Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Bartłomiej Orzeł, Jakub Moroz  17 listopada 2013

Moroz: O sztuce, modlitwie i Gazecie Wyborczej

Bartłomiej Orzeł, Jakub Moroz  17 listopada 2013
przeczytanie zajmie 5 min
Moroz: O sztuce, modlitwie i Gazecie Wyborczej Archiwum TVP.

W czwartek media obiegła informacja o specyficznej formie protestu widzów wobec spektaklu Jana Klaty w krakowskim Teatrze Starym. Jest to kolejny skandal związany z publiczną instytucją kulturalną. Czy polska sztuka naprawdę podąża w aż tak złym kierunku?

Nie wydaje mi się. Moim zdaniem jest jeszcze zbyt wcześnie, aby oceniać dyrekcję Jana Klaty – nie minął jeszcze w końcu nawet rok od rozpoczęcia przez niego pracy w Teatrze Starym. Nie wydając więc jakiegoś ostatecznego werdyktu, jestem jednak równocześnie trochę zaniepokojony. Teatr Stary potrzebował kiedyś swego rodzaju „kopniaka”, który miał wyciągnąć go z letargu. Niestety to co przyniosła kadencja Klaty, nie jest w moim odczuciu najlepszą odpowiedzią na te bolączki – póki co zobaczyliśmy parę spektakli, które nie były ani zbytnią intelektualną pożywką, ani nie stanowiły artystycznego przeżycia.

O ile w sprawie pocierania krzyża genitaliami protest jest zrozumiały, to czy w przypadku czwartkowego spektaklu nie mamy do czynienia ze swego rodzaju przesadą? Oficjalnym powodem oburzenia części widzów był przecież „niski poziom artystyczny”.

Szczerze mówiąc mam do reakcji widzów ambiwalentny stosunek – wydaje mi się niewłaściwa i przeciwskuteczna. Będzie raczej umacniała pozycję Jana Klaty jako artysty odważnego, eksperymentującego, przeciw któremu protestują „straszni mieszczanie”. Rzeczywiście jest tak, że hasła które tam wznoszono oraz forma, jaką jest zerwanie spektaklu, nie służy konstruktywnemu dialogowi.

Z drugiej strony w środowisku teatralnym istnieje problem z otwartą rozmową o pewnych zjawiskach – paradoksalnie ta część ludzi nazywa siebie tą „otwartą” – na eksperyment, poszukiwanie, podczas gdy często jest zupełnie odwrotnie. Tymczasem ci niechętni dyskusji okopują się na pozycjach samozadowolenia, bycia awangardą, sama siebie mianuje forpocztą poszukiwań teatralnych. Niestety nie ma tam zbyt często próby rozmowy z publicznością, jest za to zamknięcie się, nie tyle w jakimś hermetycznym języku, co w swego rodzaju efekciarstwie. Świetnym przykładem mogą być tutaj właśnie ostatnie spektakle w Teatrze Starym i w moim przekonaniu Jan Klata, jako reżyser ma skłonność do pokazów fajerwerków – choćby przywoływanie cytatów z reklam czy intensywne eksplorowanie i cytowanie kultury masowej. To jest oczywiście wesołe, bardzo często się podoba, ale nie przynosi dużego efektu artystycznego. Stąd nie widzę problemu w samej formie protestu jako takiej, ale raczej w środowisku.

Kolejna kwestia to obrona Klaty przez te środowiska i krytyków, którzy przyznają się do związków z proponowaną przez niego formą teatru –  jedna histeria, którą mieliśmy okazję obserwować w Teatrze Starym, wywołuje wśród krytyków drugą. Na Facebooku czy w komentarzach prasowych tych tzw. „postępowych krytyków” można było przeczytać, że jest to jakaś forma faszyzmu. Pojawił się dla przykładu głos autora Gazety Wyborczej Witolda Mrozka, w którym porównuje on Jana Klatę do Pine Bausch oraz o „drobnomieszczańskiej formie protestu” z jaką spotykały się właśnie spektakle niemieckiej artystki. Jeśli tworzymy taki wizerunek artysty romantycznego, osamotnionego proponuję: pójdźmy dalej! Może Klata jest naszym Van Goghiem, odrzucanym przez współczesnych?

Wiem, że na temat dozwolonych granic w sztuce zostały napisane już setki rozpraw, jednak czy argument „mało Strindberga, dużo Klaty i wulgarności” to właściwy powód aby przerywać spektakl? Może nie należy nakładać ograniczeń na ekspresję artystów, dopóki nie zaczną oni kogoś w swojej sztuce obrażać?

