Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marcin Ociepa  26 listopada 2013

Ociepa: Rzeczpospolita samorządowa

Marcin Ociepa  26 listopada 2013
przeczytanie zajmie 7 min
Ociepa: Rzeczpospolita samorządowa flickr, Kancelaria Premiera

Złoty wiek” – okres długotrwałego i wielowymiarowego prosperity państwa, rozumiany jako wyjątkowy wzrost znaczenia potęgi kulturalnej, politycznej, gospodarczej i militarnej; wywierający silny i inspirujący wpływ na otoczenie. Proponując niniejszą definicję, należy uznać, że idea złotego wieku to nic innego, jak marzenie o wielkim sukcesie wspólnoty narodowej, o który zabiegają mężowie stanu wszystkich państw świata. Bo czyż długotrwały, wielowymiarowy i inspirujący dobrobyt nie jest naturalną ambicją każdego człowieka?

To właśnie ta ambicja sprawiała i nadal sprawia, że owi mężowie, zarzucając nierzadko własną korzyść, poświęcają czas i umiejętności na zaangażowanie się w politykę. Zawsze ów trud musi się bowiem realizować kosztem życia rodzinnego, towarzyskiego i pracy zawodowej. Cóż w zamian? Pieniądze? Znacznie większe można zarobić w sektorze prywatnym. Popularność i chwała? Każdy roztropny rozumie, że to puste i ulotne przymioty, osiągane na dodatek kosztem utraty prywatności. Władza? Często pozorna i w demokracji rozłożona na wielu.

Politycy, decydując się na uplasowanie na najwyższym szczeblu drabiny obywatelskiego zaangażowania, stają przed wyborem, po jakie narzędzia sięgnąć, by osiągnąć zamierzone cele. W teorii i częstej praktyce tym wyborem jest zaangażowanie w umownie pojętą politykę krajową poprzez wstępowanie do partii politycznych, wspieranie konkretnego kandydata lub bezpośredni start w wyborach parlamentarnych. To parlament stanowi prawo, udziela wotum zaufania rządowi i ogniskuje najważniejsze debaty wokół reformy państwa. I to właśnie rywalizacja o parlamentarną większość była na przełomie XX i XXI wieku synonimem rywalizacji o złoty wiek dla Polski.

Warto jednak zadać pytanie, dlaczego kolejne rządy wyłaniane właśnie przez parlament rozczarowują Polaków, nie spełniając złożonych im obietnic? Dlaczego z tego olbrzymiego entuzjazmu i buńczucznych zapowiedzi wygłaszanych w dniu wyborczego zwycięstwa przez kolejnych reformatorów, pozostaje tylko rumieniec wstydu? I wreszcie, dlaczego suma polskich doświadczeń w zakresie wolności politycznej od roku 1989 jest tak dalece niesatysfakcjonująca, że mówienie o złotym wieku musi budzić śmiech i politowanie? Oczywiście znamy kilka popularnych teorii, które dowodzą, że nie mogło być inaczej: brak dekomunizacji; zerwana przez PRL kulturowa ciągłość narodu; ślepe zapatrzenie w Zachód, a co za tym idzie w liberalną demokrację; słabe uniwersytety, a więc i słabe elity; przerost biurokracji; korupcja, złe prawo i niewydolny wymiar sprawiedliwości. Można by jeszcze sporo wymienić. Jednak już tyle wystarczy, by dostrzec, że mamy problem z systemem. Że minie jeszcze wiele lat, nim Polska doczeka się władzy na miarę wyzwań globalnych XXI wieku.

Skupianie się zatem na rywalizacji o parlamentarną większość jest w jakimś sensie jedynie wpisywaniem się w logikę systemu, który chcemy zmieniać. Na końcu naszych – skądinąd szlachetnych – starań musi pojawić się konstatacja, że współobywatele zwyczajnie nie chcą realnych reform, choć pewnie lubią o nich słuchać, albo że tak naprawdę rządzi nami „urzędniczy ocean i dżungla”, jak ujął to premier polskiego rządu. Skoro więc logika rywalizacji o większość parlamentarną wymaga tak wielu kompromisów, że ich skala praktycznie rozmywa sens idei złotego wieku, należy poszukać alternatywnej, czy raczej równoległej ścieżki realizacji tej idei.

Heroizm czasu pokoju

Polacy wydają się specjalizować w wolności negatywnej. Gdy ktoś na nas nastaje, jesteśmy zdolni do największego heroizmu. Gdy zaś chodzi o wolność do działania, jedyne, co zdaje się nas interesować, to ciepła woda w kranie, o której z takim uznaniem mówił polski premier. Wychodzi więc na to, że Polski nie warto najeżdżać. Wystarczy ją zostawić samą sobie.

