Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Paweł Musiałek  7 sierpnia 2015

Dyskryminacja w wersji soft. Kultura, głupcze!

Paweł Musiałek  7 sierpnia 2015
przeczytanie zajmie 4 min
Dyskryminacja w wersji soft. Kultura, głupcze! flickr.com

W ostatnich latach polityka prorodzinna stała się jednym z najczęściej podnoszonych wyzwań politycznych. Nie może to dziwić w sytuacji tykającej bomby, jaką jest zapaść demograficzna. Jako przyczynę niskiej dzietności wskazuje się często warunki materialne, utrudniające zakładanie rodziny. Rodzi to postulaty finansowego wsparcia dla młodych małżeństw w postaci różnego typu ulg, odpisów i zwolnień. Jeśli jednak spojrzymy na państwa Europy Zachodniej to zobaczymy, że mimo ogromnych środków dzietność jest niewiele wyższa niż w Polsce. Ponadto gdyby nie uwzględniać dzietności imigrantów pochodzących spoza kręgu europejskiej kultury, to byłaby ona na poziomie naszego kraju.

W tym kontekście często przywołuje się dużą dzietność Polek w Wielkiej Brytanii, co ma dowodzić tezy o zasadności ambitnej polityki prorodzinnej, przynajmniej w odniesieniu do naszego kraju. Niestety to miły dla ucha, ale tylko mit. Według obliczeń Polityki Insight współczynnik płodności dla Polek w wieku 25-34 lat wynosi na Wyspach 0,112. Dla kobiet w tym samym wieku w Polsce 0,095. Tym samym młoda Polka na Wyspach rodzi zaledwie 0,017 dziecka więcej niż kobieta w tym samym wieku w Polsce. Jeśli doliczyć młodsze i starsze Polki, które rodzą w Polsce, ale są mniej reprezentowane w Wielkiej Brytanii, łączna dzietność w obu krajach wypadłaby na zbliżonym poziomie. Drugi argument pokazujący brak ścisłego związku między ekonomią a wskaźnikiem dzietności to niezaprzeczalny fakt, że w PRL wskaźnik dzietności był dużo wyższy niż w III RP pomimo niższego standardu życia. Tak samo oczywisty jest fakt, że relacja między PKB a wskaźnikiem dzietności jest raczej odwrotna.

Nie kwestionuje faktu, że materialna pomoc dla młodych rodziców zmniejszy ciężar, jaki wiąże się z trudami założenia rodziny. Być może to już powinno być wystarczającym powodem, dla którego państwo powinno przeznaczyć więcej środków na politykę prorodzinną. Można mieć jednak poważne wątpliwości czy przyczynią się do znaczącego zwiększenia dzietności. Teza, którą stawiam jest bardzo prosta. To nie kwestie ekonomiczne, a cywilizacyjne są decydujące o poziomie dzietności i jeśli chcemy ją zwiększyć musimy zmienić współczesne trendy kulturowe.

Dopóki macierzyństwu nie zostanie przywrócony odpowiednio wysoki status społeczny, nawet największe wsparcie państwa nie zmieni trendów demograficznych. Największym wrogiem demografii jest bowiem przekonanie o tym, że właściwą, zgodną duchem czasów formą zaspokojenia kobiecych aspiracji jest praca zawodowa.

To tam kobiety powinny się realizować i to tam znajduje się „prawdziwe” życie.

Dużo racji ma Karolina Dobrowolska, która jako główne motory postępu wskazała feministki, które od lat 60. robią „marsz przez instytucje”. Należy jednak podkreślić, że groźniejszą formą dyskryminacji jest jej wersja „soft”, która uprawiana jest często mniej lub bardziej świadomie przez „normalsów”. O ile bowiem feministki dość radykalnie stawiają sprawę, przez co skala poparcia dla ich ruchu w umiarkowanie tradycyjnej Polsce jest minimalna, o tyle powszechne jest przekonanie o konieczności łączenia pracy z macierzyństwem. Bohaterkami telewizji śniadaniowych często są gwiazdy pokazujące jak można godzić prace i dzieci, a jednym z naczelnych postulatów polityki prorodzinnej jest uelastycznienie rynku pracy, pozwalające na łagodzenie zawodowych konsekwencji dla kobiet rodzących dzieci.