Osobiście, tak jak mówiłem, nie opowiadam się za taką formą protestu. Uważam, że na temat jakości artystycznej tego konkretnego spektaklu czy całego repertuaru Teatru Starego pod dyrekcją Jana Klaty powinno rozmawiać się na łamach gazet. Sama instytucja również powinna ułatwić taką konfrontację, jednak nie zawsze jest do tego chętna.

Zerwanie spektaklu nie jest najlepszą formą manifestowania sprzeciwu, jednak co innego tyczy się CSW i słynnej ostatnio „Adoracji”. Jest to całkowicie odrębna kwestia, zresztą bardzo ciekawa. Wydaje mi się, że oburzenie na starsze panie, które odmawiały tam różaniec jest kompletnie niewłaściwe. Wspomniana już „Adoracja” jest dziełem, które eksploruje pojęcie obrazu czy wizerunku kultowego. Zastanawia się jednocześnie nad kwestią bóstwa wcielonego w obraz, zmysłowego obrazu jako samego znaku bóstwa. W ten sposób wpisuje się w ramy współczesnej nauki o obrazie, która wywodzi się z kolei z historii sztuki i próbuje przekroczyć artystyczny, estetyczny odbiór wizerunków. „Adoracja” kwestionuje pewien rodzaj percepcji zwyczajowej – krzyż zostaje w umieszczony w zupełnie nowym kontekście, który może nam się wydać bluźnierczy, czego na razie staram się nie oceniać, a jedynie w jakiś sposób opisać. Twórcy nauki o obrazie mówią: „Tradycyjne spojrzenie historii sztuki zamykało się w kręgu estetyki i tzw. „kulturalnych odbiorców”, ale w ten sposób zakłamywało odbiór wizerunków. Mają one swoją stronę afektywną – są traktowane jak istoty żywe, wywołują wiele żywiołowych i ostrych reakcji.” Dotychczasowe ramy zajmowania się wizerunkami pochodzące z klasycznej estetyki, trochę to zaciemniały – zapominały, że reakcją na wizerunki nie są tylko estetyczne postawy czy kontemplacje. Jeśli tak, reakcja modlitwą czy jakakolwiek ingerencja jest jak najbardziej wpisana w możliwy krąg percepcji. Nie wiem więc dlaczego mielibyśmy się oburzać na te wspomniane wcześniej starsze panie – wizerunki mają taką moc, bywają traktowane jako święte, wywołują również silne emocje. Więc teraz właśnie Ci światli ludzie – krytycy, którzy mówią z o protestujących jako o motłochu, który nie umie odbierać sztuki, sami zamykają się w jakiś archaicznych wyobrażeniach, a które są dziś przez nauki zajmujące się sztuką, kwestionowane. To właśnie oni zachowują się jak dziewiętnastowieczne kulturalne ciotki.

Czy jest miejsce w polskiej sztuce na ostrość i radykalizm? Całkiem niedawno byliśmy przecież świadkami afery jaka rozpętała się wokół pomnika autorstwa Jerzego Szymczuka – przedstawiającego czerwonoarmistę dopuszczającego się gwałtu – który nie ma się co oszukiwać, był wulgarny, ale ukazywał przecież historyczną prawdę.

Wydaje mi się, że postawa strony dominującej w sztuce światopoglądowo, czyli powiedzmy lewicowo-liberalnej, jest niestety bardzo wybiórcza w stosunku do różnych sytuacji. Bez cienia wątpliwości stosuje się tu jakieś podwójne kryteria oceny. Rzecznik MSZ, który jak wiadomo, jest byłym dziennikarzem Gazety Wyborczej powiedział o tym pomniku: „to jest pseudosztuka”. Dobrze, jeśli tak zostaje postawiona sprawa, to dlaczego zakazujecie państwo używać tego języka w stosunku do Nieznalskiej, wieszającej genitalia na krzyżu? Albo jeżeli taki język nam nie odpowiada, kategoryzuje jako „pseudosztuka”, to w takim razie również pomnik Szymczuka, który przecież nie jest przypadkowym człowiekiem, jest wyrazem sztuki. Tak jak właśnie wspomniałem, problem jest przede wszystkim w stosowaniu podwójnych kryteriów – ten kto biczuje tradycyjną „zaściankową” polską religijność, która zasługuje na to, żeby zająć się nią w krytyczny sposób, ten jest artystą tworzącym sztukę. Kiedy jednak powstaje coś, co jest traktowane w opinii tej lewicowo-liberalnej strony jako eskalowanie niepotrzebnych napięć polsko-rosyjskich, to wtedy jest to właśnie „pseudosztuka”.

Rozmawiał Bartłomiej Orzeł