Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Anna Szczerbata  22 stycznia 2016

Odciski od pseudofeministycznych butów

Anna Szczerbata  22 stycznia 2016
przeczytanie zajmie 3 min
Odciski od pseudofeministycznych butów Kongres Kobiet fanpage

Wśród naczelnych i wicenaczelnych „Gazety Wyborczej” nie ma kobiet, a w całej redakcji, licząc z szefową „Wysokich Obcasów”, na 28 osób jest ich 7. W redakcji „Krytyki Politycznej” zasiadają sami mężczyźni, podobnie jest w wydawnictwie o tej samej nazwie. Redakcja „Kultury Liberalnej” prezentuje się na tym tle nieco lepiej, bo w jej 19-osobowym składzie jest aż 6 przedstawicielek płci pięknej. Prawdziwe gratulacje można złożyć magazynowi „Liberté” – tam wśród 25 redaktorów jest aż 10 kobiet. Przywołuję te dane, bo kiedy czytam, że zorganizowanie panelu dyskusyjnego, w którym występuje czterech mężczyzn i jedna kobieta w roli prowadzącej, jest naruszeniem równości płci, to zastanawiam się, co nim nie jest.

Taka forma debaty zasłużyła oczywiście na obecność i dość żywiołowe komentarze na profilu „Nie chodzę na panele, w których występują tylko mężczyźni”. Cytując administratorów, nie warto brać udziału w takim spotkaniu, ponieważ „osoba, która prowadzi, to nie to samo, co osoba w roli gościa-eksperta”. Zostawiam już na boku kwestię oczywistego umniejszania roli kobiety, która podejmuje się debatę poprowadzić. Chciałabym się raczej skupić na krótkim przedstawieniu procedury dobierania składu paneli dyskusyjnych w środowiskach Klubu Jagiellońskiego i „Nowej Konfederacji” oraz na krytyce założenia, że panele bez udziału kobiet są z zasady mniej wartościowe i należy zawsze dołożyć wszelkich starań, aby do dyskusji przystąpiła choć jedna przedstawicielka płci pięknej.

W myśl takich pseudofeministycznych założeń, składy redakcji najwyraźniej również powinny być lepiej kontrolowane, ponieważ są niejako współwinne rzadszej obecności kobiet w dyskusjach politycznych.  Dołączenie do debaty „panelistek” zamiast panelistów nastręcza problemów nawet w przypadku zapraszania przedstawicieli mediów lewicowych.

Osobiście od dobrych kilku miesięcy organizuję spotkania wokół kolejnych numerów „Nowej Konfederacji” i muszę powiedzieć, że redakcje „Krytyki Politycznej”, „Kultury Liberalnej” i „Liberté”, proszone o wyznaczenie dowolnego rozmówcy do panelu, nigdy nie zaproponowały kobiety.

I wiecie co? W ogóle nie przyszło mi do głowy, że ktoś mógłby mieć z tym problem, a co za tym idzie, nie zaświtała mi myśl, żeby kolegów z innych redakcji prosić konkretnie o wystawienie kobiety.

Chwalę sobie fakt, że nigdy nie zostałam poproszona o napisanie artykułu czy przeprowadzenie wywiadu dla „Nowej Konfederacji” ze względu na to, że warto, by na łamach pojawił się tekst podpisany damskim imieniem. Doceniam również to, że koledzy z redakcji i całego środowiska nie proszą mnie o wzięcie udziału w spotkaniach dyskusyjnych tylko po to, żeby zadowolić piewców równouprawnienia.

W moim, bądź co bądź, prawicowym i konserwatywnym otoczeniu płeć, jako czynnik decydujący o czyjejś aktywności lub jej braku, nie jest w ogóle brana pod uwagę.

Opieranie się na takim kryterium doboru gości uwłacza bowiem właśnie zapraszanym na jego podstawie publicystkom i komentatorkom.

Wcześniej nazwałam poglądy „wojowników o prawa panelistek” pseudofeministycznymi. Już tłumaczę dlaczego. Największe myślicielki feminizmu ostatnich lat, takie jak Hélène Cixous i Julija Krysteva, nie chciały bowiem, żeby kobiety były takie jak mężczyźni. Przeciwnie – motywem przewodnim ich twórczości było odnalezienie własnej, odmiennej od męskiej, tożsamości i stworzenie kobiecego języka, écriture féminine. Również Arachnologie… Nancy Miller silnie podkreślały inność kobiecej podmiotowości. Na naszym polskim podwórku widać wyraźnie, że dokonania zachodnich koleżanek o światowej sławie nie zostały należycie przerobione i zrozumiane. Cały czas pokutuje u nas pogląd, że kobieta musi za wszelką cenę odnajdować się w takich samych ramach jak mężczyzna. Wśród samozwańczych obrońców parytetów kobiety traktowane są przedmiotowo – mają po prostu pojawiać się wszędzie tam, gdzie są mężczyźni, a najlepiej jeszcze przewyższać ich liczebnie.

Myślę, że dojrzeliśmy już do tego, aby szczerze sobie powiedzieć, że ze świecą trzeba byłoby szukać mediów, w których przed kobietami zamyka się drzwi. Skoro w działach politycznych większości redakcji znajdujemy raczej mężczyzn, to znaczy, że kobiety nie odczuwają tak silnej potrzeby nurzania się w tej tematyce. Natarczywe próby wkładania im butów, których nie chcą nosić, nie tylko są sprzeczne z ideologią feministyczną, ale też po prostu powodują odciski. U wszystkich uczestników debaty publicznej.