcji często przywoływane są jako przykład serialowego obrazu emancypacji kobiet spod władzy mężczyzn. Mężczyzn, którzy nieustannie je krzywdzili, dręczyli, sprzedawali w ramach politycznych targów o koronę, czy wreszcie ratowali, pełni protekcjonalnego poczucia wyższości. Ale „dość już, nigdy więcej” zdają się mówić zwolennicy feministycznej interpretacji Gry o Tron. Arya, która zdobyła własnym wysiłkiem i poświęceniem mistyczne wręcz zdolności, mści się na swoich krzywdzicielach. Sansa, uwolniona z niewoli sadysty i psychopaty, coraz bardziej świadomie traktuje swoją polityczną funkcję i dorasta do roli dziedziczki Północy. Bezwzględna Cersei nie potrzebuje mężczyzny zza pleców którego mogłaby rządzić, lecz samodzielnie zasiada na Żelaznym Tronie. Dzielna Daenerys, która w walce o sprawiedliwość zdobyła miłość i oddanie swoich ludzi, rusza do ojczyzny, by zdobyć tron i ustanowić nowy, sprawiedliwy, nie tylko dla wielmożów, system społeczny. Mężczyźni albo już dawno się nie liczą, albo stanowią dla silnych kobiet chłopców na posyłki i doradców. Siedem Królestw staje się areną zmagań samodzielnych i samoświadomych kobiet. Czyżby?

Trochę tak, a jednak wcale nie.

By obnażyć pozorny feminizm Gry o Tron wystarczy zastanowić się nad kompetencjami naszych bohaterek w kluczowej dla fabuły serialu dziedzinie – władania królestwem.

Na przestrzeni kilku lat przez scenariusz przewinęło się wielu mężczyzn, którzy niezależnie od tego, czy uznajemy ich za „dobrych” czy „złych”, dysponowali autentycznymi zdolnościami przywódczymi i godnym szacunku rozumem politycznym. Tywin Lannister, jego syn Tyrion, nieszczęsny Ned Stark (który wbrew swojemu memicznemu obrazowi wcale nie był politycznym durniem), przywódca Nocnej Straży Jeor Mormont, patriotyczny władca marionetek Varys czy nawet zdradziecki Roose Bolton. Oczywiście równolegle obserwowaliśmy też korowód nieudaczników, psychopatów, mężczyzn zupełnie zagubionych. Rzecz w tym, że spektrum dość równomiernie się wypełnia. Z grającymi w „grę tronów” kobietami sprawa ma się zgoła inaczej.

Zostawmy już na boku ukochaną psychopatkę wszystkich widzów, Aryę Stark, gdyż nie wydaje się, by miała ona jakieś istotne ambicje polityczne. To jej siostra stanowi doskonały przykład podskórnego seksizmu serii, jaki chcę ukazać: trudno o postać, która wolniej uczy się mechanizmów westeroskiej polityki. Jej finałowy gambit, chociaż satysfakcjonujący, pokazuje, że cała myśl polityczna Sansy ogranicza się do odbudowy zaufania rodzinnego i zemsty na wrogach swoich bliskich. To raczej prywatna vendetta w służbie leczenia osobistych traum, niż faktyczna polityka. Chmurne spojrzenia i kwestie dialogowe sugerujące, że Sansa jest już świadomą władczynią nie znajdują pokrycia w scenariuszu. Nadal jest bierna. Na szczęście już nie względem Littlefingera.

Oczywiście jeszcze gorzej wypada Cersei Lannister, której autentyczny talent do kłamstw i intryg w żadnej mierze nie może przysłonić faktu, że prowadząc politykę, kieruje się tylko i wyłącznie dobrem własnym i (ewentualnie) swoich dzieci.

Nie posiada żadnej filozofii rządzenia królestwem i żadnej innej metody panowania nad poddanymi niż strach (ewentualnie próby uwiedzenia). Nie jest złą-dobrą władczynią na wzór swojego ojca, lecz jedynie tyranem pozbawionym sięgającego jakkolwiek rozumianej strefy publicznej rozmachu bardziej „politycznie usposobionych” tyranów. Podobnie jak Sansa jawi się jako „kobieta niepolityczna”.

Z Daenerys rzecz ma się nieco inaczej, gdyż młoda Matka Smoków istotnie przejawia realne ambicje polityczne, inne niż jedynie „pognębienie moich wrogów” czy „pomsta na moich krzywdzicielach”. Jej ambitny program likwidacji niewolnictwa w Essos, a potem przebudowy całego systemu polityczno-społecznego w Westeros niewątpliwie nosi wszelkie znamiona planu politycznego. Również umiejętnością wzbudzania lojalności poddanych i sojuszników oraz zdolnościami przewodzenia ludziom Daenerys przewyższa Sansę i Cersei. Cóż z tego jednak, skoro każde jej posunięcie polityczne zostaje wymyślone przez wianuszek męskich doradców, albo jest chybioną emocjonalną reakcją na jakąś osobistą obrazę, bądź wreszcie stanowi popis niepokojącego okrucieństwa i skłonności do tyranii.

Daenerys wydaje się całkowicie niezdolna do myślenia o polityce przez pryzmat instytucji, zwyczajów, kompromisów i regulacji prawnych. Traktuje swoją władzę nad poddanymi w sposób analogiczny do władzy nadopiekuńczej matki nad dziećmi. Wszystko ze szczerej miłości dla nich, nic przez nich i z nimi.

W tym miejscu na myśl przychodzą refleksje Gilberta Chestertona na temat Elżbiety Wielkiej. Twierdził on (co dzisiaj w środowiskach feministycznych niewątpliwie zostałoby uznane za stanowisko seksistowskie), że kobiety-władczynie zwykle rządzą mocą swojego osobistego autorytetu, „odciskając” władzę bezpośrednio, bez pośrednictwa instytucji i umownych, zwyczajowych bądź prawnych, ciał stanowiących abstrakcyjną formę władzy. Możliwe, że angielski dziennikarz mylił się co do Elżbiety I oraz kobiet piastujących polityczne funkcje w naszym świecie, nie ulega jednak wątpliwości, że postawił o 100 lat za wczesną diagnozę osobowości i rządów Danereys Zrodzonej z Burzy.

Niestety jedynych bohaterek, które były pełnoprawnymi uczestniczkami politycznych gier, w serialu już nie uświadczymy.

Mowa oczywiście o Catelyn Stark, Olenie Tyrell oraz jej wnuczce Margaery. Ta pierwsza, pełna troski o rodzinę, jednocześnie rozumiała postępujące w królestwie polityczne zmiany i ich konsekwencje. Ta druga, rzeczywista głowa rodu, prowadziła swoją zakulisową grę, jednocześnie ucząc wnuczkę w jaki sposób- używając kobiecych przymiotów- wpływać na polityczny bieg wydarzeń. Szkoda więc, że w finałowym sezonie serialowej megaprodukcji kobiet z prawdziwą smykałką do polityki już nie zobaczymy.

Z Gry o Tron wynika dla widza dziwaczna, z perspektywy domniemanego feminizmu, lekcja. Istnieje kobiecy styl rządzenia. Emocjonalny, skupiony na dobru swoim i najbliższych, ślepy na ideę roztropnej troski o dobro wspólne, pozbawiony zdolności kompromisów i ustępstw. Czy Sansa, Daenerys i Cersei przetrwały tak długo tylko po to, by pokazać nam, że władza kobiet może przynieść jedynie szaleństwo i chaos? Nawet nie będąc feministą, trudno jest pogodzić się z taką konkluzja.