Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Komisja Jakiego nie zastąpi sprawnego państwa

Komisja Jakiego nie zastąpi sprawnego państwa Fot. Wikimedia

W kierownictwie obozu „dobrej zmiany” zdiagnozowano potrzebę przejęcia elektoratu socjalnej lewicy. Program 500+ trafił na podatny grunt i na długi czas zmarginalizował wszystkie inne środowiska polityczne odwołujące się do wrażliwości społecznej w kontekście redystrybucji dóbr przez państwo. Komisja weryfikacyjna stała się drugim co do przydatności politycznej PiS-u dziełem „dobrej zmiany”. Nowa instytucja została zaprojektowana w ten sposób, że jednocześnie pokazuje twarz szeryfa (porównywalną do wizerunku Zbigniewa Ziobry w aferze Rywina) oraz władzy wrażliwej na losy lokatorów. Został też jasno zdefiniowany wróg: elity III RP, które żerowały na nieudolności państwa. Z perspektywy czasu wiemy, że przeciwnik zagrał w grę rozpisaną przez PiS. Elity wpisały się w rolę szwarccharakteru – piszą w książce „Komisja Jakiego. Czas rozliczeń” jej członkowie, Adam Zieliński (z rekomendacji Kukiz’15) i Bartłomiej Opaliński (z rekomendacji PSL). Publikujemy przedpremierowo jej obszerne fragmenty!

Państwo wciąż „z dykty”

Rok pracy komisji to sprawy nieruchomości wartych łącznie setki milionów złotych i kilkudziesięciu przesłuchanych świadków. Powstały jednak pewne dysonanse. Z jednej strony groźne miny „weryfikatorów” oraz odważne nagłówki wszelkich relacji. Z drugiej – zarządy kamienic pozostające w rękach dotychczasowych beneficjentów reprywatyzacji. Z jednej strony poważne wyzwania i ambitne założenia operacyjne. Z drugiej – polityczna niemoc z przyjęciem „dużej” ustawy reprywatyzacyjnej. Z jednej strony wielkie uprawnienia, wsparcie prokuratury i wizja sprawnego państwa. Z drugiej – rozprawy komisji przerywane przez urywające się oświetlenie lub burzę uniemożliwiającą obrady.

Działania Patryka Jakiego przyczyniły się do odkrycia kolejnych mechanizmów tzw. dzikiej reprywatyzacji: pokazano kolejne adresy i kolejne powiązania osobowe. Równolegle wymiar sprawiedliwości nie doprowadził do choćby jednego wyroku sądowego wobec bohaterów afer nagłaśnianych przez komisję.

Postaramy się przybliżyć tę grę dwóch światów: naszych ambitnych, energicznych prac oraz stabilnego podłoża — państwa „z dykty”. Rok pracy komisji, choć generalnie jest niewątpliwym sukcesem, może jednak zostać porównany do sprintu przez bagno po ciemku.

Źródło problemu: brak ustawy reprywatyzacyjnej

Wraz z zakończeniem w Polsce komunizmu i zapoczątkowaniem intensywnych przemian ustrojowych zmianie uległo również podejście do prawa własności. Pojawiła się możliwość prowadzenia działalności gospodarczej oraz rozmaite pomysły w zakresie regulacji sytuacji prawnej wywołanej dekretem Bieruta. Potrzeba było w tym celu jednak kompleksowej regulacji prawnej, która przez kolejne dekady nie powstaje.

Tymczasem dekret Bieruta w dalszym ciągu jest obowiązującym prawem, nigdy bowiem nie został formalnie uchylony. W dalszym ciągu pozostają więc w mocy przepisy stwarzające możliwość zwrotu przejętych przez państwo gruntów, które jednak w okresie Polski Ludowej nie znalazły zastosowania. Taki stan prawny już w 1990 roku powoduje, że reprywatyzacja odżywa.