Każde wielkie dzieło musi mieć swój początek w myśleniu wspólnotowym. Albo odrzucimy egoistyczny, liberalno-demokratyczny wzorzec indywidualności i na nowo wzbudzimy w sobie ambicję tworzenia wielkiej wspólnoty politycznej, albo będziemy skazani na kulturowy i polityczny dryf. To pierwsze wymaga porzucenia przez większość Polaków mentalności niewolników, dobrowolnie poddających się woli tych, którzy od wpływu na politykę się nie odżegnują. Bo zaiste trudno marzyć o nowym, polskim złotym wieku, jeśli miałby być dziełem jedynie wąskiej i niedojrzałej klasy politycznej bądź garstki ambitnych zapaleńców. Prędzej czy później obydwie te grupy trafią na opór mas dryfujących niewolników. Pierwszych, gdy spróbują ambitnych reform, dotknie gniew tych przyzwyczajonych do płytko pojętego dobrobytu. Drugich, gdy spróbują porwać tłumy do zmiany systemu, zabije tłumów obojętność. Bo dobrowolny niewolnik wspólnoty politycznej chce tylko tego, co jest największym wrogiem wszystkiego, co wielkie, piękne i szlachetne – świętego spokoju. Chce tylko tego, co „tu i teraz”.

Potrzebujemy zatem na nowo zarazić politycznością znaczną liczbę dorosłych obywateli, narzucając narrację naprawdę wielkiej idei, możliwej do realizacji natychmiast, w ramach obecnego systemu, ale niejako obok rywalizacji o parlamentarną większość. Równolegle musimy przesunąć na najwyższą pozycję na liście priorytetów oświatowych edukację obywatelską oraz nauki klasyczne. Celem tego radykalnego zwrotu w edukacji powinno być za 20 lat całe pokolenie znacznie bardziej zaangażowanych obywateli, którzy zechcą podźwignąć wysiłek drugiej i trzeciej dekady XXI wieku, którego owocem ma być złoty wiek dla Polski, a w konsekwencji i dla Europy. Bez tego pomyślnego przejścia pokoleniowego w najlepszym wypadku będziemy mogli mówić o złotym pokoleniu, nowych Kolumbach, nie zaś o złotym stuleciu, które jest naszą ambicją. To właśnie owo nowe złote stulecie powinno być naszą wielką ideą, a rzeczpospolita samorządowa platformą jej realizacji.

Złote republiki

Skąd samorząd? Nic tak się nie udało po transformacji w Polsce, jak właśnie sposób organizacji społeczności lokalnej. Jednocześnie jest to najbardziej niedoceniany szczebel władzy. Tymczasem z dala od kamer transmitujących obrady Sejmu i uwagi najwytrawniejszych obserwatorów, w mniejszych i większych miastach buzuje prawdziwy żywioł pełen odcieni szarości. Są miasta spektakularnego sukcesu i straconych szans. Są prezydenci wygrywający kolejne wybory w pierwszej turze i ci oskarżani o bylejakość, korupcję, a nawet gwałt. Pomiędzy nimi zaś plasują się tysiące gospodarzy, którzy po prostu solidnie wykonują swoją pracę. Ustrój państwa daje im potężną władzę, tylko w niewielkim stopniu balansowaną przez rady gmin. Najlepszym przykładem jest Kraków, w którym rządzi od trzech kadencji prezydent Jacek Majchrowski, a którego komitet w 2010 roku wprowadził do 43-osobowej rady ledwie 7 radnych. To nie przeszkadza silnej postaci prezydenta Majchrowskiego w realizacji zamierzeń, gdyż sprawnie korzysta on z umiejętności przetargu politycznego.

Władze centralne cedują od wielu lat coraz większą liczbę zadań i kompetencji na samorządy, by pozbyć się kosztownych obowiązków. Gminy i powiaty są więc zmuszane do powiększania swoich zadań, a jednocześnie pozostawione same sobie w zakresie ich finansowania. Warto jednak zauważyć, że choć gminy są przytłoczone kosztami zadań jak nigdy wcześniej, to także jak nigdy wcześniej są silne siłą otrzymanych uprawnień.

