Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Jeśli zignorujemy los małych miast, zapłacimy za to wszyscy. Wokół „Zapaści. Reportaży z mniejszych miast” Marka Szymaniaka

przeczytanie zajmie 12 min
Jeśli zignorujemy los małych miast, zapłacimy za to wszyscy. Wokół „Zapaści. Reportaży z mniejszych miast” Marka Szymaniaka Ulica Tadeusza Kościuszki w Sanoku [za:] Wikipedia

Krajobraz polskiej prowincji na pierwszy rzut oka nie napawa optymizmem. Szarość, brak perspektyw, wszechogarniająca nuda. Małe ośrodki coraz częściej zamieniają się w emeryckie enklawy. Marek Szymaniak w swojej książce Zapaść. Reportaże z mniejszych miast próbował ustalić przyczyny tak fatalnej sytuacji. Oddał głos mieszkańcom, aby z pierwszej ręki poznać problemy, z którymi muszą się zmagać na co dzień. Jednak czy jego analizy niczego nie pomijają? Czy na pewno zdołał z reporterską wnikliwością oddać aktualny stan Polski małych ośrodków?

Bielawa, Hajnówka, Kętrzyn, Braniewo, Prudnik, Chełm, Chełmno, Bartoszyce, Grajewo, Pisz, Jasło, Tomaszów Lubelski, Giżycko, Ostrów Wielkopolski, Nowa Ruda, Kraśnik, Grudziądz, Przemyśl, Krasnystaw, Olecko i Sanok. To miasta-bohaterowie reportażu Zapaść. W latach 2018-20 odwiedził je Marek Szymaniak, dziennikarz i reporter związany m.in. z ,,Dużym Formatem” i ,,Pismem”.

Jego Zapaść opowiada o utracie mieszkańców, miejsc pracy i zaniku miejskich funkcji, dokonujących się od 30 lat w małych i średnich miastach Polski. Wszystkie z opisanych w reportażu i wymienionych powyżej miejscowości znajdują się na Liście 122 miast średnich tracących funkcje społeczno-gospodarcze, która jest częścią raportu PAN autorstwa prof. Przemysława Śleszyńskiego, współpracownika Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. To właśnie ten raport stał się inspiracją do powstania książki o smutnej rzeczywistości małych polskich miast.

Po zakładzie zostały ruiny, nuda i telewizor

Najpewniej wyjadę. Żeby moje dzieci nie miały takich dylematów. W małym mieście zawsze jest ten problem: zostać czy wyjechać. A to rzutuje na całe twoje życie.

Początek upadku polskich miast wiąże się z transformacją ustrojową i  towarzyszącymi jej przemianami gospodarczymi. Już w pierwszym reportażu Szymaniak odwiedza zamkniętą fabrykę wyrobów bawełnianych w Bielawie. Bielbaw (tak bowiem nazywał się ten zakład) w szczytowym momencie swojej działalności zatrudniał 7,5 tys. osób. Nie poradził sobie jednak w nowej rzeczywistości gospodarczej i po kilku falach masowych zwolnień ostatecznie zbankrutował w 2008 roku.

Bohaterka reportażu, pani Stefania, pracująca w Bielbawie przez całe życie, zostaje zwolniona w 1999 roku. Przez następne kilka lat nie znajduje stałego zajęcia, kilkakrotnie zmienia pracę. Jej dzieci nie będą już tak zdeterminowane, aby za wszelką cenę szukać sposobu na życie w podupadającym miasteczku. Będą wśród milionów Polaków, którzy zdecydują się na emigrację do Wielkiej Brytanii. Małżeństwo pani Stefanii rozpadło się, więc kobieta żyje dziś samotnie w mieście, które, opuszczone przez  młodych,  zmieniło się w ,,miasto emerytów”. Po upadku Bielbawu, który był nie tylko zakładem pracy, lecz także  ośrodkiem organizującym wszelkie aspekty życia społecznego –  wypoczynek, kontakt z kulturą, a także spotkania towarzyskie – spędza całe dnie oglądając telewizję, robiąc zakupy i przechadzając się pomiędzy ruinami swojego dawnego zakładu. Od czasu do czasu odbywa wideokonferencję ze swoją rodziną na Wyspach.

