Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Piotr Suskiewicz  5 grudnia 2013

P. Suskiewicz: Architektura ma znaczenie dla studenta

Piotr Suskiewicz  5 grudnia 2013
przeczytanie zajmie 5 min
P. Suskiewicz: Architektura ma znaczenie dla studenta uj.edu.pl

Polskie uczelnie się budują. Proceder to ze wszech miar chwalebny i godny naśladowania, wszak najwyraźniej nowe znaczy lepsze. Warto jednak dokładnie przyjrzeć się, czym częstowani są dzisiejsi studenci i jaki wpływ na nich będzie mieć otoczenie, w którym przyjdzie im się uczyć. Doskonałą okazję ku temu daje nam zorganizowany przez portal infoarchitekta.pl konkurs na najpiękniejszą polską uczelnię.

W ostatnim czasie rozgorzała dyskusja nad kondycją i przyszłością polskiego szkolnictwa wyższego. Nie brakuje głosów bardzo krytycznie oceniających sytuację, w jakiej się ono znalazło, a nie dającego zbyt wielkiej nadziei na poprawę. Autorytety biją na alarm. Wini się władze uczelni, samych studentów, ale przede wszystkim system i jego uwarunkowania polityczne. Nikt jednak nie wspomina o materialnym środowisku, jakie oferują nam nasze uczelnie i jego wpływie na proces studiowania. Co do tego, że taki wpływ istnieje, nie powinniśmy chyba mieć wątpliwości, pozostaje natomiast pytanie o jego wagę. Jestem głęboko przekonany, że jest ona znacznie większa, niż sugerowałby brak jakiejkolwiek refleksji na ten temat. Nie stanowi może źródła choroby, która drąży polskie szkolnictwo, ale z pewnością znacznie ją pogłębia.

Czym tak naprawdę jest studiowanie? Myślę, że każdy żak spotkał na swojej drodze profesora szczególnie uczulonego na etymologię tego słowa. Profesora, który z naciskiem i niestrudzenie przypomina każdemu młodemu rekrutowi, że studiować znaczy zgłębiać nauki samodzielnie, zanurzać się w oceanie wiedzy i z drobną, ale jedynie drobną, pomocą mentora, obeznanego już z naturą tego oceanu wyławiać z niego to, co najcenniejsze. Prowadzi to do kolejnego faktu, że studentem się jest, nie bywa, jest się nim w zasadzie nieustannie. Rozmywa się to nam współcześnie, gdy coraz częściej student rozerwany jest między tym, czym zajmować się powinien, a pracą lub innymi czaso- i energiochłonnymi sprawami.

Studentem jest się zatem nie tylko podczas zajęć, w sali lekcyjnej. Jest się nim może nawet bardziej w bibliotece, ale przecież także gdzie indziej. Jest się nim w gabinecie profesora, czy to podczas konsultacji, czy zwyczajnej rozmowy, jest się na korytarzu, w gronie pozostałych studentów dyskutując na mniej lub bardziej (a czasem wcale nie) akademickie tematy. To wszystko wydaje się zrozumiałe. Trudniej przychodzi natomiast pojąć fakt, że nie przestaje się być studentem na ulicy, w kawiarni, w sklepie. Nie przestaje się nim być podczas obiadu, kolacji, spotkania przy piwie. Pozostaje się nim nawet wtedy, gdy udaje się na spoczynek.

Przystępując do projektowania uczelni, należałoby zatem wziąć pod uwagę także wszystkie te czynności, które zdają się ze studiowaniem wiele wspólnego nie mieć, a które jednak każdy student wykonywać musi. Należałoby zadbać o to, aby zajmując się tym wszystkim, czym każdy człowiek zajmować się potrzebuje, studentem niezachwianie pozostawać. Chociażby za sprawą przebywania w studenckim środowisku, choćby poprzez otoczenie studencką bracią.

Gdy spojrzymy na prezentowanych nam 10 nowych budynków polskich uczelni na pierwszy rzut oka może się wydawać, że pięknie się one różnią. Jeden się błyszczy, drugi jest w kratkę, trzeci w paski, a jeszcze inny – ze szkła. Kiedy jednak uda nam się zajrzeć za te prześliczne fasady, dostrzeżemy, że w rzeczywistości wszystkie te budynki prezentują jeden wspólny prąd. Prąd, którego początków próżno chyba w ogóle szukać, który jednak w ostatnich dekadach znacznie przybrał na ekstremalności. Wszystkie gmachy są megastrukturami, na swej ogromnej powierzchni mieszczącymi wszystko to, czego student może zapragnąć. Znajdujące się tam sale są z pewnością wygodne i doskonale wyposażone, gabinetów profesorskich jest bez wątpienia pod dostatkiem, a nie brakuje też zapewne przestrzeni dla studentów, gdzie mogą oni odpocząć lub przedsięwziąć coś w większej grupie. Nie ma wątpliwości, że przebywając tam, studiujesz. Nie ma też wątpliwości, że gdy opuszczasz taki budynek, studiować przestajesz. Granica między tymi dwoma światami została nakreślona aż nazbyt wyraźnie.

Dążność do zamknięcia w obrębie jednych murów, pod jednym dachem jak największej liczby funkcji stała się dziś wręcz obsesyjna. Nie da się ukryć, że jest w tym wygoda, gdy cały dzień można spędzić, w zasadzie się nie przemieszczając. Zwłaszcza w okresie zimowym: zostawia się kurtkę w szatni i spokojnie lawiruje między salami, biblioteką, dziekanatem a stołówką. Najlepiej, żeby jeszcze dało się suchą stopą przedostać się na audiencję u rektora i immatrykulację. Cena, jaką płacimy za tę wygodę, jest tymczasem niezwykle wysoka. Jest nią życie wysysane ze studenckiego dnia. To życie, które rozgrywa się właśnie na odcinkach „między”: między salą a stołówką, między dziekanatem a biblioteką.

