Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Ceną walki z inflacją będzie spowolnienie gospodarcze. Jaki kurs powinna obrać antyinflacyjna polityka rządu?

Ceną walki z inflacją będzie spowolnienie gospodarcze. Jaki kurs powinna obrać antyinflacyjna polityka rządu? Krystian Maj/KPRM, źródło: Kancelaria Premiera - flickr.com

W II kwartale 2022 r. inflacja w Polsce osiągała najwyższe wartości od połowy lat 90., a według prognoz Ministerstwa Finansów (zawartych w wieloletnim planie finansowym państwa) do celu NBP miała zbliżyć się dopiero w 2025 r. W połączeniu z eskalacją wzajemnych sankcji pomiędzy Zachodem a Rosją (np. ostatnie odcięcie dostaw rosyjskiego gazu do Polski) daje to bardzo niepokojący scenariusz na kolejne miesiące. To, na ile nasze – konsumentów i wyborców – życie będzie znośne w tych warunkach, zależy od działań władz w zakresie polityki monetarnej i fiskalnej oraz interakcji między nimi.

Właściwe narzędzia we właściwych rękach

Na początek przyjrzyjmy się przyczynom i strukturze obecnego problemu z inflacją. Jedni uznają za główną przyczynę wzrost cen surowców, przede wszystkim energetycznych, wywołany polityką Rosji najpierw w zakresie handlu gazem, potem zaś zbrojną agresją na Ukrainę. Inni uparują źródeł obecnych problemów w luźnej polityce Rady Polityki Pieniężnej i nieskutecznej, a nawet niekiedy przeciwskutecznej komunikacji prezesa Narodowego Banku Polskiego, Adama Glapińskiego.

Prawda, jak to często bywa, leży pośrodku. Na inflację mają wpływ komponenty zewnętrzne, o których w Klubie Jagiellońskim pisano tutaj, czyli m.in. wzrost cen surowców (w szczególności energetycznych, wywołany działaniami Rosji), problemy z dostawami produktów z Azji, niezbalansowanie popytu i podaży po pandemii. Ważne są też komponenty krajowe. W Polsce inflacja zaczęła przekraczać cel NBP już w połowie 2019 r., a tuż przed pandemią, w lutym 2020 r., dobiła do 4,7 proc. To była przede wszystkim „nasza” inflacja – efekt coraz bardziej zaciętej rywalizacji pracodawców o pracowników niedostępnych przez niską aktywność zawodową, pełzający kryzys demograficzny i luka kompetencji. Było to także spowodowane wysokim popytem napędzanego świetną sytuacją na rynku pracy i silnie ekspansywną polityką fiskalną (likwidacją kryterium dochodowego w świadczeniu 500+, zerowym PIT-em dla młodych, 13. emeryturą), a także kosztownymi zaniedbaniami w transformacji sektora energetycznego.

Potem jednak zaczęła się pandemia, ceny ropy i wielu innych surowców gwałtownie spadły, a konsumpcja przejściowo wyhamowała ze względu na obawy przed kryzysem i znacznie mniejsze możliwości realizowania potrzeb z racji zamkniętych sklepów, restauracji i kin. Na kilka miesięcy przestaliśmy się martwić inflacją. Prawie cały 2021 r. upłynął pod znakiem bardzo niskich stóp procentowych. Jednak inflacja zaczynała rosnąć coraz szybciej. Mimo to pierwsza podwyżka stóp przez NBP nastąpiła dopiero w październiku ubiegłego roku. Jak więc ocenić działania NBP wobec rosnących cen?

Za wcześnie na odpowiedź, czy i w jakim stopniu wcześniejsze rozpoczęcie cyklu podwyżek stóp procentowych uchroniłoby nas przed dwucyfrową inflacją w pierwszych miesiącach bieżącego roku. Polityka monetarna działa z opóźnieniem liczonym w kwartałach, a do tego trzeba jeszcze wydzielić wpływ obniżek podatków pośrednich wprowadzanych w kolejny miesiącach. To też utrudnia proste porównania inflacji w Polsce do tej w Czechach i na Węgrzech, gdzie wprowadzono własne tarcze antyinflacyjne i częściowo już się z nich wycofano (Czechy) lub prawdopodobnie stanie się to w połowie roku (Węgry).