Ten schemat – upadek zakładu przemysłowego, problemy ze znalezieniem stałego zajęcia, brak perspektyw dla młodych, którzy, często zasmakowawszy lepszego życia na studiach, nie chcą wracać do rodzinnej miejscowości, a ostatecznie – rozkład więzi społecznych (rodzinnych, koleżeńskich, sąsiedzkich) – powtarza się wielokrotnie na kartach Zapaści. Trudno  oprzeć się wrażeniu, że książka stanowi rodzaj wielkiego, zbiorowego aktu oskarżenia przeciwko polskiej transformacji. Portretowani przez Szymaniaka bohaterowie, niezależnie od tego, czy wybierają emigrację, czy próbują wiązać koniec z końcem w rodzinnej miejscowości, w dalszym ciągu odczuwają  konsekwencję przemian gospodarczych, które dla mieszkańców wielkich miast  są już przeszłością.

Likwidacje, emigracja, lokalne układy – droga do upadku jest prosta

Nie wracają, bo do czego? Do dwóch tysięcy pensji? Do roboty na łasce u prywaciarza? Do darmowych nadgodzin?

Nie dostajemy jednak ,,koncentratu z beznadziei”. Zapaść przypomina ekspercki raport – Szymaniak nie tylko oddaje głos mieszkańcom pogrążonych w kryzysie miast, lecz także w wielu miejscach powołuje się na profesjonalne analizy. Niekiedy podsuwa również propozycje rozwiązań, np. w wypadku problemu niedoboru mieszkań autor wskazuje na zalety społecznego budownictwa z możliwością dojścia do własności. Zamiast popkulturowej mieszanki diagnoz i manifestów, rodem z filmów Smarzowskiego, autor proponuje nam systematyczne podejście do badania mniejszych miejscowości. Nie jest to więc tylko kolejny reportaż, w którym bezmiar zła i trudności obezwładnia nas i zachęca do emocjonalnych reakcji.  Zapaść może być świetnym punktem wyjścia do dyskusji nad sytuacją mniejszych miast.

Książka  podzielona jest na 8 bloków tematycznych: upadek przemysłu, warunki zatrudnienia, sytuacja na rynku mieszkaniowym, dostęp do opieki zdrowotnej, ochrona środowiska, konflikty powstające w wyniku napływu imigrantów, ,,betonoza” oraz lokalne układy tworzące się wokół samorządów. Za bezpośrednią przyczynę zapaści prowincji uznano likwidację zakładów pracy, które były kołami zamachowymi rozwoju małych miast.  Autor powołuje się na badania prof. Andrzeja Karpińskiego: z 6,2 tys. zakładów zatrudniających ponad 100 osób, istniejących w Polsce w 1988 roku, w wyniku transformacji zostało zlikwidowanych 1675. Karpiński uznaje, że zaledwie 25-30% zamknięć miało obiektywne przyczyny, pozostałe to różnego rodzaju malwersacje. Jako jeden z argumentów za bezzasadnością przyjętego modelu transformacji podaje on m.in. to, że aż 994 spośród zlikwidowanych zakładów istniało już przed 1949 rokiem. Ich założenie było kwestią decyzji rynkowych, nie było podyktowane ideologią, więc, według badacza, zakłady te można było też utrzymać na nowym rynku.

To właśnie te, w najlepszym wypadku nieprzemyślane, a w najgorszym celowo szkodliwe działania, miały wywołać lawinę przykrych następstw, która spadła na polską prowincję.

Miasta przyzakładowe skazane na zapaść

Zostali głównie starsi. Tacy którzy już nigdzie nie wyjadą. Ich nikt nie widzi. Może to złudzenie wieku, koloryzowane wspomnień młodości, jednak kiedyś to miasto żyło. Wolę nie myśleć, co będzie za kilka lat.

Nie sposób jednak nie zadać sobie pytania o to, dlaczego właśnie te 122 miasta przeszły przez lata 90. najgorzej. Przyczyn ich problemów   należy bowiem szukać dużo wcześniej – w sposobie przeprowadzenia PRL-owskiej urbanizacji. Wątek ten został w Zapaści zdecydowanie zbyt mało wyeksponowany.

Proces ten był niemal w całości podporządkowany politycznej idei państwa, jaką był wzrost produkcji. Rafał Matyja w książce Miejski Grunt poświęconej rozwojowi polskich miast za Jadwigą Staniszkis nazywa PRL ,,państwem produkcyjnym” – wobec zniszczenia mechanizmów rynkowych działających wewnątrz kraju, całe państwo przekształcało się jak gdyby w wielki zakład przemysłowy, konkurujący z innymi państwami na wolnym rynku międzynarodowym.

