Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Wójcik  7 września 2015

Uchodźcy mogą być szansą, nie zagrożeniem

Piotr Wójcik  7 września 2015
przeczytanie zajmie 8 min
Uchodźcy mogą być szansą, nie zagrożeniem Photo Unit/Flickr.com

Uchodźcy napierający na granice unijne dosyć bezceremonialnie obeszli się z mitem polskiego „sukcesu” ostatnich 25 lat. Okazało się, że rzekomy gospodarczy „tygrys” Europy miałby niebywałe problemy z udzieleniem elementarnej pomocy 10 tysiącom uchodźców. Inaczej mówiąc, przy pierwszym większym transgranicznym kryzysie społecznym polski tygrys zaczął się zachowywać jak przestraszony dachowiec. 

Powiedzieć, że Polacy są niechętni przyjęciu uchodźców z Bliskiego Wschodu, to jak nic nie powiedzieć. W tej niechęci argumenty w miarę racjonalne jak zwykle przeplatają się z zupełnie nietrafionymi- niestety tych drugich chyba jest trochę więcej. Do tej drugiej grupy niewątpliwie należy ten o możliwości islamizacji naszego kraju – doprawdy trudno oczekiwać, że dodatkowe 10 lub 20 tysięcy muzułmanów (10 tysięcy proponuje przyjąć Polsce KE) będzie w stanie zdominować prawie 40-milionowy naród, który dodatkowo jest jednym z najbardziej jednolitych etnicznie w Europie i ma dosyć wyrazistą tożsamość.

Porównania z sytuacją we Francji czy Niemczech, gdzie mniejszość muzułmańska liczy po kilka milionów (np. we Francji 4,7 miliona czyli 7,5% ludności), jest delikatnie mówiąc nie na miejscu – w tych krajach muzułmanie zamieszkują całe dzielnice w największych miastach, tymczasem w Polsce wszyscy zmieściliby się w niewielkiej mieścinie.

Nawet po ewentualnym przyjęciu uchodźców ich liczba wyniosłaby kilkadziesiąt tysięcy (obecnie to ok. 25 tys. czyli… mniej niż promil populacji).

Nie ma również powodów przypuszczać, że uchodźcy przybywają masowo do UE ciągnąć słynny europejski socjal. Trudno uznać, że głównym marzeniem ludzi, którzy decydują się na przepłynięcie tratwą przez morze albo przejechanie chłodnią przez Europę, jest grzanie się na zasiłku. Absurdem jest twierdzenie, że ktoś, kto decyduje się na tak niebezpieczną podróż, musi być szczególnie leniwy – akurat energii witalnych osobom tym trudno odmówić. Poza tym chyba nikt nie podejrzewa, że mieszkańcy np. Syrii znają dokładnie wysokość zasiłków w Niemczech, które notabene po reformach rządu Schroedera zostały mocno ograniczone. A jeśli znają, to czemu nie uderzają tak masowo np. do Szwecji czy innych krajów, gdzie zabezpieczenie społeczne jest na wyższym poziomie? Odpowiedź jest prosta – masowo jadą do Niemiec, gdyż w powszechnym odczuciu jest to kraj najsilniejszy gospodarczo, a więc siłą rzeczy najłatwiej jest tam o dobrą pracę i ułożenie sobie życia. Wysokość zasiłków nie ma tu nic do tego. Owszem, muzułmańscy imigranci są w czołówce pobierających zasiłki na zachodzie UE, ale nie dlatego, że są generalnie leniwi, ale dlatego, że są imigrantami właśnie, a ci najczęściej zasilają dolne warstwy społeczne. Powinni być na to wyczuleni szczególnie Polacy, o których przecież też często bywa upowszechniany krzywdzący stereotyp „chapaczy socjalu”, a jego zwolennikom jakoś nie przeszkadza fakt, że jesteśmy jednym z najbardziej zapracowanych narodów świata (5 miejsce w OECD), zresztą niewiele przed… muzułmańską Turcją (8 miejsce w OECD).