Ludzie, napędzani nową, świeżą energią oraz hasłami skupionymi wokół przywrócenia własności dawnym właścicielom czy wynagrodzenia krzywd wyrządzonych przez komunistów, rozpoczynają postępowania reprywatyzacyjne. Nikt nie zastanawia się nad tym, że nieruchomości mające podlegać zwróceniu to obecnie szkoły, parki czy domy zamieszkałe od dziesiątek lat przez lokatorów komunalnych. Nikt również nie myśli o tym, że trud i wysiłek ludzi, którzy odbudowywali zrujnowaną powojenną Warszawę, częściowo wymazał przedwojenne roszczenia. Wreszcie pozostaje niejako poza świadomością wielu osób to, że nowa sytuacja może stworzyć i — jak pokazała praktyka — stworzyła ogromną przestrzeń do działań bezprawnych, do odzyskiwania nieruchomości warszawskich w sposób niegodziwy na podstawie manipulacji, układów, korupcji i innych bezprawnych form działania.

Problem trafia do mainstreamu

W drugiej połowie sierpnia 2016 roku w wyniku tekstu dwóch dziennikarek „Gazety Wyborczej”, Iwony Szpali i Małgorzaty Zubik, temat warszawskiej reprywatyzacji trafił do ogólnopolskiego krwiobiegu medialnego. Od 1989 roku w poszczególnych środkach masowego przekazu pojawiały się pojedyncze publikacje dotyczące nieprawidłowości związanych z konkretnymi adresami w całej Polsce.

Zarówno środowiska lewicowe, jak i prawicowe próbowały alarmować o możliwych patologiach związanych z wykonywaniem dekretu Bieruta w III RP. Jednak nigdy ta tematyka nie stała się nawet tematem tygodnia na arenie krajowej.

Wydaje się, że mainstreamu i tym samym tzw. rozsądnego centrum elektoratu nie zajmowały hasła związane z prywatyzacją lokatorów komunalnych, kuratorów z Karaibów i tak trudnymi hasłami jak indemnizacja. Jeżeli ktokolwiek ewentualnie kojarzył te zagadnienia, to błyskawicznie łączył je z niszowymi postaciami życia publicznego, jak Piotr Ikonowicz lub Piotr Guział. W kampanii wyborczej do samorządów w 2014 roku reprywatyzacja zaczęła się spotykać z lokalnym zainteresowaniem ruchów miejskich, np. Jana Śpiewaka w dzielnicy Warszawa Śródmieście. Jednak komentowana tematyka nie przebiła się do dyskusji w Polsce.

Pod koniec wakacji 2016 roku nagle doszło do eksplozji tego zagadnienia. Media popierające rząd oraz PiS błyskawicznie podchwytują temat tzw. działki Duńczyka (dawnej ul. Chmielnej 70), położonej na obecnym warszawskim placu Defilad. Pozostałe środki masowego przekazu nie mogą przemilczeć okładkowego tekstu „Gazety Wyborczej”. Poza tym w 2016 roku istnieje już coraz silniejsza tkanka ruchów miejskich w Warszawie i wielu polskich aglomeracjach zainteresowanych wyjaśnianiem spraw związanych z reprywatyzacją. W większości stołecznych dzielnic zaczęły funkcjonować stowarzyszenia, które poprzez swoje profile na mediach społecznościowych trafiają z wiadomościami do tysięcy warszawiaków.

Należy też wspomnieć o wewnętrznych zawirowaniach w zapleczu politycznym stołecznego ratusza. Wydaje się, że Platforma Obywatelska próbowała uciec z roli obrońcy warszawskiej reprywatyzacji. W dniu 26 sierpnia 2016 roku pani prezydent m. st. Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz wraz z kierownictwem swojej partii zorganizowała konferencję prasową, na której przedstawiła decyzje o rozwiązaniu Biura Gospodarowania Nieruchomościami oraz zwolnieniu kilku urzędników. Przekaz tamtego wydarzenia można skrócić do wypowiedzi: „Zwrot działki (…) był pochopny, odpowiedzialni są za to przede wszystkim urzędnicy, a nie prezydent czy wiceprezydent stolicy”.

Według późniejszych zeznań świadków ówczesny dyrektor BGN Marcin Bajko, Jerzy M. i Krzysztof Śledziewski o swoich zwolnieniach dowiedzieli się z mediów. Jeszcze w ciągu kilku dni poprzedzających tę konferencję zawodowo uczestniczyli w spotkaniach roboczych jako zaufane osoby zajmujące się trudnymi tematami. W dniu 26 sierpnia 2016 roku odwołano też dwóch wiceprezydentów miasta: Jarosława Jóźwiaka i Jacka Wojciechowicza.

