Koniec „American dream”. USA już nie są krajem dobrobytu?
Koncepcja „American dream” przez dekady miała niezwykłą siłę przyciągania na całym świecie. W samej jednak ojczyźnie Jeffersona, Washingtona i Lincolna wizja wzbogacenia poprzez pracę coraz częściej pozostaje w sferze niespełnialnych marzeń, nierzadko śnionych w narkotycznym odurzeniu. Quasi-szamańskie rytuały odwstydzające opatentowane przez Donalda Trumpa są w stanie znieczulić kulejącą dumę białych mężczyzn z klasy robotniczej, jednak nie uleczą one systemu opieki zdrowotnej, zapaści szkolnictwa i pokoleniowej biedy, w którą Amerykę wpędziły antyspołeczne działania giełdowej finansjery.
Niemal od początku istnienia Stanów Zjednoczonych główną oferowaną przez ten kraj obietnicą społeczną była możliwość bogacenia się. Przez stulecia przybierała ona różne formy. Najpierw była to wizja posiadania własnego kawałka ziemi na bezkresnych połaciach kontynentu. W XX wieku przeobraziła się ona w „American dream”, nazwany tak przez Jamesa Truslowa Adamsa.
Amerykańskim snem było dostąpienie awansu społecznego poprzez posiadanie stałego miejsca zatrudnienia, domu i wkrótce także samochodu, a co najważniejsze – osiągnięcie tego ideału możliwe było w pełni dzięki własnej ciężkiej pracy.
Amerykańska kultura tak przesiąkła tym etosem, że jego ziszczenie zaczęło być wręcz postrzegane jako warunek użyteczności społecznej. Dobry Amerykanin zlał się w społecznym imaginarium z self-made manem, który bogaci się i zarabia więcej niż jego rodzice.
Każdemu kto ma, będzie dodane
Przez większość czasu, a zwłaszcza w okresie najdynamiczniejszego rozwoju Ameryki po II wojnie światowej, główną siłą napędową dla wizji amerykańskiego snu była klasa robotnicza. To amerykańscy robotnicy byli głównymi beneficjentami wzrostu gospodarczego, przekładającego się na wzrosty płac oraz rozszerzający się dostęp do najnowszych zdobyczy techniki. To ich ambicja zapewnienia sobie lub dzieciom awansu do klasy średniej napędzała cały system amerykańskiego dobrobytu lat 50. i 60.
Pierwszym realnym kryzysem tego modelu był kryzys naftowy w roku 1973. Po nim, w trakcie lat 70. i 80., sytuacja gospodarcza zaczęła ulegać przeobrażeniom. Okres ten stał się impulsem do finansjalizacji amerykańskiej gospodarki, której skutkiem ubocznym było stopniowe obumieranie kolejnych gałęzi amerykańskiego przemysłu.
Centrum systemu gospodarczego zaczęło przenosić się z pracownika i efektu jego pracy na akcjonariusza firmy i wycenę giełdową spółki. Jej zwiększanie z reguły najłatwiej było zaś osiągnąć poprzez redukcję zatrudnienia, postrzeganego jako koszt, co tym samym odcinało firmy od ich społecznego wymiaru.
Równocześnie to przekształcenie było społecznie bardziej akceptowalne z uwagi na samą konstrukcję idei American dream. W końcu wywodzący się z klasy robotniczej rodzice marzyli o awansie społecznym dzieci, zaś ten awans najczęściej wyobrażano sobie w postaci ukończenia studiów i pracy w sektorze usług, gdzie koncentrowali się przedstawiciele klasy średniej.
W statystykach wzrostu zmiany te wyglądały wyśmienicie: po 1980 roku gospodarka USA odnotowała około pięciokrotny wzrost, zaś amerykańskie korporacje, główni beneficjenci finansjalizacji, nawet dziesięciokrotny.
Te same mechanizmy sprawiły jednakże, jak zauważa David Leonhardt w artykule How the Upper Middle Class Is Really Doing, w tym czasie znacząco urosły dochody jedynie 1% najbogatszych Amerykanów (w tym zwłaszcza najbogatszego 0,1%). Dochody kolejnych 9% rosły w tempie rozwoju gospodarki, co pozwoliło im zaledwie utrzymać realną wartość nabywczą swoich majątków.