Ocenie poddawane powinno być nie tylko tempo podwyżek stóp procentowych, ale i trudniej mierzalne, choć nie mniej istotne działania banków centralnych, czyli komunikacja NBP z uczestnikami rynku finansowego i kredytobiorcami. Dobra komunikacja z opinią publiczną wzmacnia wpływ standardowych narzędzi polityki monetarnej na rynki finansowe i oczekiwania inflacyjne. Pozwala też uniknąć gwałtownych zawirowań na rynkach, w tym na rynku walutowym. Przekonamy się o tym zapewne już wkrótce, gdy stopy procentowe podniesie amerykański Fed. Krok ten był od dawna zapowiadany, więc większość liczących się graczy (inwestorzy, instytucje finansowe, nabywcy obligacji) jest na niego przygotowanych – wyceniła go i dostosowała do niego swoje plany. Brak zaskoczenia podwyżką sprawi, że faktycznie zacznie ona działać jeszcze przed jej wprowadzeniem. Gospodarka rozchwiana już i tak gigantyczną niepewnością nie doświadczy kolejnego szoku.

Słowa prezesa NBP mają znaczenie

Podczas gdy przynajmniej od światowego kryzysu finansowego wiodące banki centralne przykładają coraz większą wagę do jasnego przekazywania swoich zamiarów (ang. forward guidance), jeszcze jesienią poprzedniego roku prezes Glapiński chwalił się tym, że rynki podwyżką zaskoczył, bo taki był jego cel. Taka polityka komunikacyjna nie wpływa dobrze na stabilność rynku finansowego.

W miesiącach bezpośrednio poprzedzających pierwszą w cyklu, październikową, podwyżkę stóp procentowych w Polsce prezes nazywał krokiem nie tylko niepotrzebnym, ale i „szkolnym błędem”. Dziś niektórzy komentatorzy zarzucają Glapińskiemu, że wprowadził w błąd kredytobiorców. Nie przywiązywałabym wielkiej wagi do takiego argumentu. Do momentu, gdy inflacji było bliżej do oficjalnego celu NBP i poziomu, do którego wszyscy się przyzwyczailiśmy, niż do wartości dwucyfrowych, oglądanie konferencji prezesa NBP pozostawało zajęciem dla tych, którzy robią to z zawodowego obowiązku i niektórych koneserów polityki. Komunikaty prezesa wpływały jednak na to, co o horyzoncie czasowym podwyżek myślały m.in. udzielające kredytów banki, a także rynki, co z kolei sprzyjało osłabieniu złotego i podnosiło koszty importu. Miarą nieskuteczności komunikacji NBP może być też szeroki przedział oczekiwanych przez analityków podwyżek stóp procentowych przed każdym posiedzeniem RPP.

Jednak od kilku miesięcy RPP konsekwentnie podnosi stopy procentowe, a prezes zmienił komunikację na zdecydowanie bardziej jastrzębią. Celem podwyżek stóp jest ściągnięcie pieniędzy z rynku, zahamowanie udzielania nowych kredytów i obniżka dochodów rozporządzalnych tych osób, które kredyty już zaciągnęły. To w tej chwili prawdopodobnie najbardziej drożny kanał transmisji polityki monetarnej (tak w ekonomii nazywa się mechanizm oddziaływania m.in. zmian stóp procentowych na tempo wzrostu cen).

Zwiększenie skłonności do oszczędzania, dosyć podręcznikowy kanał transmisji polityki monetarnej, nie będzie działał, dopóki realne stopy procentowe (uwzględniające tempo inflacji, pozostają głęboko ujemne. Dodatkowo nadpłynność w sektorze bankowym, czyli duża ilość gotówki, jaką banki aktualnie dysponują) sprawia, że banki nie są zbyt zainteresowane konsumenckimi depozytami i nie podnoszą oprocentowania lokat w tempie proporcjonalnym do podwyżki oprocentowania kredytów.