Komisja inna niż wszystkie

Nasza historia zaczyna się po eksplozji afery w sierpniu 2016 roku. Od prawie dwóch lat przemilczane dotąd tematy wokół warszawskiej reprywatyzacji z niesamowitą częstotliwością bombardują życie publiczne w Polsce. Kolejne adresy, losy lokatorów i patenty na „odzyskiwanie” wypływają na powierzchnię jak z szafy, do której próbowano wrzucać wszystkie kłopotliwe rzeczy. Ciągle nie widzimy dna.

26 sierpnia 2016 roku nie tylko doszło do wyrzucenia kilku istotnych osób ze stołecznego ratusza, ale też pojawiły się trzy koncepcje, jak wyjaśnić nieprawidłowości i reagować na „dziką” reprywatyzację w Warszawie. Platforma Obywatelska ogłosiła światu, że wystarczy wewnętrzna reorganizacja urzędu oraz zewnętrzny audyt wykonany na zasadach komercyjnych. W roli reformatora został przedstawiony nowy wiceprezydent — Witold Pahl.

Z perspektywy czasu wiemy, że nigdy nie odbył się żaden zewnętrzny audyt w ratuszu na okoliczność procesów reprywatyzacyjnych. Prawdopodobnie żaden przedsiębiorca ceniący sobie swoją markę nie chciał w jakikolwiek sposób łączyć swojej nazwy z warszawską reprywatyzacją. Wymyślono protezę tego rozwiązania w postaci wewnętrznego audytu dotyczącego 175 reprywatyzowanych adresów.

Kukiz’15 tego samego dnia ogłosiło pomysł powołania sejmowej komisji śledczej, która zajęłaby się nieprawidłowościami przy reprywatyzacji w całym kraju od 1989 roku. Inicjatywę poparło PSL, Nowoczesna i posłowie niezależni. Zaletą tego rozwiązania było wyraźne rozgraniczenie rozliczania odpowiedzialności politycznej od odpowiedzialności prawnej.

Ponadto komisja śledcza mogłaby wyjść poza ramy pościgu wyłącznie za nieprawidłowościami związanymi z Warszawą za rządów Hanny Gronkiewicz-Waltz. Afery reprywatyzacyjne dotknęły wiele miejscowości w Polsce. Takie rozwiązanie nie mogłoby być krytykowane jako niekonstytucyjne z uwagi na treść art. 111 Konstytucji RP i doświadczenia poprzednich kadencji w tym zakresie.

W tym samym czasie PiS głosił w mediach, że prokuratura za panowania Zbigniewa Ziobry na pewno sama sobie poradzi z aferą reprywatyzacyjną. Opinii publicznej nie satysfakcjonowały takie odpowiedzi, zwłaszcza z uwagi na ówczesny brak jakichkolwiek wymiernych efektów postępowań karnych.

PiS znalazł się w kłopotliwej sytuacji, w której nie chciał zaakceptować opozycyjnego pomysłu komisji śledczej. Takie rozwiązanie burzyłoby ideologię niepopierania czegokolwiek spoza własnego środowiska politycznego. Z drugiej strony odpowiedzi „prokuratura się tym zajmuje” nie wyczerpywały partyjnej potrzeby pościgu za wrogiem w stolicy i pokazania odpowiedzi na realne zainteresowanie społeczne. Wyjście z tego PiS-owskiego labiryntu było tylko jedno — przelicytować rozwiązanie z komisją śledczą. Tak narodziła się koncepcja „absolutnie wyjątkowej” komisji.

Drugie płuco „dobrej zmiany”

Zaproponowane rozwiązanie od początku zakładało podwójny wymiar — śledczy i administracyjno-ekonomiczny. Z jednej strony nowy organ miał ścigać aferzystów i pokazywać ich opinii publicznej. Jednak równolegle przewodniczący komisji od początku musiał się jawić również jako dobry gospodarz, który przywraca majątek Warszawie i Polsce. Przyjęte rozwiązanie u swoich podstaw miało nie tylko przelicytować konstytucyjną formułę zaproponowaną przez opozycję, ale również przygotować grunt pod rozszerzenie elektoratu PiS-u oraz wybory samorządowe w dużych miastach.