Wszystkich uchodźców z Syrii Amnesty International szacuje na ponad 4 miliony – w zdecydowanej większości trafili oni do krajów ościennych, takich jak malutki Liban czy Turcja (czyli nasz sojusznik z NATO), które mają równie wielki problem jak Europa, jeśli nie dużo większy. Inne szacunki mówią, że do samych Niemiec dotrze w tym roku 800 tysięcy osób. Według ONZ ponad 50% uchodźców, którzy dotarli do Europy, pochodzi z Syrii – reszta z innych państw, takich jak Irak czy Afganistan, w tym znacząca część to zwykli imigranci zarobkowi, a nie uchodźcy. Na tle tych danych, przyjęcie przez Polskę 10 tysięcy uchodźców zgodnie z planem KE wygląda już nie jako nadludzki wyczyn, ale minimum przyzwoitości – a zaproponowane przez nasz kraj przyjęcie 2 tysięcy wygląda zupełnie niepoważnie. Jak widać rozlokowanie w obrębie UE 160 tysięcy uchodźców (w tym właśnie 10 tys. w Polsce), co postuluje KE, w żaden sposób nie zdejmie odpowiedzialności z bogatych krajów z Zatoki Perskiej. Uchodźców w Jordanii czy Libanie wciąż będzie mnóstwo i nie będzie się dało rozwiązania tego kryzysu bez aktywnego udziału Arabii Saudyjskiej, Kuwejtu czy Kataru, których obecne skandaliczne podejście urąga wszelkim zasadom. Jednak naciski polityczne na kraje arabskie nie wykluczają pomocy na tyle, na ile sami możemy, a raczej powinny iść w parze, zresztą także z naciskami na Stany Zjednoczone, których rola w rozpętaniu piekła na Bliskim Wschodzie była przecież niebagatelna, a które także obecnie umywają ręce.

Konfrontacja tych liczb z naszymi możliwościami wymusza jasne rozdzielenie dwóch grup – uchodźców i imigrantów zarobkowych. W czasie obecnego kryzysu powinniśmy przyjmować tylko tych pierwszych.

Tak więc zgodę na pobyt mogą dostać jedynie ci, którzy będą w stanie się wylegitymować i udowodnić swe pochodzenie z terenów objętych konfliktem. Pierwszeństwo powinny mieć oczywiście całe rodziny z dziećmi, co dodatkowo uchroni przed nadmiernym rozrośnięciem się przyjętej grupy w wyniku ściągania pozostałych członków rodziny przez wysłanych przodem ojców. Rozsądne działanie podczas udzielania pozwoleń na pobyt sprawi, że przyjęcie tych 10 tysięcy osób, czyli przeciętnie ledwie jednej na 30 kilometrów kwadratowych, na pewno nie będzie ponad nasze siły. Na przyjęcie jednego uchodźcy zapowiadane jest 10 tysięcy euro (czyli 40 tys. zł) ze środków unijnych, co powinno wystarczyć na jakieś 1,5 roku spokojnej aklimatyzacji, w czasie której będzie można wypracować mechanizmy włączenia tych osób w polskie systemy zabezpieczenia społecznego i ochrony zdrowia oraz w życie gospodarcze naszego kraju. Oczywiście po tych 1,5 roku niewyobrażalne jest, by były one traktowane inaczej niż reszta mieszkańców naszego kraju – jednak przez okres aklimatyzacji niewątpliwie potrzebują taryfy ulgowej oraz wsparcia finansowego, które jednak w większości będzie pochodzić ze środków unijnych.