Nie działa też zbyt dobrze kanał transmisji przez rynek walutowy. Wyższe stopy procentowe oznaczają większą premię za ryzyko dla nabywców polskiej waluty. Wojna za naszą wschodnią granicą generuje taką niepewność dla międzynarodowych inwestorów, że 1 pkt proc. w tę czy inną stronę nie przesądza o ich skłonności do inwestowania w polskie aktywa. Wobec tego RPP nie pozostaje nic innego, jak liczyć na to, że rosnące stopy zahamują możliwości wydawania pieniędzy przez gospodarstwa domowe i firmy, a silne ograniczenie popytu zahamuje wzrost cen przynajmniej w tej części, w której nie wynika on z procesów poza zasięgiem władztwa RPP.

RPP dąży więc pośrednio do wymuszenia spowolnienia gospodarczego. Nie ma w tym nic dziwnego. Nie jest to skutek uboczny, ale część drogi prowadzącej do celu RPP, którym jest zapewnienie stabilności złotego, rozumianej jako umiarkowana inflacja (konkretnie 2,5 proc. rocznie w średnim okresie). Taki poziom jest uznawany, trochę arbitralnie, trochę z przyzwyczajenia, za korzystny dla długookresowego wzrostu gospodarki. Niekiedy trzeba spowolnić ją na pewien okres, aby zniwelować ryzyko, że straci ona stabilne warunki rozwoju. Ta czasowa niespójność problemu polityki monetarnej powoduje, że trudno byłoby ją prowadzić decydentom z demokratycznym mandatem.

Demokratycznie wybierani politycy zawsze będą preferować luźną politykę monetarną dającą szanse na przyśpieszenie gospodarki „dziś” za przyszłą i niepewną cenę wyższej inflacji „jutro”. Zbudowana na wielu bolesnych doświadczeniach świadomość takiego stanu rzeczy doprowadziła do upowszechnienia się modelu niezależnych banków centralnych, przynajmniej w demokratycznych krajach. Nie jest on idealny, władze monetarne wybierają i tworzą omylni ludzie, ale doświadczenie pokazuje, że jest to najbardziej stabilny model z tych dotychczas wymyślonych i sprzyjających w długim okresie rozwojowi gospodarek.

Kiedy władze monetarne zaczynają przyduszać gospodarkę wyższymi stopami procentowymi, politycy mogą rozłożyć ręce i powiedzieć: „Oni są od nas niezależni, my nic nie możemy zrobić”. W większości przypadków będzie to prawdą, bo do władz monetarnych zwykle nominuje się na ograniczoną liczbę kadencji (w Polsce – jedna dla członków RPP i dwie dla prezesa NBP) ekspertów, którzy podejmując decyzje, myślą raczej o swojej profesjonalnej reputacji niż o politycznych korzyściach. Transfery z władz monetarnych do polityki (lub z powrotem do polityki) zdarzają się, ale nie są regułą.

Niezależność to nie obojętność 

Niezależność banków centralnych koncentrujących się raczej na inflacji niż na krótkookresowym wzroście gospodarczym, w odróżnieniu od rządów, teoretycznie powinna zapewniać zbilansowany policy mix, czyli odpowiednią do okoliczności mieszankę polityki monetarnej i fiskalnej. Raz ważniejszą rolę może odegrać rząd, raz sytuacja wymaga przede wszystkim reakcji że strony banku centralnego. Ciała te podejmują decyzje niezależnie od siebie, ale ze świadomością, jak wpływa to na drugiego gracza. To, że są od siebie niezależne, nie oznacza, że nie mogą i nie powinny ze sobą współpracować. Wspieranie rządowej polityki jest bezpośrednio zdefiniowane jako cel (drugi, poboczny) Rady Polityki Pieniężnej, o ile nie zagraża to realizacji głównego zadania, czyli stabilności pieniądza.

Tak było np. w momencie wybuchu pandemii COVID-19. Szok związany z wprowadzeniem ograniczeń ludzkiej aktywności społecznej i gospodarczej dotknął przede wszystkim gospodarkę realną. Banki centralne luzowały nieco politykę monetarną, żeby wesprzeć rządy tanim pieniądzem, bo w sytuacji skokowego wzrostu niepewności i jednocześnie wzrostu awersji do ryzyka banki i tak nie chciały udzielać kredytów, a firmy i gospodarstwa domowe ich brać. Tak było w Polsce, Europie i w większości państw świata.