W kierownictwie obozu „dobrej zmiany” zdiagnozowano potrzebę przejęcia elektoratu socjalnej lewicy. Program 500+ trafił na podatny grunt i na długi czas zmarginalizował wszystkie inne środowiska polityczne odwołujące się do wrażliwości społecznej w kontekście redystrybucji dóbr przez państwo.

Z biegiem czasu należy postawić tezę o tym, że komisja weryfikacyjna stała się drugim co do przydatności politycznej PiS-u dziełem „dobrej zmiany”. Nowa instytucja została zaprojektowana w ten sposób, że jednocześnie pokazuje twarz szeryfa (porównywalną do wizerunku Zbigniewa Ziobry w aferze Rywina) oraz władzy wrażliwej na losy lokatorów. Został też jasno zdefiniowany wróg — elity III RP, które żerowały na nieudolności państwa. Prezes PiS Jarosław Kaczyński osobiście zaangażował się w promowanie koncepcji komisji weryfikacyjnej jako sposobu na walkę z „dziką reprywatyzacją”. 18 października 2016 roku pojawił się na wspólnej konferencji prasowej z Patrykiem Jakim, pokazującym na slajdach swoje marzenie o nowej instytucji. Prezes Kaczyński niezwykle rzadko angażuje się w zdarzenia prezentujące pomysły władzy — takie wydarzenia można policzyć na palcach jednej ręki.

Z perspektywy prawie roku wiemy, że przeciwnik zagrał w grę rozpisaną przez PiS. Elity wpisały się w rolę szwarccharakteru. Społeczeństwu ukazano prawników, urzędników i biznesmenów, którzy nie są zainteresowani wyjaśnianiem okoliczności wokół kolejnych zwrotów nieruchomości.

Negacyjna postawa prezydent m. st. Warszawy, urzędników i kolejnych beneficjentów stała się świetną okolicznością dla Prawa i Sprawiedliwości. Troskę o ludzką krzywdę skonfrontowano z okrzykami o niekonstytucyjności działania. Z takiego starcia zwycięsko wyszli autorzy koncepcji komisji weryfikacyjnej. Jeszcze w kwietniu 2017 roku łączne poparcie Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej równoważyło poparcie dla Prawa i Sprawiedliwości. W kolejnym miesiącu ruszyła komisja weryfikacyjna. W ciągu pół roku obóz „dobrej zmiany” uzyskał 14 punktów procentowych przewagi nad łącznym poparciem dla „totalnej opozycji”.

Kartonowa rzeczywistość

Pierwsze miesiące pracy pokazały potrzeby nowelizacji ustawy, na mocy której rozpoczęliśmy działalność. Po pierwszych rozprawach zaczęła się burzliwa, wewnętrzna dyskusja w komisji o konieczności prawnych poprawek. Opinia publiczna usłyszała o kontrowersjach wokół powołania na świadka pani prezydent m. st. Warszawy — jej roli, możliwości karania za nieobecność lub obowiązku współpracy z komisją. Już przy pierwszej sprawie pojawiła się wątpliwość, czy podejrzani o popełnienie przestępstwa mogą skorzystać z odmowy składania zeznań w trakcie naszych rozpraw. Rządząca większość przyjęła interpretację, że wobec braku takiej wzmianki w przepisach (ustawie o komisji i kodeksie postępowania administracyjnego) takie prawo nie przysługuje wzywanym osobom. Z drugiej strony analiza systemowa wskazywałaby na to, że jeśli ktoś ma możliwość odmowy zeznań prokuraturze, to nie powinno mu się odmawiać takiej formy obrony przed komisją, której obrady są transmitowane przez prawie wszystkie stacje telewizyjne na cały kraj.

Pierwsza wersja ustawy o komisji niestety po macoszemu traktowała sprawę lokatorów i ewentualnych środków dostrzegalnej pomocy dla mieszkańców zwróconych kamienic. Kolejnym wyzwaniem stał się brak możliwości wpisywania ostrzeżeń do ksiąg wieczystych na etapie czynności sprawdzających — pierwszym stadium weryfikacji danej nieruchomości. Tym samym aktualni właściciele poszczególnych działek w stolicy mogli się dowiedzieć o zainteresowaniu ich nieruchomością, np. z mediów, od lokatorów lub w urzędzie, a następnie szybko ją sprzedać, zanim weryfikacja jej stanu prawnego wkroczy na dalsze etapy. Każdy transfer nieruchomości utrudnia możliwość uchylenia skutków wcześniejszych nieprawidłowości prawnych.