Problem polega na tym, że znacznie rzadziej bohaterkami programów są kobiety, które całe swoje życie poświęciły dla rodziny, a to właśnie takie matki są jedyną nadzieją na to, żeby znacząco zwiększyć dzietność.

Nawet jeśli wszystkie kobiety zdecydowałyby się na dwójkę dzieci to nie osiągniemy poziomu dzietności umożliwiającego zastępowanie pokoleń (minimum to ok. 2,1 dziecka na kobietę). Dlatego bez kobiet, które mają trójkę i więcej dzieci nie ma szans na poprawę sytuacji. To właśnie nie tyle ilość kobiet decydujących się na dzieci w Polsce radykalnie spada, co ilość rodzin wielodzietnych. Nie może to dziwić jeśli stają się one zjawiskiem powoli uznawanym przez społeczeństwo za „wysokiego ryzyka” wystąpienia wszelkich form patologii. Wychowanie z kolei większej ilości dzieci nie pozwala na podjęcie pracy, czasami nawet tej dorywczej, czy w niepełnym wymiarze godzin.

Kulturowe trendy powodują więc ukrytą kulturową dyskryminację macierzyństwa nie tyle jako pewnego krótkiego etapu w życiu, ale jako drogi życiowej. Kobieta, która deklaruje, że swoje życie chce poświęcić życiu rodzinnemu nie spotyka się z uznaniem, przede wszystkim swoich pracujących koleżanek, które taki wybór traktują z pobłażliwością. Dla nich urodzenie i pełne poświęcenie dziecku jest jedynie pewnym etapem, po którym wraca się do „normalnego”, czyli zawodowego życia.

Społeczna presja powoduje, że nawet jak kobieta zdecyduje się na dziecko, to jak najszybciej chce wrócić na rynek pracy. Dlatego tak charakterystycznym znakiem naszych czasów jest popularny model rodziny 2+1, w którym robiący karierę rodzice nie chcą mieć drugiego dziecka, mimo że mają materialne warunki do tego, aby powiększyć rodzinę.

W efekcie, szukając społecznego szacunku wiele kobiet decyduje się podążać za trendami, nawet jeśli w głębi duszy pragnie innego wyboru.

Oczywiście są kobiety, których sukcesy zawodowe idą w parze z rodzinnymi. Tym należy się ogromne uznanie. Ale nie oszukujmy ani siebie, ani większości kobiet – dotyczy to raczej wyjątków – kobiet najzdolniejszych, najbardziej zaradnych, a przede wszystkim najsilniejszych, a także tych, które miały sprzyjające warunki do takiego wyboru. Nie mówmy więc, że to powinien być standard, bo postawimy poprzeczkę zbyt wysoko.

Oczywiście nie ma także żadnego powodu, aby dyskryminować kobiety, które jednocześnie wychowują i pracują. Powinniśmy jednak przyjąć zasadę, że nie ma jednego modelu współczesnej kobiety sukcesu. W równym stopniu na szacunek zasługują kobiety decydujące się na tradycyjny model, co współczesny – z mniej klarownym podziałem ról. Nie ma także powodu, aby potępiać kobiety, które z różnych powodów nie decydują się mieć dziecka i swoje życie poświęcą karierze. Jeżeli nie będą oczekiwać rekompensaty za niezrealizowane macierzyństwo w postaci prestiżowego bonusa, podnoszącego ich wybór do godności najbardziej optymalnej drogi w dzisiejszych czasach, to wybór ten należy uszanować.