Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Marcin Suskiewicz  15 listopada 2013

Dajmy pracować mniej

Marcin Suskiewicz  15 listopada 2013
przeczytanie zajmie 3 min
Dajmy pracować mniej Sean MacEntee, CC 2.0

Lubię fragment „Rodziny Połanieckich” Henryka Sienkiewicza, w którym główny bohater, Stanisław Połaniecki, oznajmia swojemu biznesowemu partnerowi Bigielowi, że zamierza się żenić, na co tamten odpowiada mu, by w takim razie aż do wesela – które miało być, o ile pamiętam, kilka miesięcy później – nie przychodził już do prowadzonej przez nich wspólnie firmy, że on weźmie na siebie wszystkie obowiązki. Zresztą obowiązków tych nie było szczególnie dużo, polegały one raczej na „wpadaniu” do firmy co pewien czas. Większość czasu bohaterom „Rodziny Połanieckich” wypełniało to, co Stanisław Brzozowski nazywał z przekąsem „połaniecczyzną” – a więc sprawy matrymonialno-rodzinno-towarzysko-majątkowe, na które składały się amory i rozmowy, gra na wiolonczeli i nieustanne składanie sobie wizyt.

Krytyka Brzozowskiego zawsze wydawała mi się przesadzona, nawet jeśli wziąć pod uwagę, że w tamtych czasach wystawne życie jednej klasy społecznej było często okupione nieludzką pracą klas niższych. Brzozowski zapominał, że niesprawiedliwość wobec klas niższych nie polega jedynie na tym, że pracują więcej i ciężej niż klasy wyższe, ale także na tym, że mają mniej czasu wolnego – mniej czasu na „połaniecczyznę”. Jeśli „połaniecczyzna” jest jedynie godna wyśmiania, to po co mamy pracować mniej? Oczywiście tutaj upraszczam nieco problem i jestem nie całkiem sprawiedliwy wobec Brzozowskiego, którego w „połaniecczyźnie” drażniła (słusznie czy nie) przede wszystkim płytkość zajęć wykonywanych w czasie wolnym, a nie sam fakt posiadania czasu wolnego. Dzisiejsza kultura zdaje się popadać w jeszcze większy błąd: zapomina bowiem, że człowiek, mimo wszystko, nie został stworzony do pracy, lecz do święta. Dziś, gdy postęp techniczny pozwala robić wiele rzeczy – zwłaszcza w takich dziedzinach jak przemysł i rolnictwo – szybciej i gdy, przynajmniej w krajach zachodnich, duża część społeczeństwa jest w sytuacji Połanieckich i Bigieli, jest to problem jeszcze bardziej palący, nawet jeśli normą jest dziś czterdziestogodzinny tydzień pracy.

Klasyczny podział dnia na trzy ośmiogodzinne części: pracę, czas wolny i sen, wydaje się dość sensowny, pod warunkiem, że pracujemy, aby żyć, a nie na odwrót. Dobrze, jeśli czas, który zostaje po pracy jest nie krótszy, niż czas pracy dla niej poświęcony, zwłaszcza, jeśli – jak się wydaje – dziś te osiem godzin to aż nadto, by społeczeństwo mogło dobrze funkcjonować. Oczywiście nie można też zapominać, że praca nie jest, a w każdym razie nie musi być, czymś wyjętym z życia – jest raczej jego ważną częścią. Nie po to mieliśmy wspomnianego Brzozowskiego, a potem Wyszyńskiego, Wojtyłę i Tischnera, by zapominać, że dobra praca umacnia w człowieku poczucie jego godności, jest środkiem samorozwoju i służbą innym. Ale bez przesady – praca to nie wszystko.

Poza tym praca ma różne wymiary. Pracujemy także w domu, opiekując się dziećmi i starszymi ludźmi, pomagając dzieciom w nauce, sprzątając. Pracujemy, wykonując różne zadania dla naszej lokalnej społeczności. Kiedyś można było tego „dodatkowego” czasu pracy nie liczyć, bo potrzeba było znacznie dłużej pracować fizycznie, a za komunizmu ideologia mówiła, że praca zawodowa jest nie tyle kwestią przywileju, co obowiązkiem każdego obywatela. Ale dziś wydaje się, że można wreszcie zacząć liczyć jako pracę także czas pracy po pracy.

Jak bardzo sytuacja jest zła, przekonałem się ostatnio, gdy mój kolega z pracy (a nasza praca, choć, mam nadzieję, użyteczna dla społeczeństwa, nie jest tak konieczna dla dobra wspólnego jak praca strażaka, pielęgniarki czy śmieciarza), któremu niedawno urodziło się dziecko, powiedział mi, że prawie się z nim nie bawi, bo gdy rano wychodzi, to ono śpi, a jak późnym wieczorem wraca, to jest zmęczone i w złym humorze. Jeśli nie mamy czasu dla własnego dziecka, to skąd go znaleźć dla chorej sąsiadki, dla Pana Bogu (nie modlimy się chyba także dlatego, że nie mamy czasu) i dla samego siebie? Wydawałoby się, że jeśli postęp techniczny pozwala nam różne rzeczy robić szybciej, to powinno każdemu z nas zostać trochę czasu na to, na co kiedyś zostawało tylko arystokratom – na pisanie wierszy, czytanie książek, wydawanie obiadów, robienie przetworów, pomaganie ubogim, codzienną Mszę Świętą. Tego chyba nie da się zrozumieć, jeśli nie uświadomimy sobie, że u podstaw naszej współczesnej, demokratycznej mentalności, leży nie tylko szczytna dążność do emancypacji, ale także zła zazdrość. Demokracja w mniejszym stopniu opiera się na pragnieniu, by każdy był choć trochę królem, a nikt tylko sługą, co na pragnieniu przeciwnym – by nikt nie był ani trochę królem, a każdy tylko sługą. Dlatego dziś, choć nie ma króla, każdy ma jedynie jeden głos w wyborach, etat i mnóstwo narzuconych z góry obowiązków do spełnienia, w tym te osiem czy więcej godzin do odsiedzenia w pracy, plus oczywiście dojazd w tę i z powrotem.

Powiedziałbym: pracujmy mniej! Ale to rzadko od nas zależy. Powiem więc do tych, którzy mają jakiś wpływ na czas pracy innych: dajmy pracować mniej!