Ponadto pojawił się szereg systemowych problemów dotyczących statusu komisji i jej członków. Te kontrowersje znalazły swoje tak prozaiczne konsekwencje, jak brak płatności składek zdrowotnych i społecznych. Niektórzy członkowie komisji dowiedzieli się o tym w przychodni lub szpitalu. Często spotykamy się z wyobrażeniem naszej instytucji jako potężnego instrumentu rozbijającego mafie i układy. Rzeczywistość bywa o wiele bardziej kartonowa…

Bilans na plus, ale znaków zapytania nie brakuje

Przez pierwszy rok naszej pracy komisja wszczęła przeszło 800 postępowań, w tym 593 postępowania wstępne, 180 postępowań sprawdzających, 56 postępowań rozpoznawczych i 3 postępowania ogólne. Odbyło się 25 rozpraw i 44 posiedzenia niejawne. Łączny czas rozpraw szacowany jest na niespełna 145 godzin. Komisja wydała łącznie 74 decyzje (zarówno w sprawach nieruchomości, jak i odszkodowawcze), wartość zaś nieruchomości zwróconych miastu przekracza 700 milionów zł. Sumarycznie liczba stron w pismach wysyłanych przez komisję na zewnątrz zbliżyła się do 100 tysięcy. Przed komisją zostało przesłuchanych 67 osób w charakterze świadków i 13 podmiotów w charakterze strony. Działania komisji pozwoliły również wstrzymać jeden wniosek o eksmisję lokatora komunalnego.

Łączna kwota orzeczona przez komisję zwrotów nienależnego świadczenia wypłaconego przez warszawski ratusz to 73 979 284,5 zł. Wartość przyznanych w decyzjach odszkodowań i zadośćuczynień dla lokatorów to odpowiednio: 173 306,57 zł i 300 000 zł. Warto również wskazać dane liczbowe dotyczące wpisów w księgach wieczystych. W pierwszym roku działania komisji dokonano z powrotem wpisu miasta stołecznego Warszawy w przypadku 12 nieruchomości, a 295 nieruchomości zostało zabezpieczonych przed dalszym zbyciem poprzez wpisanie ostrzeżenia w księdze wieczystej. Złożonych zostało 111 wniosków o wstrzymanie egzekucji, jeden zaś z tych wniosków dotyczył nieruchomości położonej za granicą.

Do komisji w pierwszym roku działania wpłynęło 1359 pism, w tym 187 wniosków o odszkodowania i zadośćuczynienia dla lokatorów pokrzywdzonych w reprywatyzacji. Część z tych wniosków została już pozytywnie załatwiona, przez co doszło do swoistego upodmiotowienia ludzi wyrzucanych z kamienic w postępowaniach, w których dotychczas pozbawieni byli udziału.

Komisja okazała się również skutecznym organem egzekucyjnym. Wyegzekwowana już kwota należności wynosi 6 102 247,01 zł. Pod każdą ze wskazanych liczb kryją się ludzkie tragedie, nadzieje na wielki zarobek i wielkie liczby dla majątku miasta.

W jednym worku znaleźli się prawowici spadkobiercy i zorganizowane grupy zajmujące się reprywatyzacją. Do dzisiaj nie jesteśmy wstanie określić proporcji między aktywnością rodzin właścicieli wywłaszczonych po II wojnie światowej oraz ludzi, którzy uczynili z tej tematyki biznes swojego życia. Praktycznie każda decyzja trafiła do sądu w wyniku skargi prezydent m. st. Warszawy lub beneficjentów reprywatyzacji.

Najbliższa dekada odsłoni orzecznictwo i jego linię dotyczącą decyzji komisji. Stanie się to zapewne przedmiotem wielu prac naukowych z zakresu prawa, historii, dziennikarstwa i politologii. Nad tymi wszystkimi liczbami unosi się cień braku dużej ustawy reprywatyzacyjnej. To widmo utrudnia wywróżenie końca potrzeb pracy naszej komisji. (…)

Pierwszy rok pracy komisji weryfikacyjnej pokazał, że beneficjenci tzw. reprywatyzacji nie są zainteresowani polubownym wydaniem kamienicy. Lokatorzy dalej mieszkają na środku placu budowy i są adresatami wezwań do płatności czynszów na rzecz prywatnych właścicieli. Polityczny ping-pong między władzą centralną a władzami miasta nie ułatwia losu mieszkańcom zwróconych kamienic. Upływający czas zmniejsza szanse na to, że mieszkańcy kamienic wydanych w sposób nieprawidłowy przez BGN m. st. Warszawy wrócą do spokojnego życia sprzed tzw. reprywatyzacji.

