Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Alicja Chwieduk  15 stycznia 2014

Chwieduk: Twoja dusza za 99 franków

Alicja Chwieduk  15 stycznia 2014
przeczytanie zajmie 4 min
Chwieduk: Twoja dusza za 99 franków Christopher Dombres, CC.

O samym Frédéricu Beigbederze można by pisać przez całą stronę, nie wspominając o żadnej jego powieści.

Nie byłaby to jednak przykładna biografia francuskiego pisarza, a garść soczystych plotek na temat skandalizującego celebryty. Autor reklam, prezenter telewizyjny, twarz francuskich prêt-à-porter oraz słynnego domu handlowego La Fayette, redaktor męskiego magazynu „Lui”, DJ w najdroższych paryskich klubach. Zachowanie 48-latka od dawna elektryzuje francuskie środowisko, bynajmniej nie tylko literackie. Pięć lat temu został aresztowany za wciąganie kokainy z maski samochodu o trzeciej nad ranem. W zeszłym roku podpisał manifest „343 łajdaków”, żywo sprzeciwiając się projektowi ustawy karzącej mężczyzn korzystających z usług prostytutek. Zdjęcia Beigbedera dostępne w Internecie (od tych nagich dla talk-show „Le Grand Journal”, przez fotografie z imprez, po stonowane artystyczne kadry z książkami w tle) starczyłyby z pewnością na niejeden bulwersujący reportaż.

A mimo to Beigbeder jest najpierw pisarzem. Od tej informacji zaczynają się wszystkie jego biografie, to jego „pisarski” profil na Facebooku ma najwięcej fanów. Mamy więc do czynienia z celebrytą – literatem. Sytuacja o tyle intrygująca, że „celebryta” kojarzy się zwykle z hałaśliwym światem mass mediów, jest bowiem po prostu osobą „znaną z tego, że jest znana”. Beigbeder balansuje natomiast na granicy dwóch rzeczywistości stereotypowo sobie przeciwstawianych – telewizji i literatury. Ostro krytykuje tę pierwszą (za bezrefleksyjny konsumpcjonizm, tandetną masowość), a jednocześnie ostentacyjnie w niej uczestniczy. Ostentacyjnie, żeby nie powiedzieć – perwersyjnie.

Wizerunek Beigbedera trudno oczywiście uznać za kompletny po przytoczeniu tych kilku „masowych” profesji. Francuski pisarz jest również krytykiem literackim, pełnił funkcję wydawcy w paryskim Éditions Flammarion, prowadził programy poświęcone literaturze, w 2012 roku wyreżyserował także swój pierwszy film „L’amour dure trois ans”. Jest wreszcie laureatem prestiżowej nagrody Renaudot za „Powieść francuską”. Przy całym jego gwiazdorstwie i awanturniczej pozie, nie można odmówić mu dobrego pióra. Macza je po sam koniec w materii naszej zachodniej, dostatniej rzeczywistości i sprawnie kreśli jej obraz. Doskonale przy tym gra z estetykami dwóch światów – kultury masowej oraz wysokiej (przyjmuję ten „klasyczny” podział z całą świadomością jego trywialności, a może nawet niezasadności, bo nie miejsce tu na jego obalanie). 

Pytanie o sprzężenie literatury z popkulturą mocno stawia powieść „99 francs” (wznowiona pod tytułem „14,99 €”, a w Polsce znana jako „29,99”), za którą autor został zwolniony z agencji reklamowej Young&Rubicam, w której pracował jako copywriter. Trudno się dziwić. W książce efektownie obnaża mechanizmy funkcjonowania podobnych instytucji. Patrząc na głównego bohatera, zblazowanego copywritera Octave’a, pojmujemy bardzo szybko absurdy i degenerację całego światka reklamy. Hipokryzja, odmóżdżenie, topienie niebotycznych sum w realizacji tandetnych spotów, siedmiogodzinne debaty nad… odcieniem trawnika, który ma być tłem dla pudełka nowego, odchudzającego jogurtu. Wszystko oblepia obsesja na punkcie pieniędzy i władzy.

