Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Trudnowski  29 lipca 2015

Nie chodzi o ordery, ale o Twoje wybory

Piotr Trudnowski  29 lipca 2015
przeczytanie zajmie 6 min
Nie chodzi o ordery, ale o Twoje wybory biedronka.pl

O problemie kolonizacji polskiej gospodarki przez zagraniczne koncerny piszemy i mówimy od dawna. Gdy media tradycyjne i społecznościowe rozpala dziś dyskusja o odznaczeniu dyrektora Jeronimo Martins Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polski, trzeba jednak zwrócić uwagę, że słuszne oburzenie trafia nie w sedno problemu, ale obok niego. Najważniejszym elementem debaty powinno być bowiem nie bulwersowanie się na odznaczanie przedstawiciela portugalskiego koncernu, ale wzywanie konsumentów do kupowania dobrych polskich produktów w dobrych polskich sieciach.

Order V klasy pierwszorzędnym tematem

Pewnie tak wielkiej awantury o odznaczenie dla Pedro Pereiry da Silva by nie było, gdyby nie kontrowersyjna wypowiedź Ewy Kopacz zachwalającej kilka tygodni temu w Telewizji Publicznej „superwarzywa z Biedronki”. Faktycznie rodzi to poczucie, że zbyt usilnie polskie władze promują portugalską sieć. Tyle, że to odznaczenie jest tylko symbolem: nie niesie za sobą żadnych praktycznych skutków. Z przekory można nawet próbować zrozumieć intencje urzędnika, który wpadł na nieszczęsny pomysł odznaczenia. Po pierwsze Krzyż Kawalerski nie jest tak prestiżowym wyróżnieniem, jak mogłoby się wydawać: to order V klasy. Po drugie, odznaczenie dedykowane jest właśnie dla cudzoziemców w uznaniu za wkład we współpracę łączącą Rzeczpospolitą Polską z innymi państwami i narodami. Po trzecie, Pedro Pereira da Silva jest nie tylko dyrektorem firmy, która jest drugim po Poczcie Polskiej największym w Polsce pracodawcą i przykładowo w 2012 roku zapłaciła 296 milionów złotych podatku dochodowego, ale też prezesem Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej.

Czy to oznacza, że problemu nie ma? Oczywiście, że jest.

Dominacja Biedronki i innych zagranicznych sieci handlowych to fakt: dziś jedynie 11% rynku handlu detalicznego jest w polskich rękach. Zagraniczne sieci dystrybucyjne drenują swoich dostawców, wykorzystując rynkową dominację do narzucania trudnych warunków współpracy.

Wreszcie media wielokrotnie informowały o bulwersujących nadużyciach wobec pracowników supermarketów.

Tyle tylko, że protesty przeciwko odznaczeniu nie poprawią ani rynkowej sytuacji polskich pracodawców, ani zawodowej doli polskich pracowników. Rozbudzone emocje są doskonałym symbolem tego, jak w polskim życiu publicznym spory symboliczne zastępują dziś merytoryczną debatę o polityce realnej. Tymczasem konkretnych wątków do dyskusji o roli zagranicznego kapitału na polskim rynku jest bardzo wiele.

Rozmawiajmy o ustawach, nie o odznaczeniach

Coraz częściej pojawiają się wśród polityków pomysły na ograniczenie dominującej pozycji zagranicznych sieci. Kilka tygodni temu PSL złożył w Sejmie projekt Ustawy o zwalczaniu nieuczciwych praktyk rynkowych przedsiębiorców zajmujących się obrotem produktami spożywczymi lub rolnymi wobec dostawców tych produktów. Projekt zawiera szereg wartych dyskusji, szczegółowych propozycji regulacyjnych. Zakazuje obowiązkowych, dodatkowych opłat dla dostawców (np. za ekspozycję towaru w sieci handlowej), karze za opóźnienia w płaceniu dostawcom czy ogranicza dostawcom prawo do oferowania więcej, niż 30% asortymenty pod marką własną. Ustawa jest tyleż ciekawa i szczegółowa, co kontrowersyjna: w konsultacjach zgłaszane są do niej uwagi zarówno legislacyjne, jak i merytoryczne. Wątpliwości wobec niej mają niestety także przedstawiciele organizacji zrzeszających polskich handlowców. Projekt firmowany jest przez posłów rządzącej koalicji, więc w przedwyborczej atmosferze legislacyjnego sprintu ma szansę stać się obowiązującym prawem. Brak szerokiej dyskusji nad tak istotnym projektem dobrze obrazuje stan naszej debaty publicznej o rynku spożywczym.

Podobnie sprawa ma się ze sprawą pożyczek Banku Światowego i Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju dla niemieckich sieci handlowych: Lidla i Kauflana. Przypomnijmy: zgodnie z doniesieniami The Guardian właściciel sieci otrzymał w ciągu dekady blisko miliard dolarów pożyczki na rozwój w Europie Środkowej i Wschodniej na „dostarczanie biednym konsumentom dobrej żywności po przystępnych cenach”. Solidarność zwróciła się w tej sprawie do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta o zbadanie, czy doszło do złamania przepisów o nieuczciwej konkurencji. UOKiK odpowiedział, że sprawą się nie zajmie, gdyż polskie władze nie mają wyłącznej kontroli nad środkami z wymienionych międzynarodowych instytucji. Już taka odpowiedź powinna być przyczynkiem do poważnej debaty nad tym, czy regulator ma realne narzędzia ochrony polskich firm przed nieuczciwą konkurencją.