Konsekwencją przyjęcia metody forsownego uprzemysłowienia ,,na skróty” był także sposób, w jaki w PRL-u przeprowadzona została urbanizacja. Wiele miast zostało założonych jako de facto przyzakładowe osiedla, mające pełnić funkcje sypialni dla danej fabryki. W przywołanej na początku Bielawie pracownicy Bielbawu stanowili ponad 20% mieszkańców, a były przypadki miejscowości, w których wskaźnik ten przekraczał 70%.

O tym, jakie miało to dla nich długoterminowe skutki, możemy się dowiedzieć z raportu CAKJ autorstwa wspomnianego już prof. Przemysława Śleszyńskiego, cytowanego także w Zapaści: ,,miasta o gospodarkach mało zróżnicowanych, uzależnionych często od jednego lub kilku dużych zakładów przemysłowych, w nowych warunkach społeczno-ekonomicznych okazywały się mało elastyczne i przeżywały poważny kryzys […] w szczególny sposób dotyczyło to najmniejszych miast”.

Ucząc się na smutnym przykładzie Detroit

Moja siostra pracuje za granicą, niedawno przyjechała mnie odwiedzić […] Wiadomo, że ludzie tęsknią za swoimi, jak tam siedzą wśród obcych. Ale kiedy zobaczyła, jak to wszystko wygląda tu, na miejscu, posłuchała, jak my żyjemy, to spakowała się i powiedziała że wraca. Ja też […] ucieknę.

Co ciekawe, takie miejskie monokultury nie występowały wyłącznie w krajach z gospodarką centralnie planowaną. Powszechnie pojawiały się one również na Zachodzie. Jak pisze Matyja, budowa ,,sypialni dla wielkich zakładów pracy” jest cechą wspólną dla komunistycznej i wczesnokapitalistycznej industrializacji. Najbardziej znane z nich to położone w USA miasta budowane przez branżę motoryzacyjną, a ich najbardziej charakterystycznym przykładem jest Detroit, którego demograficzny rozwój, a później upadek, był bezpośrednio skorelowany z rentownością tamtejszych przedsiębiorstw.

Wydaje się, że monofunkcyjne, przemysłowe ośrodki państw kapitalistycznych były projektowane właśnie w taki sposób – utrzymywane tak długo, jak przynosiły zyski. Później miały jak najszybciej zniknąć z powierzchni ziemi. Traciły one nie kilka-kilkanaście procent mieszkańców, jak miasta-bohaterowie Zapaści, ale często ponad połowę (w wypadku Detroit była to zmiana o 61% – od 1,8 mln do 714 tys.). Remedium na degradację tych ośrodków były hojnie dotowane przez rząd programy, np. HOPE VI, zakładający burzenie całych zdegradowanych dzielnic i przesiedlenia ludności.

Takie rozwiązania były jednak niemożliwe do zaaplikowania w Polsce. To, co na Zachodzie było bowiem uzupełnieniem istniejącej sieci miejskiej, w Polsce stało się dominującym modelem urbanizacji. Niemal wszystkie polskie miasta w 1989 roku przypominały Detroit, co było konsekwencją karkołomnej próby budowy nowoczesności, z pominięciem kilku, wydawałoby się nieistotnych szczebli, takich jak handel i usługi. W Polsce restrukturyzacja nie  mogła ograniczyć się do jednego zakładu czy nawet miasta – wymagało jej całe państwo.

Mimo to, niektórzy autorzy, jak np. dr Wojciech Jarczewski, dyrektor Instytutu Rozwoju Miast i Regionów, powołując się na radykalną transformację miast dawnego NRD, polegającą na masowych wyburzeniach i przymusowych wysiedleniach całych dzielnic (Lipsk w latach 90. skurczył się w ten sposób z 750 do 530 tys. mieszkańców), w dalszym ciągu postulują tego typu działania wobec niektórych miast borykających się z podobnymi problemami, np. Bytomia. Patrząc na skutki poczynań władz amerykańskich, brytyjskich czy niemieckich, ekipa Leszka Balcerowicza może nam się jawić niemal jako organizacja zajmująca się pomocą humanitarną.