Z kolei dochody pozostałych 90% społeczeństwa rosły wolniej niż gospodarka Stanów Zjednoczonych. Oznacza to, że aż 9 na 10 obywateli najbogatszego państwa świata może dziś nabyć mniej dóbr niż pół wieku wcześniej!
Oprócz zmiany filozofii zarządzania przedsiębiorstwami do stagnacji dochodowej istotnej części amerykańskiego społeczeństwa przyczynił się też upadek związków zawodowych. Jak zauważają Nicholas D. Kristof i Sheryl WuDunn w książce Biedni w bogatym kraju. Przebudzenie z amerykańskiego snu, w USA jedynie około 7% pracowników sektora prywatnego należy do związków zawodowych.
Tymczasem w latach największej prosperity amerykańskiego społeczeństwa związki zawodowe były bardzo istotną siłą. Broniły praw pracowników, w tym dbały o przestrzeganie prawa oraz o wzrost wynagrodzeń proporcjonalny do rozwoju gospodarki.
Na to nałożyła się też polityka drastycznych cięć w wydatkach socjalnych na ubogich, która doszła do głosu po zwycięstwie Ronalda Reagana w wyborach prezydenckich w 1980 roku. Najpierw obniżono stawki niektórych podatków progresywnych, mocniej dotykających bogatych mieszkańców USA, a następnie wykorzystano spadek wpływów do budżetu jako pretekst dla uzasadnienia konieczności obcięcia wydatków socjalnych.
Skutkiem tych decyzji większość szkół publicznych jest niedofinansowana, poza szkołami w bogatych dzielnicach. Cięcia dotykają też rządowych wydatków na bony żywnościowe dla ubogich.
Równocześnie najbogatsi korzystają z licznych ulg podatkowych. Począwszy od możliwości odliczania sutych kolacji biznesowych od podatku, poprzez opodatkowanie udziału w zyskach według niższej stawki podatku od zysków kapitałowych zamiast podatku dochodowego, możliwość zakwalifikowania pola golfowego jako gruntu rolnego dzięki przetrzymywaniu tam kilku kóz (jak zrobił to chociażby Donald Trump), skończywszy na niepłaceniu podatków przez potentatów na wartym miliardy dolarów rynku nieruchomości.
W dodatku, wedle Nicholasa D. Kristofa i Sheryl WuDunn, niedofinansowany Amerykański Urząd Skarbowy kontroluje zaledwie około 6% deklaracji podatkowych osób osiągających dochód ponad miliona dolarów, skupiając się przede wszystkim na osobach osiągających dochód roczny poniżej 20 tysięcy dolarów.
Chorzy ludzie w chorym systemie
Na tym nie skończyło się jednak stawianie przeszkód osobom o najniższych dochodach przez amerykańskie elity końca XX wieku – kolejnym krokiem było powiązanie w niektórych stanach dostępu do części świadczeń, takich jak program Medicaid (program finansujący opiekę zdrowotną dla osób o najniższych dochodach), z obowiązkiem pracy.
Była to propozycja padająca w USA na podatny grunt – należy zabrać pieniądze „nierobom”, zbyt leniwym na realizowanie amerykańskiego snu. Okazuje się jednak, że powiązanie świadczeń z pracą, może popychać ludzi do popadnięcia w spiralę długów, problemów rodzinnych, czy problemów z prawem, a przez to prowadzić do trwałego wypadnięcia ich z rynku pracy.
Problem dostępu do opieki zdrowotnej skupia w soczewce problemy Stanów Zjednoczonych. W latach 60. i 70. XX wieku dane statystyczne dotyczące zdrowia Amerykanów, w tym średnia długość życia czy przeżywalność dzieci były porównywalne z krajami OECD.
Jednak od tego momentu aż do dzisiaj – według danych America’s Health Ranking – średnia długość życia w USA rosła wolniej niż w innych krajach rozwiniętych: z niecałych 71 lat do 79 obecnie, podczas gdy na przykład we Włoszech był to wzrost z nieco ponad 71 do ok. 84 lat, zaś w Szwajcarii z 73 do ponad 84 lat. Dzieciom w Stanach grozi też nawet o połowę wyższe ryzyko śmierci niż w innych zamożnych krajach.