Drugi wątek związany z tą sprawą dotyczy intelektualnej kolonizacji naszych mediów i debaty publicznej. Media skoncentrowały się jedynie na opisanych przez The Guardian gazetę pożyczkach dla niemieckiej sieć. W Wielkiej Brytanii to chwytliwy temat, bo Lidl agresywnie zdobywa tamtejszy rynek i stanowi realną konkurencję – zarówno na Wyspach, jak i w innych państwach – dla brytyjskiego Tesco. Ciekawe jednak, że nikt w Polsce nie zadał sobie trudu, by sprawdzić, czy takie pożyczki otrzymały również inne sieci aktywne w Polsce. Wystarczy wejść na stronę EBOiR by dowiedzieć, się 100 000 000 złotych pożyczki na rozwój franczyzy w Polsce otrzymała też francuska sieć Intermarche. Skoro jednak nie napisała o tym brytyjska gazeta, to trudno oczekiwać, by tematem zajęły się polskie media. 

Polishwashing na porządku dziennym

Skoro już przy Intermarche jesteśmy, to warto odnotować, że w reakcji na słowa premier Ewy Kopacz wychwalających Biedronkę, sieć wysłała jej kosz warzyw i owoców „od polskich przedsiębiorców”. Faktycznie, francuska sieć działa w modelu franczyzowym, a jej sklepy prowadzone są przez Polaków i funkcjonują jako zarejestrowane w Polsce spółki z o.o. Czy to jednak wystarczy, by prowadzić marketing pod sztandarem „polskiej przedsiębiorczości”?

Z pewnością nasila się w Polsce zjawisko podkreślania mniej lub bardziej realnej „polskości produktu” przez zagraniczne firmy. Zajmująca się patriotyzmem konsumenckim badaczka dr Joanna Szalacha błyskotliwe, na wzór pseudoekologicznego greenwashingu, nazwała to zjawisko polishwashingiem. W niedawnym tekście zaproponowałem szereg działań, które mogłyby je ograniczyć, a w polemice Marek Steinhoff-Traczewski wzywał, by formułując legislacyjne postulaty przy tej okazji nie wylać dziecka z kąpielą. Dobrze by było, gdyby ta dyskusja wyszła jednak ponad łamy naszego portalu.

Portfelami głosujmy na polski kapitał

Najważniejsza kwestia dotyczy jednak nie regulacji, a potrzeby edukacji konsumentów.

Kilka dni temu sfinalizowano jedną z najważniejszych transakcji ostatnich miesięcy: polski Maspex Wadowice przejął kilka znanych marek z rąk należącej do zagranicznego funduszu grupy Agros Nova. Prezentacja zrepolonizowanych marek wywołała duże zainteresowanie internautów, ale w mediach tradycyjnych powstanie w wyniku transakcji największej na polskim rynku grupy spożywczej nie odbiło się istotnym echem.

Tymczasem konsumenci mają niewiele narzędzi, by na co dzień dowiadywać się która z firm jest polska, a która zagraniczna.

Jak wykazali naukowcy z Lublina ok. 40% badanych wykazuje postawy charakterystyczne dla etnocentryzmu konsumenckiego. Choć w światowej literaturze to zjawisko ma częściowo negatywne konotacje, to w polskim przypadku wydaje się zdecydowanie pozytywne. Jak się okazuje dotyczy w największym stopniu mieszkańców większych miast deklarujących bardzo korzystną sytuację materialną. „Gospodarczy patrioci” częściej niż inni kupują też na bazarach i targowiskach, a rzadziej w dyskontach. Wreszcie, przekonanie o słuszności wybierania polskich produktów jest pozytywnie skorelowane ze świadomością konsumencką również w innych obszarach: klienci wybierają polskie produkty żywnościowe, ponieważ postrzegają je jako zdrowsze.

Wobec powyższego trudno traktować promowanie polskich produktów jako nacjonalistyczny kaprys. Problem w tym, że nie istnieją powszechnie znane mechanizmy promowania i edukowania konsumentów o pozytywnych skutkach ich patriotycznych, zakupowych wyborów. Brakuje źródeł i pozainternetowych akcji społecznych, które pomagałyby konsumentom w zdobyciu wiedzy o pochodzeniu produktu. Właśnie ich opracowanie powinno być jednym z priorytetów tej dyskusji.

Konsumencki patriotyzm jest zjawiskiem charakterystycznym dla rozwiniętych narodów i gospodarek. Miejmy nadzieję, że sprawa odznaczenia dla dyrektora Biedronki przysłuży się poważniejszej, bardziej merytorycznej i, co najważniejsze, konstruktywnej debacie o równouprawnieniu polskich firm i edukacji konsumentów. Najlepsze co może zrobić każdy, kogo order dla przedstawiciela portugalskiego koncernu oburzył, to zmiana własnych nawyków zakupowych. Jeżeli zaczniemy konsekwentnie kupować dobre polskie produkty w dobrych polskich sklepach, to wcześniej czy później to nie portugalska, a polska firma stanie się największym w kraju pracodawcą. Repolonizacja polskiej gospodarki to kwestia naszych codziennych, zakupowych wyborów.