Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Bartłomiej Walentyński  24 sierpnia 2014

Walentyński: Po co Sikorski wydał 10 funtów?

Bartłomiej Walentyński  24 sierpnia 2014
przeczytanie zajmie 2 min
Walentyński: Po co Sikorski wydał 10 funtów? flickr.com

Słowa o masowym kształceniu i produkcji tysięcy bezrobotnych magistrów wybrzmiały już wiele razy. Niezliczeni publicyści, naukowcy czy studenci głowili się nad tym, jak to się dzieje, że setki tysięcy osób biegną na studia nie dające ani pracy, ani doświadczenia, ani perspektyw. Ale teraz chyba można odetchnąć z ulgą, bo spór Waszczykowskiego z Sikorskim jasno wskazuje na źródło problemu.

Jakoś tak głupio się ostatnio złożyło, że nie tylko większość zapragnęła mieć magistra, ale poczuła presję z otoczenia, by ten tytuł zdobyć. Czasem byli to rodzice i koledzy, a czasami twarde przepisy wymagające posiadanie danego stopnia naukowego, by móc pracować na konkretnym stanowisku.

Można pomyśleć, że idea, by na wysokich szczeblach pracowali wyłącznie świetnie wykształceni ludzie, była szlachetna. Niestety okazała się być głupia i szkodliwa od samego początku. Prawdopodobnie po części z powodu upowszechnienia się studiów wyższych,  a także niejednoznacznej wartości dodanej wynikającej z ukończenia danego etapu studiów.

Oczywiście sytuacja ta została zauważona przez sektor prywatny, a jako przykład można podać jedną z ostatnich akcji marketingowych warszawskiego biura McKinsey&Company Firma ta rzuciła proste hasło: Masz już tytuł licencjata? Dla nas Twoje wykształcenie jest ważne – teraz posiadając tytuł licencjata możesz zostać konsultantem.

Dlatego warto się zastanowić nad tym, co demonstruje posiadanie tytułu naukowego licencjata, a co tytułu magistra.

Szczególnie w sytuacji, gdy w krajach takich jak Wielka Brytania czy USA (gdzie znajdują się najlepsze uniwersytety według rankingów międzynarodowych) powszechnym jest to, że studia najczęściej kończą się na poziomie BA (licencjata) dla tych, którzy są zainteresowani rozwojem zawodowym, a nie pozostaniem w świecie akademickim.

By uwypuklić sytuację, wystarczy pomyśleć o sytuacji, w której Radek Sikorski nie wyjechał na Oxford, tylko skończył studia magisterskie na jednej z Wyższych Szkół Wszystkiego Najlepszego. Obstawiam, że w takiej sytuacji nikt by nawet nie pomyślał o nim jako o osobie niewykształconej. Ba, zaoszczędziłby tych 10 funtów wydanych na honorowy tytuł Master of Arts. To, co jest kuriozalne, to sam fakt, że minister, który ma za sobą lata doświadczenia zawodowego, musi posługiwać się w niektórych kręgach tytułem honorowym tylko po to, by nikt nie pomyślał, że absolwent elitarnego kierunku PPE na Oxfordzie nie jest przypadkiem przysłowiowym „chamem bez matury”.

Oczywiście można mnożyć kolejne przykłady, w których obecne uwielbienie tytułu magistra daje efekty: chociażby prawie pewna zmiana prawa, która przywróci otrzymywanie tytułu magistra prawa wyłącznie dla trybu pięcioletnich studiów jednolitych. Nie kwestionuję tutaj faktu, iż prawnik jako osoba zaufania publicznego powinna posiadać odpowiednią wiedzę. Nie wiem tylko, czy odpowiednią wiedzę posiada osoba, która przez pięć lat studiów miała po cztery godziny zajęć tygodniowo.

Dlatego też dyskusja, jaką się obecnie toczy, nie powinna w żaden sposób koncentrować się na tym, jaką wiedzę posiada Radek Sikorski i czy rzeczywiście dyplom z Oxfordu ma jakiekolwiek znaczenie. Powinna ona rzucić pytanie, czy obecne regulacje prawne są dobre i sprawiedliwie oceniają kompetencje poszczególnych osób.

Rozsądnym rozwiązaniem byłoby podniesienie rangi tytułu licencjata, który w systemie bolońskim daje możliwość rozpoczęcia studiów doktoranckich na Harvardzie czy Stanfordzie.

Przy takim układzie nie tylko absolwenci Oxfordu nie musieliby udowadniać swoich kompetencji, ale także może i polskie uczelnie postarałyby się, żeby te trzy lata spędzone na studiach licencjackich były rzeczywiście intensywne.