Polska gospodarka niewątpliwie ma sporo problemów, jednak przyjęcie tak niewielkiej w skali makro grupy na pewno tych problemów nie zwiększy – nawet gdyby w wyniku ściągnięcia rodzin przez część uchodźców grupa ta rozrosła się do 20 tysięcy. Miesięczna fluktuacja bezrobocia wynosi w Polsce kilkadziesiąt tysięcy osób (między czerwcem a lipcem było to ok. 40 tys.), więc nawet gdyby cała przyjmowana grupa trafiła na rynek pracy to początkowo negatywny efekt byłby marginalny. Luka mieszkaniowa w Polsce jest szacowana na ponad 2 miliony mieszkań, więc także w tym obszarze nawet i 20 tysięcy nowo przybyłych osób nie jest w stanie pogorszyć sytuacji. Jednak w długim okresie, w sytuacji rozsądnie prowadzonej polityki, skumulowany efekt może być obiecujący.

Po pierwsze, nasze instytucje pomocy w konfrontacji z niewielką aczkolwiek dostrzegalną grupą osób, którym potrzebna jest pomoc specyficznego rodzaj, być może w końcu nauczą się realnie pomagać ludziom, a doświadczenia te przełożą także na lepsze usługi dla rdzennych mieszkańców naszego kraju. Być może dopiero przyjazd pewnej grupy muzułmanów, którym trzeba będzie znaleźć pracę, skłoni niektóre urzędy pracy do nauczenia się swojej podstawowej roli, którą wbrew pozorom nie jest zapewnianie ubezpieczenia zdrowotnego, a doświadczenia te przekażą one kolegom z innych miast. Gminy, do których trafią grupy uchodźców będą musiały zmierzyć się z zadaniem zapewnienia im lokum, dzięki czemu któraś z nich stworzy w końcu skuteczny program mieszkań komunalnych, który będzie można następnie zaimplementować w całym kraju. Przed przyjęciem uchodźcy zostaną dokładnie prześwietleni przez nasze służby pod kątem m.in. zagrożenia terrorystycznego, więc ich możliwości prowadzenia rozpoznania w społecznościach muzułmańskich zwiększą się, co bez wątpienia pozytywnie wpłynie na ich zdolność zapewnienia nam bezpieczeństwa. I wreszcie część z nas nauczy się empatii wobec osób odmiennych kulturowo oraz będących w specyficznej potrzebie, na czym z biegiem czasu skorzysta cała wspólnota. Inaczej mówiąc, w szeroko pojętym państwie polskim może nastąpić zjawisko hormezy, opisane przez Nassima Taleba w Antykruchości, które polega na tym, że struktura poddana niewielkiej i ograniczonej dawce stresorów wytwarza reakcję obronną, która w efekcie pozwala jej na rozwój i skok do przodu niemożliwy, gdyby tym stresorom nie została poddana. Bez wątpienia taka dawka stresorów w postaci 10 lub nawet 20 tysięcy muzułmanów nieco zastygłej Polsce bardzo się przyda.

Jednym z głównych zagrożeń Polski jest zapaść demograficzna oraz wyludnianie się naszego kraju chociażby w wyniku masowej emigracji. Spadek liczby osób w wieku produkcyjnym negatywnie wpływa zarówno na wzrost gospodarczy, jak i krajowe systemy zabezpieczenia społecznego, głównie na system emerytalny. Wyjściem z tego impasu, poza polityką prorodzinną, musi być otwarcie się na imigrantów.

Oczywiście, że dobrze by było, gdyby byli to imigranci z bliskich nam kulturowo krajów oraz przede wszystkim polscy repatrianci, lecz też nie ma co kręcić nosem na grupę młodych, wytrwałych i nie najgorzej wykształconych osób (Syryjczycy to jedno z lepiej wykształconych społeczeństw na Bliskim Wschodzie), pochodzących z kręgu cywilizacyjnego raczej skłonnego do reprodukcji.