Jedną ze głównych przyczyn wolniejszego wzrostu długości życia w USA jest brak zbudowania w tym czasie, wzorem innych państw, systemu powszechnej opieki zdrowotnej, co prowadzi do licznych zaniedbań w prewencji chorób.
Nagminnym problemem jest zaniedbywanie opieki dentystycznej ze względu na jej cenę i brak refundowania opieki stomatologicznej przez część komercyjnych pakietów ubezpieczeń. Zaniedbania na tym tle prowadzą notorycznie do leczenia już rozwiniętych schorzeń, zamiast podejmowania działań prewencyjnych.
W niektórych grupach społecznych funkcjonuje wręcz powiedzenie, że człowiek ma trzy komplety zębów: mleczne, stałe i sztuczne. Przy czym ten ostatni komplet jest często synonimem wejścia w dorosłość i pozbycia się kosztownego problemu.
Opieka dentystyczna to tylko najbardziej jaskrawy wycinek patologii systemu opartego o prywatną ochronę zdrowia. Nagminnie zdarza się zawyżanie przez szpitale kosztów wykonanych zabiegów, nawet ponad sumę pokrywaną przez ubezpieczenie. To zaś może prowadzić do popadania pacjentów w długi, co tym bardziej zniechęca ich lub wprost uniemożliwia im korzystanie z opieki zdrowotnej.
W pułapce kredytów
Kolejną ofiarą prywatyzacji usług publicznych w USA jest spadający poziom edukacji powszechnej. Niegdyś Stany Zjednoczone były w czołówce krajów wprowadzających powszechną edukację podstawową, a potem łatwo dostępną i darmową edukację średnią. Dało to podwaliny pod dynamiczny rozwój kraju w XX wieku.
Po drugiej wojnie światowej nastąpiło też znaczne upowszechnienie edukacji wyższej, np. dzięki ułatwieniu dostępu do edukacji dla weteranów wracających z frontów w Europie i na Pacyfiku. Później jednak, w wyniku procesów opisanych powyżej, odsetek absolwentów szkół średnich zaczął gwałtownie spadać, a szkoły publiczne stały się niedofinansowane.
Z kolei osoby idące na studia w dzisiejszych czasach często borykają się z kredytami studenckimi, których wysokość jest porównywalna niekiedy do kredytów na dom. Studentom pozostaje więc nadzieja, że przyszłe zarobki oferowane przez miejsca pracy wymagające wyższego wykształcenia okażą się wystarczające do spłacenia zobowiązań zaciągniętych na zdobycie edukacji.
Można jednak domniemywać, że spłaty kredytów nie ułatwi im rozwój sztucznej inteligencji. Najprawdopodobniej zabierze ona wiele miejsc pracy niewymagających rozbudowanych kompetencji, które dotąd były głównym sposobem zdobycia potrzebnego doświadczenia zawodowego po studiach. Zmniejszy to zapotrzebowanie na pracowników wykształconych, ale z małym doświadczeniem, co dodatkowo pogorszy sytuację wielu absolwentów uniwersytetów.
Współczesne Stany Zjednoczone mają też ogromny problem z bezdomnością. Zgodnie z Annual Homeless Assessment Report to Congress w 2018 roku w kraju żyło ponad 500 tysięcy bezdomnych, z czego 200 tysięcy mieszkało na ulicach.
Przyczyniło się do tego przede wszystkim zahamowanie budowy przystępnych cenowo mieszkań, a następnie obcięcie za prezydentury Ronalda Reagana federalnych dopłat do mieszkań.
Dodatkowym impulsem wzrostu bezdomności był kryzys finansowy z lat 2008–2009. Wiele osób straciło wtedy pracę, a w konsekwencji też domy z powodu niespłacania rat kredytów hipotecznych.
Bezdomność nie jest jednak wyłącznie domeną ludzi niepracujących. W dużych miastach, gdzie ceny mieszkań są wysokie, w kryzysie bezdomności znajdują się też osoby, które z jakiś powodów utraciły mieszkanie i mimo wykonywania stałej pracy, nie mogą sobie pozwolić na wynajęcie nowego.