I właśnie z tego zdają się korzystać prezydenci kilku dużych miast, cieszący się popularnością, a jednocześnie decydujący się na ambitne projekty: Rafał Dutkiewicz we Wrocławiu, Ryszard Grobelny w Poznaniu, Zygmunt Frankiewicz w Gliwicach czy Wojciech Szczurek w Gdyni. To, co ich łączy, prócz wysokiego poparcia społecznego i ambicji, to bezpartyjność. Otóż, wbrew obiegowej opinii o zabetonowaniu sceny politycznej, potrafią oni wygrywać wybory w swoich miastach nie tylko bez, ale często wbrew szyldowi największych partii politycznych. Ich autorytet i marka nazwiska okazują się silniejsze niż logo wielkich formacji partyjnych.

Wyobraźmy sobie zatem, że większość dedykowanych Polsce postulatów najbardziej reformatorskich środowisk jest realizowanych w jednym z miast wojewódzkich. Ograniczenie i odpolitycznienie biurokracji, minimalizacja przywilejów władzy, prywatyzacja, szeroki program partnerstwa finansowego firm lokalnych przy realizacji zadań publicznych, a za to obniżenie podatków lokalnych, hojne dofinansowywanie rodzin wielodzietnych, bilety dla wszystkich dzieci do miejskich instytucji kultury i sportu za złotówkę, rzetelne przetargi, uczciwe konkursy, prawdziwy dialog społeczny, częste i merytoryczne konsultacje z opozycją, traktowane po partnersku stowarzyszenia, rady dzielnic, rady parafialne, wspólnoty mieszkaniowe i spółdzielnie. Szczodry mecenat nad wybitnymi artystami i naukowcami, w tym nad uczelniami wyższymi. Szkoły z lepiej opłacanymi nauczycielami i dodatkowymi lekcjami historii. Umasowienie harcerstwa, Ochotniczych Straży Pożarnych i Polskiego Czerwonego Krzyża. Salon miasta zamknięty dla ruchu samochodowego, za to otwarty na pieszych, rowerzystów, oferujący kawiarniane ogródki i zieleń. Wszędzie łopoczące flagi miasta i państwa, będące kolejnym, obok odnowionych zabytków, festiwali, pikników i koncertów, narzędziem budowania prawdziwej wspólnoty.

Każdy z tych postulatów wymaga wysiłku przy realizacji, ale i każdy z nich jest możliwy do wprowadzenia w dowolnym mieście w Polsce.

Pomyślne przejście pokoleniowe

Drugim, obok budowy samorządowych republik, wyzwaniem jest radykalny zwrot edukacyjny, którego celem musi być ambitny, świadomy i aktywny obywatel, odnajdujący w kulturze tożsamość i źródło swej siły. Jest to konieczne, bo jednym z warunków zaistnienia złotego wieku jest pomyślne przejście pokoleniowe. Jeśli skupimy się wyłącznie na bieżących wyzwaniach, a zaniedbamy przekazywanie tej idei młodszym, to nie będzie miał kto jej w przyszłości podźwignąć. Stąd w kanonie kształcenia obok ambitnych nauk klasycznych konieczne jest eksponowanie idei i ambicji złotego wieku w ramach lekcji wychowawczych.

Czy ta utopijna wizja ma szansę realizacji? Nie, jeśli znowu uwierzymy w skuteczność centralnie wprowadzanych reform. Tu znowu należy sięgnąć do naszych małych republik. Starostowie, prezydenci, burmistrzowie, wójtowie mają realny, decydujący wpływ na wybór dyrektorów szkół. Poprzez szefa właściwego wydziału ds. oświaty sprawują kontrolę nad ich bieżącym funkcjonowaniem, np. nad zajęciami dodatkowymi, sposobem obchodzenia świąt, tradycją, krzyżami na ścianach, udostępnianiem pomieszczeń na harcówki. Gmina może także dofinansować dodatkowe godziny, np. z łaciny, filozofii, retoryki, logiki, literatury, malarstwa, historii, wiedzy o społeczeństwie. W gestii każdego samorządu jest decyzja o szerokim i bezpłatnym otwarciu szkolnej infrastruktury sportowej po godzinach lekcyjnych.

Znaczną rolę mogą odegrać również niezależne think-tanki zajmujące się polityką lokalną, takie jak krakowski Ośrodek Studiów o Mieście czy Sopocka Inicjatywa Rozwojowa, a także uniwersyteckie instytuty, katedry, zakłady i pracownie zajmujące się miastem i regionem w ramach swoich zadań statutowych. Ich praca powinna być hołubiona, dofinansowywana, a przede wszystkim wykorzystywana przez administrację samorządową.

Najpierw muszą być Ateny, żeby rozkwitł Rzym. Pierwej potrzebujemy Florencji, by marzyć o nowej I Rzeczpospolitej.

* Artykuł w całości ukazał się w Roczniku Collegium Nobilium Opoliense.