Ciągle przewija się pytanie adresowane do członków komisji dotyczące skutecznego stawiennictwa Hanny Gronkiewicz-Waltz na rozprawę komisji. Nurtuje to wielu Polaków niezależnie od przekonań politycznych. Na dzień tworzenia niniejszej relacji nie mamy żadnych wiadomości o tym, by ktokolwiek zamierzał wnioskować o doprowadzenie siłą urzędującego piastuna funkcji publicznej wybranego w wyborach bezpośrednich.

Jednak pojawiają się pogłoski, że Hanna Gronkiewicz-Waltz zostanie doprowadzona po zakończeniu swojej kadencji prezydenta m. st. Warszawy. Do tej pory członkowie komisji ze wskazania PiS-u będą próbowali grzywnami i medialnymi wypowiedziami przypominać o sobie obecnemu włodarzowi stolicy.

Po rocznej pracy komisja weryfikacyjna znalazła się w środku nawałnicy zwanej kampanią wyborczą na prezydenta m. st. Warszawy. W skład naszego gremium wchodzi dwóch przedstawicieli zespołów konkurujących o ratusz przy pl. Bankowym w stolicy. Media płynnie traciły zainteresowanie merytorycznym losem wielu warszawskich nieruchomości na rzecz wyborczych aspiracji części członków komisji. Pytania na konferencjach prasowych po posiedzeniach komisji w coraz mniejszym stopniu dotyczą tzw. reprywatyzacji, lokatorów, a zaczynają dominować wymiany ripost w kampanii warszawskiej. Znaczenie wyborów samorządowych w 2018 roku w kontekście dalszej pracy komisji oraz warszawskiej reprywatyzacji to jeszcze niezapisana karta historii stolicy.

Usuwamy objawy, nie przyczyny

Pozytywnym efektem działania komisji w minionym roku jest medialny wyścig w pomaganiu lokatorom dekretowym pomiędzy ratuszem reprezentowanym przez Hannę Gronkiewicz-Waltz i Patrykiem Jakim. Takiego zainteresowania władzy nie doświadczali przez ostatnie 30 lat.

Nie da się definitywnie zamknąć zagadnienia reprywatyzacji bez uchwalenia tzw. dużej ustawy. Zamrożenie afer to tylko tykająca bomba z bliżej nieokreśloną chwilą detonacji. Komisja zajmuje się skutkami nieprawidłowości i eliminuje je z tych decyzji, które bada. Proces leczenia jest jednak „objawowy”. Komisja nie może bowiem wyeliminować przyczyn powstałych nieprawidłowości.

Niewątpliwie zasługą Patryka Jakiego jest wprowadzenie tego tematu do debaty ogólnopolskiej i stworzenie nowej instytucji ratunkowej dla potrzebujących lokatorów i cennych nieprawidłowości w stolicy.

Pierwszy rok naszej pracy ujawnia mocny kontrast pomiędzy dynamiczną pracą komisji (kilkaset trudnych spraw) a dostrzegalną prowizorycznością i dysfunkcjonalnością reszty państwa. Widoczna jest też dysproporcja aktywności pomiędzy zdyscyplinowanymi działaniami komisji i brakiem symetrii w tym zakresie po stronie innych organów publicznych. Rok pracy komisji to również znikoma liczba aktów oskarżenia wobec bohaterów afery reprywatyzacyjnej. Do dnia wydania tej książki nikt nie został skazany za zarzucane nieprawidłowości.

Książka Bartłomieja Opalińskiego i Adama Zielińskiego pt. „Komisja Jakiego. Czas rozliczeń” ukaże się 24 września nakładem wydawnictwa Zyska i S-ka. Fragmenty opublikowaliśmy dzięki uprzejmości jej autorów. Śródtytuły i skróty pochodzą od redakcji portalu klubjagiellonski.pl.