Teraz jednak sytuacja jest inna. Wojna na Ukrainie i sankcje gospodarcze nałożone na Rosję oczywiście spowalniają gospodarkę realną, ale jak na razie w dosyć umiarkowanym stopniu. Zwiększają natomiast do groźnych rozmiarów już wcześniej widoczny problem wysokiej inflacji. Walka z nią jest przede wszystkim zadaniem RPP. Rząd niespecjalnie może jej pomagać – najbardziej dezinflacyjnym instrumentem rządu byłaby podwyżka podatków, ale to nie jest dobry pomysł w obecnych warunkach ani dla spowalniającej gospodarki, ani dla polityków odliczających już miesiące do przyszłorocznych wyborów.

Przede wszystkim nie szkodzić

Skoro jednak rząd nie może pomóc RPP, to jednak mógłby jej nie przeszkadzać, oczywiście w granicach swojego mandatu. Sankcje na Rosję (bez względu na ich wpływ na inflację) to polityczny priorytet, tak samo jak pomoc dla uchodźców generująca dodatkowe wydatki publiczne. Ważne, żeby były skierowane precyzyjnie tam, gdzie są niezbędne, i były tak niskie, jak to konieczne – to sposób, żeby ograniczyć do minimum „psucie” tego, co stara się zrobić RPP.

W obecnej rządowej polityce są dobrze skalibrowane instrumenty. To dopłaty do nawozów mające ograniczyć koszty produkcji rolnej i zapewnić w nadchodzącym sezonie dobre plony z dostatecznie użyźnionych pól. To dodatek osłonowy dla gospodarstw domowych o niższych dochodach, choć myślę, że lepiej byłoby zwiększyć fundusze na istniejące już instrumenty polityki społecznej. W końcu to Fundusz Wsparcia Kredytobiorców skierowany do osób, które znalazły się w sytuacji, gdy obsługa bankowego zadłużenia pochłania zbyt wielką część domowego budżetu.

Mam jednak nieodparte wrażenie, że polityka rządu jest niestety proinflacyjna i nieefektywna. Wszystkie tarcze od obniżek akcyzy i VAT-u przez wakacje kredytowe aż do planowanej kolejnej obniżki PIT-ów i wypłaty 14. emerytury w II połowie roku zwiększają dochody do dyspozycji, więc działają dokładnie przeciwnie wobec tego, co próbuje osiągnąć RPP. Ponadto obniżki podatków pośrednich trzeba kiedyś wycofać, a wtedy ceny momentalnie rosną, i to o więcej niż wcześniej spadły, bo sprzedawcy chętnie skorzystają z ustawowych podwyżek, aby poprawić sobie marże.

Nieefektywność tarcz polega na tym, że ich koszty (głównie w postaci utraconych dochodów publicznych) są niewspółmierne do efektów. Rząd zdecydował się dać każdemu po trochę, zamiast dać więcej, ale najbardziej potrzebującym. W ten sposób ani nie pokonamy wysokiej inflacji, ani nie utrzymamy stabilnego tempa wzrostu gospodarczego, ani nie zapewnimy dostatecznej osłony finansowej realnie ubożejącej części społeczeństwa.

Większość tych narzędzi pomaga również osobom dobrze sytuowanym, na których rosnące ceny i raty kredytów wymusiłyby pewną redukcję popytu, ale nie taką, która zagraża podstawom fizycznej i społecznej egzystencji. Tym osobom, które teraz powinny ograniczyć popyt (lub też zostać nakłonione do ograniczenia popytu), aby umożliwić wyhamowanie inflacji. Tymczasem polityka rządu z ostatnich miesięcy jest silnie proinflacyjna, niezbyt skuteczna na froncie zapobiegania ubóstwu i zdecydowanie krótkowzroczna.

Publikacja powstała w ramach projektu „Nowa gospodarka po pandemii", nad którym patronat objął i udzielił finansowego wsparcia Polski Fundusz Rozwoju S.A.

Tym utworem dzielimy się otwarcie. Utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony oraz przedrukowanie niniejszej informacji.