Ich wejście na rynek pracy w krótkim terminie będzie mało dostrzegalne, ale już w długim terminie, gdy na rynek pracy wejdą ich dzieci, ten efekt powinien być nieco bardziej znaczący i pozytywny. Przede wszystkim jednak będziemy mieli okazję po raz pierwszy przetestowania na poważnie umiejętności naszego kraju do asymilacji osób odmiennych kulturowo,  co w coraz bardziej zglobalizowanym świecie na pewno się nam przyda (nawet jeśli nie mamy zamiaru otworzyć się w przyszłości na obcą kulturowo imigrację, w miarę rozwoju naszego kraju będziemy przyciągali więcej osób z odmiennych kręgów cywilizacyjnych). A grupa ta będzie na tyle niewielka, że będzie to można przeprowadzić mając komfort możliwości uczenia się na błędach. Dzięki temu będziemy mieli okazję stworzenia przemyślanego systemu przyjmowania imigrantów, który, mając doświadczenia z muzułmanami, z bardziej zorganizowaną niż teraz imigracją Białorusinów czy Ukraińców poradzić sobie powinien bez większych problemów. Oczywiście okazja ta przychodzi znienacka, stawiając nas niejako pod ścianą, ale tak to już niestety często jest, że posuwamy ważne sprawy do przodu dopiero wtedy, gdy już nie mamy innego wyjścia.

Inną grupę szans przynoszą też same negocjacje dot. rozwiązania kryzysu z uchodźcami. Oczywiście podstawowym problemem w negocjacjach jest to, na jakich zasadach uchodźcy do nas trafią oraz jakie warunki będziemy mieli im stworzyć. Powinniśmy się zgodzić na przyjęcie tylko autentycznych uchodźców wojennych, a odbywać się to musi w kontrolowany sposób – na pewno nie w tak „spontaniczny”, jak ma to miejsce obecnie w krajach zachodniej UE. Poza tym warunki, które uchodźcy u nas otrzymają muszą być dostosowane do naszych możliwości i poziomu życia w naszym kraju – niewyobrażalne jest, by przyjezdni muzułmanie byli uprzywilejowani w stosunku do naszych rodaków (z drugiej strony nie powinni być poszkodowani) i otrzymali takie wsparcie, jakie otrzymają np. w Niemczech, dzięki czemu żyliby na stopie wyższej niż niejedna polska rodzina.

Jednak oprócz tego należy połączyć sprawę uchodźców generalnie z problemem szeroko rozumianego bezpieczeństwa w UE. Na stole powinny pojawić się zarówno bazy NATO w naszym kraju, jak i sprawa budowy Nord Stream II.

Postawa pełna empatii wobec przybyłych do UE muzułmanów nie powinna wykluczać świadomości, że ich przyjazd jest dużo większym problemem dla zachodniej UE, a nie naszego regionu. A więc nasz wyraz solidarności w tej sprawie powinien wiązać się z wyrazem solidarności naszych partnerów unijnych w innych sprawach, istotnych bardziej dla nas. Inaczej mówiąc, zamiast negocjować to, czy przyjmiemy 10 czy 5 tysięcy uchodźców (co nam nie zrobi różnicy), dużo lepiej zapewnić sobie chociażby większe zaangażowanie UE (także finansowe) w stabilizowanie sytuacji na Ukrainie.

Przyjęcie 10 tysięcy uchodźców nie musi się wiązać z poniesieniem przez Polskę kosztów. Nasze instytucje mają spore niewykorzystywane zasoby – urzędy pracy działają na pół gwizdka, podobnie zresztą jak np. MOPS-y, więc wystarczy, że zaczną używać w 100% te zasoby, które już mają. Być może urzędnik, pracownik socjalny czy lokalny decydent w konfrontacji z wyzwaniami nowego rodzaju będą w stanie wykrzesać z siebie działania, na których finalnie skorzysta cała nasza wspólnota. Polacy mają spore doświadczenia w byciu zarówno uchodźcami,( jak i imigrantami zarobkowymi, więc czas wykazać zrozumienie także wobec innych, którzy znaleźli się w podobnie trudnej sytuacji. Tym bardziej, że może przynieść to pożytek zarówno naszym gościom jak i nam samym.