Wszystko rozbija się o modernistyczną ideę funkcjonalnego strefowania. Człowiek jako obiekt na taśmie produkcyjnej. Ciepłe gniazdko – praca – konsumpcja – ciepłe gniazdko. A przemieszczamy się oczywiście w szczelnie zamkniętej kapsule. Wydawać by się mogło, że eksperymenty pokroju niemeyerowskiej Brazylii pokazują wystarczająco dobitnie, że człowiek nie może funkcjonować jak maszyna; że gwarantem tętniącej i inspirującej społeczności jest wzajemne przenikanie się  wszystkich obszarów życia. Mimo to idea ta pozostaje ciągle żywa. Nie tylko w sferze projektowania uczelni, ale w tej właśnie sferze szczególnie wyraźna. Póki co zatrzymaliśmy się na poziomie wydziałów, ale tylko czekać, aż ktoś odważny wpadnie na pomysł stworzenia całej uczelni, która mieściłaby się w jednym kolosalnym obiekcie.

Tymczasem rozdrobnienie, rozbicie wydziałów na mniejsze składowe, zgodnie z ich funkcjami, niesie za sobą inną ważną cechę. Malowniczość. Kategoria ta znika dziś zupełnie z naszego życia, wypierana przez postępującą uniformizację brył budynków. Na jej miejsce przychodzi nuda, potrafiąca całkowicie zabić przyjemność ze zwykłego spacerowania po mieście. Tego spacerowania, któremu bez pamięci potrafimy się oddać wśród wąskich włoskich uliczek,  paryskich bulwarów czy, żeby nie szukać tak daleko, na krakowskim rynku. Dla tych, którzy uznają te wynurzenia jedynie za sentymentalne wzdychanie, pozostaje jeszcze kategoria prawdy. Żaden wydział nie jest strukturą jednolitą. Składają się nań zarówno miejsca bardziej wyniosłe, jak i te bardziej pospolite. Inną bowiem rangę ma stołówka, a inną – sala rady wydziału, inaczej nawet dobiera się ubiór, udając się na zwykłe zajęcia, a inaczej na spotkanie z dziekanem. Dobrze by było, gdyby ta hierarchiczna struktura odzwierciedlona była w przestrzeni, a nie jedynie zasygnalizowana przy użyciu stosownych tabliczek. Z łatwością uzyskamy taki efekt, wznosząc niewielki, ale kunsztowny pałacyk dla dziekana, studenckie sale umieszczając natomiast w budynku znacznie prostszym, choć nie mniej wygodnym, skąd z kolei z respektem wzejść będzie trzeba odrobinę wyżej do profesorskich gabinetów. A nuda przy tym niechybnie odejdzie w zapomnienie.

Na temat elewacyjnych fantazji naszych drogich uczelni nie wypowiadam się wcale. Jest to bowiem ostatnia sprawa, o jaką troszczyć się należy, gdy problem leży u samej podstawy. Sam budynek może być bowiem doskonały, cóż jednak z tego, kiedy nic nie wnosi on do całości, jaką w tym wypadku jest przede wszystkim uczelnia, ale przecież także i miasto, ogół otoczenia. Cóż z tego, że wewnątrz panuje idealny mikroklimat, kiedy nie wpływa on na wytworzenie atmosfery wokół. Studencka produktywność szybować może w niebiosa, dopóki pozostają na zajęciach, na nic to jednak, kiedy ulatuje wraz z opuszczeniem wielce szacownego przybytku.

Wystarczy tylko przejść się uliczkami Oksfordu czy Cambridge, żeby poczuć, że nauka wręcz unosi się tam w powietrzu. Nieważne, czy akurat zatrzymałeś się, by coś zjeść, przymierzasz ubrania w sklepie odzieżowym, czy czekasz na autobus, cały czas towarzyszy Ci myśl: chętnie bym się  pouczył. I nie trzeba wcale szukać aż tak daleko: w mniejszej skali mamy to przecież na krakowskich uliczkach w okolicy Collegium Maius. Przykłady są tak namacalne, ale dziś nie lubimy z nich czerpać. Bo co było, to było, a to, co jest, nawet jeśli jakieś takie niewydarzone, jest nowe. A tak to jeszcze by nam zarzucili nieoryginalność.

Co zatem czynić należy, powiem, aby nie zostać posądzonym o krytykanctwo i pesymizm. Chodzi o wtłoczenie życia w uniwersytet poprzez wtłoczenie uniwersytetu w życie. O nanizanie niezbędnych dla studenta auli, sal, gabinetów i laboratoriów na nici miejskiej tkanki. Tak, aby student mógł widzieć niekoniecznie swój instytut, jedząc śniadanie, aby z okna swej sypialni dostrzegł czasem przed snem wykładowcę zmierzającego do domu chwiejnym krokiem. Aby spotkał panią z dziekanatu w sklepie, kupując bułki, i wypił kawę z niekoniecznie uwielbianym profesorem. Trochę może przy tym zmoknąć, bo pozbawiony będzie ciepłego korytarzyka prowadzącego od kantyny do kloaki. Ale czyż nie jest to także jeden z uroków życia?