,,Rabunkowe” przenoszenie ludzi ze wsi do miast w Polsce miało olbrzymie konsekwencje dla spójności społecznej. Starsi bohaterowie reportażu, którzy w przeszłości niejednokrotnie wyjeżdżali za lepszym życiem do większych miejscowości, opuszczając rodzinne strony, sami później doświadczyli bycia opuszczonym przez wyjeżdżające za chlebem dzieci. Migracje związane z szybką urbanizacją doprowadziły do poważnego osłabienia więzi społecznych, o czym pisał m.in. na naszych łamach Jacek Kaniewski w artykule Dobre małżeństwo musi się rozpaść, wskazując na korelację między urbanizacją a wzrostem liczby rozwodów w Polsce. analogiczne procesy znane były również na Zachodzie. W USA w miastach takich jak Detroit podstawową siłą napędową byli dawni niewolnicy, przenoszący się do dużych ośrodków za wizją lepszego życia. Dziś, po upadku przemysłu, dominują w nich doświadczające wysokiej przestępczości, pozostawione same sobie, społeczności Afroamerykanów.

Oczywiście, trudno zarzucać brak takiej zobiektywizowanej perspektywy bohaterom reportażu, którzy w niełatwej historii Polski próbowali jak najlepiej ułożyć swoje życie. Zbyt często jednak w dyskursie publicznym na temat polskich miast i miasteczek dominują emocje i sentyment, przy którym zapomina się o poważnych wadach, jakie towarzyszyły tym ośrodkom już od samego projektu.

Dlaczego nie ,,mam w dupie małych miasteczek”?

Dzieci wprost powiedziały, że mam nie wiązać z nimi żadnej przyszłości. […] Widzieli, jak żyliśmy przez lata, bez dnia urlopu. Nie chcą tak tyrać. Więc co będzie? Nie wiem. Może sprzedam? Może zlikwiduję i [zakład] zniknie razem ze mną?

Świadomość wad wpisanych w strukturę średnich miast nie jest jednak powodem do tego, by cieszyć się z ich upadku. Radykalne przekształcenie systemu osadniczego pociągnie za sobą wiele, nieznanych dotąd w Polsce, negatywnych konsekwencji. Załamanie się Bielawy, Giżycka czy Nowej Rudy nie spowoduje również, że stare, wynikające z PRL-owskiej forsownej urbanizacji problemy znikną. Wydaje się, że wręcz przeciwnie – będą one tylko narastać.

Kompleksowy opis tych potencjalnych negatywnych konsekwencji znajduje się w cytowanym już raporcie Polska średnich miast. Śleszyński podkreśla, że Polska jest obecnie jednym z najbardziej policentrycznych państw w Europie, co jest dla nas korzystne, ponieważ ,,umożliwia optymalne wykonanie dwóch podstawowych zadań systemu osadniczego: dostępności przestrzennej i efektywności ekonomicznej związanej z koncentracją zasobów”. Systemy policentryczne nie doświadczają dużych dysproporcji przestrzennych, a więc rozwijają się równomiernie, zwiększają prawdopodobieństwo wystąpienia synergii między ośrodkami i co za tym idzie – współpracując, obniżają koszty działalności różnych systemów społeczno-gospodarczych.

Stopniowy zanik małych miast, związany z przyjętą po 1989 roku polityką ,,puszczenia samopas” rozwoju miejscowości, spowodował jednocześnie niekontrolowany wzrost największych ośrodków. Doprowadziło to z jednej strony do powstania chaotycznych, wielkich metropolii, które jednak – jak pisze Śleszyński – nie służą poprawie warunków życia, a z drugiej – implozji średnich i małych ośrodków, które po odpływie dużych grup mieszkańców, zwłaszcza tych przedsiębiorczych i dobrze wykształconych, pozostaną wyłącznie z problemami. Starzejące się społeczeństwo czy kosztowna w utrzymaniu infrastruktura, np. szpitale, nie będzie obciążać jedynie mniejszych miast: wszyscy, w tym także metropolie, będą się musieli na nie składać. Kolejna fala migracji to również dalszy rozkład nadwątlonych już mocno więzi społecznych.

Co więcej, ich upadek to nie tylko katastrofa dla kilku milionów mieszkańców 122 miast Zapaści, lecz także ryzyko cywilizacyjnego regresu dla 16 milionów osób mieszkających na polskiej wsi – ze względu na konieczność długich dojazdów do nielicznych metropolii, radykalnie zmniejszy się dla nich dostępność zakupów, pracy, kultury czy usług.

