Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Bartosz Brzyski  21 marca 2015

Centrum kontra peryferie, czyli w pogoni za rozumem

Bartosz Brzyski  21 marca 2015
przeczytanie zajmie 4 min
Centrum kontra peryferie, czyli w pogoni za rozumem facebook.com

Kinematografia jak w soczewce ogniskuje naszą zaściankową potrzebę bycia uznanym, uzyskania stempla jakości dla naszych dzieł filmowych – od festiwalowych krytyków, jury aż po media. To syndrom państw peryferyjnych, które nie są świadome kierowanej wobec nich polityki.   

Porzućmy naiwność. Festiwale filmowe nie są apolityczne. Podlegają prawom poprawności politycznej, mediom lobbującym określone wartości i interesy. Zdominowane w większości przez liberalno-lewicowe środowisko filmowe, wreszcie, co może nieoczywiste, są elementem narodowego soft-power. Aby więc być podmiotowym, należy przede wszystkim być świadomym czynników warunkujących tę grę. Dotyczy to szczególnie Oscarów.

Czy najsłabszy film McQueena Zniewolony otrzymałby 9 nominacji do Oscara, gdyby nie podjęty w nim temat niewolnictwa? Czy Sniper Clinta Eastwooda dostałby więcej statuetek, gdyby w filmie tak silnie nie wyartykułowano interesu narodowego USA i nie promowano patriotyzmu żołnierza z Teksasu? Mimo że ten drugi obraz zobaczyło w Stanach kilkukrotnie więcej osób. To ważny i ciekawy punkt wyjścia do polemiki o znaczeniu nagród dla kształtowania społeczeństwa. Jeżeli zgodzimy się, że nagrody amerykańskiego instytutu filmowego mają przełożenie na świadomość Amerykanów, to dlaczego nie zastosować takiego mechanizmu na większą skalę? Oczywiście w amerykańskim interesie.

Przed falą festiwalowych sukcesów Idy, w mediach mało słyszało się na jej temat. Dyskusję po samej premierze podjęły jedynie środowiska Krytyki Politycznej czy Kultury Liberalnej. Po ogłoszeniu nominacji do Złotych Globów i Oscarów było już jednak zbyt późno na narodową dyskusję o temacie i wadze filmu.

To pokazuje właśnie naszą niedojrzałość. Główny nurt medialny popadł w euforię, prawica się obraziła, a przeważająca część odbiorców nie była w stanie pojąć, co mają z tym zrobić i kogo słuchać. Czy to jest film antyżydowski czy antypolski i wreszcie, czy to naprawdę jest nagroda Polaków. Ida trafi nie tylko do kanonu polskiego kina, ale całej kultury. Trafi do niej tylko dzięki decyzji amerykańskiego jury. Teraz kolejne pokolenia będą oglądać film, z którego interpretacją będą mieli nie lada problem. Jedni znajdą tam propagandę prożydowską, inni dziadków, którzy byli odpowiedzialni za Holocaust. Niezwykły to pech, że dostaliśmy od Amerykanów polski film wszech czasów, z którym nie potrafimy nic konstruktywnego zrobić. A przynajmniej nie na odpowiednio dużą skalę.  

Od lat polską taktyką jest promowanie filmów poprzez nazwiska reżyserów, a nie ich obrazy.Namaszczany jest ten, kto w naszych oczach ma największe szanse na festiwalowy przebłysk.

Bez zastanowienia się nad wartością i sensem, bez zadania sobie pytania, czy aby na pewno to Andrzej Wajda lub Agnieszka Holland są niezastąpionymi wizytówkami polskiego filmu i jedynymi możliwymi ambasadorami polskiej kultury. I chociaż nieoceniony  Andrzej Wajda z roku na rok kręcił coraz to słabsze filmy , to polscy krytycy stawali na głowie, żeby bronić kolejnych przeciętnych obrazów. Zdawało się to wpisywać w polską rację stanu, aby nie podważać tak funkcjonalnej strategii. Były to jednak filmy niekontrowersyjne. Tym razem jednak Ida przysporzyła nam nie lada kłopotu. Film oglądany bardzo chętnie na Zachodzie, zapewne głównie przez artystyczny rys, jednak z niemożliwym do przeoczenia wątkiem polsko-żydowskim. O szczególnej wadze dla Polaków. Czy film otrzymał nagrodę, aby zaszkodzić Polsce lub wzbudzić pewne nastroje w społeczeństwie? Zapewne nie. Ale czy jest to możliwe? Zdecydowanie tak.   

Wato posłużyć się przykładem, jak nagroda filmowa może oznaczać afirmację dla społeczeństwa państwa peryferyjnego. W 2009 roku irański film Nikt nie rozumie perskich kotów otrzymuje nagrodę specjalną jury w Cannes. Historia przedstawiała podziemne życie kulturalne i towarzyskie Irańczyków, którzy związani restrykcyjnym prawem nie mogą cieszyć się takimi swobodami jak społeczeństwa zachodnie. W swoim reportażu Łukasz Szoszkiewicz przytacza wypowiedź znajomego Irańczyka, który relacjonuje: „Moja mama chciała przemycić w artykule wzmiankę o filmie i nagrodzie, ale kazali jej to usunąć. Pamiętam, że wróciła wtedy do domu w bojowym nastroju i zorganizowała pokaz właśnie tego filmu”.Jego kolega dodaje zaś, że „Irańczycy są bardziej amerykańscy niż Amerykanie”. Już dwa lata później irański film Rozstanie dostaje Oscara w kategorii filmu nieanglojęzycznego. Po raz kolejny pokazuje się wyraźny rozdźwięk między społeczeństwem irańskim, a władzą. Obraz dostaje w sumie 22 nagrody na festiwalach Europy i Ameryki.

Bieżąca polityka i wzmożone zainteresowanie państwami peryferyjnymi może decydować o większym zainteresowaniu filmem. Część krytyków przyznaje otwarcie, że nie ogląda wszystkich festiwalowych obrazów.

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że zdobywca tegorocznego Złotego Globu Lewiatan Zwiagnicewa także zyskał na niezwykle silnej krytyce Rosji. Oczywiście Zwiagnicew jest świetnym reżyserem, ale ostatnie imperialne zakusy Rosji przyczyniły się walnie do zainteresowania Lewiatanem i przedstawienia państwa Putina w jak najgorszym świetle. Ten film dostarczył kolejnych argumentów do walki z Rosją. Stał się „najlepszą” wizytówką Rosji na Zachodzie.

Nie twierdzę, że Lewiatan czy Rozstanie są filmami złymi czy przeciętnymi. Wręcz przeciwnie, to znakomite obrazy. Dowodzę jedynie, że polityka może mieć wpływ, w różnym stopniu, na ich większe lub mniejsze promowanie. Mieć przełożenie na festiwalowe werdykty.

W moim przekonaniu sukces Idy jest momentem, w którym mogliśmy udowodnić naszą dojrzałość i fakt, że odpowiedzialnie i świadomie podchodzimy do dyskusji o kulturze. Tak się niestety nie dzieje.

Dziś, jedynie na własną rękę, na portalach środowiskowych czy ideowych lub w kwartalnikach, możemy podejmować takie tematy i sprawiać, że mozolnie będziemy odzyskiwać naszą podmiotowość.