Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.
Michał Kłosowski  18 września 2013

Kłosowski: Woody wróć!

Michał Kłosowski  18 września 2013
przeczytanie zajmie 2 min
Kłosowski: Woody wróć! Blue Jasmine, Facebook.com

Po obejrzeniu najnowszego filmu amerykańskiego reżysera widz może czuć niedosyt. Nie jest to ten Allen, którego pamiętamy z jego największych hitów. Pomimo świetnej gry aktorskiej, fabuła pozostawia wiele do życzenia.

Allen demaskator, cynik; takiego znamy i kochamy. Nie tym razem. „Blue Jasmine” jest filmem, który trudno jest jednoznacznie zakwalifikować; przypisana mu kategoria komedii jest niewystarczająca. Najnowszy obraz amerykańskiego reżysera pokazuje dramat współczesnej amerykańskiej przedstawicielki klasy wyższej. Dramat, oczywiście w krzywym zwierciadle; zakończenie filmu to nie happy end.

Założenie jest bardzo proste – koleje losu głównej bohaterki, przeplatane są historią jej siostry, która jest jej całkowitym przeciwieństwem. Jasmine to pewna siebie, bogata kobieta, jej siostra natomiast, co prawda przyrodnia, jest życiowym nieudacznikiem. Jej mężczyźni są tacy sami jak ona, zazwyczaj wywodzą się z nizin społecznych, a ich jedyną szansą na sukces jest zwycięstwo na loterii. Film opowiada nie tylko historię dwóch kobiet – Allen stara się także pokazać specyfikę życia na tzw. „prowincji”, gdzie z przymusu trafia główna bohaterka. Zasada opozycji sprawdza się i tym razem – Nowy Jork pokazany z perspektywy San Francisco wydaje się być „złotą klatką”, gdzie mimo ogromnych możliwości i przepychu, jednostka wtłoczona jest w sztywne ramy zachowania.

Posługiwanie się utartymi schematami sprawia, że film jest przewidywalny. Od pierwszych minut ma się wrażenie, że gdzieś już to widzieliśmy. Narracja również nie zaskakuje, przeplatanie wątków z przeszłości, mających tłumaczyć obecną sytuację bohaterów, było już wykorzystywane w wielu innych dziełach.

Sytuację odrobinę ratuje gra aktorska. Zarówno świetny Alec Baldwin, grający przepełnionego testosteronem męża Jasmine, jak i jej siostra, w którą wcieliła się Sally Hawkins, wspinają się na wyżyny gry aktorskiej. Są bardzo naturalni, co jest główną przyczyną sukcesu ich postaci. Jednak to Kate Blanchet nadaje tempo i dyktuje reguły gry. Jej postać jest bardzo dynamiczna, wspaniale odgrywa miotające nią emocje. W dodatku robi to w niesamowicie przekonujący sposób, dzięki czemu wokół niej może zostać zbudowana akcja całego filmu.

Muzyka jest doskonała, jak w większości produkcji Allena. Mimo to zupełnie nie pasuje do tego konkretnego obrazu. Nijak ma się tu bowiem doskonały gust czy może umiejętności osoby odpowiadającej za tą część produkcji, do rzeczywistości kreowanej przez reżysera.

Allen nigdy nie był reżyserem stabilnym. Na jego dorobek składają się lepsze i gorsze tytuły. Wybierając się na „Blue Jasmine”z nadzieją, ze powtórzy on sukces „O Północy w Paryżu” można się zawieść. Woody to wciąż solidny reżyser , ale na pewno potrzebuje głębszego oddechu.