Nie należy pomijać także kosztów, które w wyniku migracji, a wraz z nimi – budowy nowych osiedli – ponosi środowisko naturalne. Sektor budowlany ponosi odpowiedzialność za 35% emisji gazów cieplarnianych w UE – zachowanie i dostosowywanie istniejącej zabudowy jest więc także elementem odpowiedzialnego rozwoju ze względu na ekologię.

Wszystko to przemawia za koniecznością odejścia od obowiązującego wciąż modelu polaryzacyjno-dyfuzyjnego i utrzymaniem obecnej, sieciowej struktury osadniczej. Szczególne znaczenie ma tu postulat deglomeracji, podnoszony wielokrotnie przez nasze środowisko – oprócz raportu Przemysława Śleszyńskiego, poświęciliśmy mu również VI Kongres Klubu Jagiellońskiego Polska Średnich Miast.

Marek Szymaniak w Zapaści również podejmuje ten postulat, przywołując wypowiedź prezesa Klubu Jagiellońskiego, Piotra Trudnowskiego, który tłumaczy, dlaczego deglomeracja mogłaby zmienić sytuację mniejszych miast. Przenoszenie instytucji centralnych poza Warszawę, a wojewódzkich – poza stolice województw, może doprowadzić do tego, że małe ośrodki ,,zyskałyby na prestiżu i dostałyby szansę na zatrzymanie u siebie absolwentów studiów wyższych. Powstałyby w nich dobre miejsca pracy i pojawiłby się impuls do rozwoju, bo wokół kilkusetosobowych urzędów wyrosłaby biznesowa otoczka […]”.

Widmo następnej transformacji krąży nad małym i średnim miastem

Czy moje życie, przez to, że urodziłam się w Hajnówce, ma być gorsze? Ja się na to nie godzę.

Refleksja na temat losu mniejszych miast, a więc także losu całej polskiej prowincji, staje się dzisiaj szczególnie ważna ze względu na dotychczasową ich degradację. Polskę w najbliższych latach czeka bowiem proces zmian gospodarczych, niewidziany od czasów transformacji ustrojowej – mowa oczywiście o przestawieniu się na zeroemisyjność i zielone technologie. W książce Szymaniaka mowa o tych wyzwaniach w rozdziale poświęconym zanieczyszczeniu powietrza.

Wymiana nieekologicznych palenisk, której koszty rozkładają się nierównomiernie (więcej tego typu urządzeń znajduje się w mneijszych miastach), będąca przecież tylko ułamkiem czekającej nas ekologicznej rewolucji, powinna stanowić dzwonek ostrzegawczy. Kolejne zmiany, takie jak ograniczenia w transporcie kołowym czy konieczność wymiany samochodów na elektryczne, w pierwszej kolejności uderzą w mieszkańców wsi i miasteczek.

Następną rewolucją, o której wielu nie chce mówić, jest proces coraz bardziej masowej imigracji zarobkowej do Polski. W swoim raporcie Śleszyński pisał o tym, że niezależnie od wybranego modelu polityki deglomeracyjnej ,,tylko imigracja z krajów zewnętrznych […] może wyhamować proces bezwzględnej depopulacji kraju”. Ten problem również pojawia się w Zapaści – Szymaniak pokazuje napięcia, jakie w mniejszych miastach rodzi napływ imigrantów.

Zarówno działania pozytywne, takie jak wdrożenie deglomeracji, jak i groźba kolejnej transformacji na koszt mieszkańców prowincji, to wyzwania, które stoją dzisiaj przed naszym krajem. Wszystkie te procesy każą jeszcze dokładniej niż dotychczas wziąć pod lupę stan ,,Polski średnich miast”. Zapaść Marka Szymaniaka jest szansą na spojrzenie na mniejsze miasta z przenikliwością, ale również empatią. Oby takich głosów było jak najwięcej.

Portal klubjagiellonski.pl istnieje dzięki wsparciu Darczyńców indywidualnych i Partnerów. Niniejszy tekst opublikowany został w ramach działu „Architektura społeczna”, którego rozwój wspiera Orange Polska.

Tym dziełem dzielimy się otwarcie. Utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony oraz przedrukowanie niniejszej informacji.