Jestem specjalistą od reklamy: owszem, to ja zarzucam was śmieciami. Jestem facetem, który wciśnie wam byle gówno. Który każe wam śnić o wszystkich tych rzeczach nieosiągalnych dla waszego portfela. (…) Kiedy uzbieracie trochę grosza i uda wam się kupić wymarzony wóz (ten, który promowałem w mojej ostatniej kampanii), w mig sprawię, że stanie się on niemodny. (…) Uzależniam was od nowości, a dobrą stroną każdej nowości jest to, że nigdy nie pozostaje nowa. (…) W moim zawodzie nikt nie życzy wam szczęścia, bo ludzie szczęśliwi nie konsumują – mówi Octave.

I dodaje:

Tak dobrze penetrować wasz mózg. Szczytuję w waszej prawej półkuli. Wasze pragnienia już do was nie należą, narzucam wam swoje. Zabraniam wam przypadkowych pragnień. (…) W ciągu dwóch tysięcy lat jeszcze nigdy żaden kretyn nie był tak potężny jak ja.

Powieść, która – najdosadniej mówiąc – babrze się w kokainie, spermie, ślinie i forsie nie zadowala się zwykłym wywołaniem oburzenia u czytelników. „29,99” przesuwa nam przed oczami dramat 33-letniego mężczyzny. Dramat osoby, która ma wszystko, ale tylko to, co można kupić: od markowej bielizny, przez kokainę, po najdroższe prostytutki. Wszystko, które nie wyzwala, a przytłacza, ciągnie w dół ku zatraceniu i szaleństwie. Octave, który odkrywa, jak bardzo jest żałosny, obrzydliwie uzależniony od całej machiny, słaby i konformistyczny, dokonuje na naszych oczach najpełniejszej spowiedzi.

Jest jednak w tej powieści coś więcej nad proste zadumanie, że reklamy kłamią, a pieniądze nie dają szczęścia (pewna bohaterka stwierdza zresztą, że aby to szczerze powiedzieć, należy doświadczyć i jednego, i drugiego…). Powieść stawia nam kilka pytań, w tym o wolność. Ale nie chodzi o tę już modelową, trochę zużytą „wolność od telewizji”, „wolność od narkotyków”. Raczej o świadomość i odpowiedzialność w kształtowaniu własnego życia. Pytanie o obsesyjną ucieczkę przed nudą. Jak radzimy sobie z nadmiarem bodźców, medialną rzeczywistością, w której obrazy, kolory, dźwięki zmieniają się jak w kalejdoskopie? Czy potrafimy się jeszcze… nudzić? Także pytanie o ciało. Ciało na usługach. Zgodnie z regułami świata reklamy przestaje ono przynależeć do konkretnej osoby, przestaje być integralną częścią całej istoty, a zyskuje status (pół)produktu. Do reklamy potrzeba tylko części. To nie kobieta reklamuje nowy jogurt, a piękne, apetyczne usta. Ciało dowolnie ulega rozbiciu, bo samo w sobie nie ma żadnej wartości. Przychodzą wreszcie na myśl refleksje nad samym współczesnym pisarstwem. „29,99” pokazuje, że dobra literatura potrafi żywić się tym, co z tak zwaną kulturą wysoką nie ma nic wspólnego. Bo przecież w utworze Beigbedera nie o epatowanie chodzi, a o zatrzymanie na chwilę potoku reklamowych sloganów i przyjrzenie się całej konsumpcyjnej machinie z dystansu. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że w „29,99” to nie pisarz schodzi do poziomu tendencyjnych reklam odchudzających serków, a wznosi pusty, komercyjny świat do poziomu sztuki. A co więcej, całkowicie wbrew jego założeniom, każe poddać go refleksji.

Wiecie, czym różnią się bogaci od biednych? Biedni sprzedają narkotyki, żeby zarobić na nike’i, a bogaci sprzedają nike’i, żeby zarobić na narkotyki.

Beigbeder nie raz daje do myślenia. I to za jedyne 29,99 zł.