Zamknięty krąg biedy
Problemy, z którymi boryka się współcześnie amerykańskie społeczeństwo stały się powodem upadku klasy robotniczej, której sukces po zakończeniu drugiej wojny światowej napędzał wizję amerykańskiego snu. Dziś sytuacja ekonomiczno-społeczna tej grupy jest dużo gorsza niż 50 lat temu.
Widać to chociażby po średniej długości życia najuboższych mężczyzn, która według American Medical Association wynosi niecałe 73 lata i jest o rok niższa niż średnia światowa długość życia (niezależnie od płci) oraz zbliża się do średniej długości życia kobiet w takich krajach jak Sudan. Tymczasem najbogatsi Amerykanie są w światowej czołówce, osiągając 87 lat dla mężczyzn i prawie 89 dla kobiet.
Podstawową przyczyną wysokiej śmiertelności ubogich Amerykanów jest nagminne sięganie po używki, zwłaszcza przez osoby nieradzące sobie w życiu. Dzisiaj jednak znacznie częściej niż alkohol są to narkotyki i leki opioidowe.
Opioidy to silne leki przeciwbólowe, mogące być uzależniające z uwagi na specyfikę swojego działania. Z tego powodu przez długi czas ich zastosowanie medyczne było mocno ograniczone. Zmieniło się to w latach 90. XX wieku, gdy przemysł farmaceutyczny rozpoczął kampanię mającą spopularyzować stosowanie opioidów pod hasłem walki z wszelkimi przejawami bólu.
Zarzekano się przy tym, że nowe opioidy nie są już uzależniające. Zaczęto zatem nagminnie przepisywać je na wszelkie rodzaje bólu, nawet te przewlekłe jak bóle nóg czy pleców. Okazało się jednak, że ich skutki uboczne były analogiczne do innych opioidów, co doprowadziło do fali uzależnień.
Stąd dla ogromnej rzeszy Amerykanów wiodła już prosta droga do stoczenia się w otchłań narkomanii. Po skończeniu się recepty, na czarnym rynku o wiele prościej i taniej niż leki opioidowe można było bowiem znaleźć mającą podobne działanie heroinę.
Rozmiary tego zjawiska sprawiły, że władze od lat toczą zdecydowaną walkę z narkotykami. Nie polega ona jednak na systemowej prewencji i leczeniu uzależnień, lecz na częstym stosowaniu kar więzienia. A mowa tu nie tylko o dilerach narkotyków, ale przede wszystkim o zwykłych osobach zażywających narkotyki, np. znajdowanych w parkach po przedawkowaniu.
Polityka ta łączy się z ogólną tendencją do częstszego stosowania kary pozbawienia wolności, która to tendencja nasilała się w ostatnich kilku dziesięcioleciach. Według Nicholasa D. Kristofa i Sheryl WuDunn USA obecnie odpowiadają za prawie jedną czwartą wszystkich osadzonych na świecie, a wskaźnik inkarceracji w tym państwie jest ok. sześciokrotnie wyższy niż w Kanadzie czy Francji i aż dwunastokrotnie wyższy niż w Szwecji. W Ameryce dużo rzadziej niż w Europie stosuje się inne kary, takiej jak grzywna czy prace społeczne.
System ten wytworzył też – począwszy od 1985 roku – prywatne komercyjne więzienia. Cechują się one klasyczną optymalizacją zysków: cięciem kosztów nawet za cenę bezpieczeństwa, oszczędzaniem na żywności, czy lobbowaniem za większymi wyrokami, co zwiększa zyski właścicieli. Placówki te są bowiem de facto rezerwuarem nieomal darmowej siły roboczej, gdzie więźniowie za pracę otrzymują mniej niż dolara za godzinę.
Brak systemowej rehabilitacji sprawia, że narkomani po wyjściu z więzienia często nie mają pracy, czasem też rodziny czy domu, ale wciąż są uzależnieni. Terapie uzależnień są drogie i rzadko refundowane, więc wiele osób nie ma do nich dostępu.
Uzależnieni wpadają w błędne koło: ponieważ pracodawcy wymagają pozostawania „czystym” od narkotyków, narkomani opuszczający więzienia mają trudności ze znalezieniem zatrudnienia, które pozwalałoby im opłacić terapię. Ponadto, tak jak zostało to już wspomniane wyżej, praca to też często jedyny sposób na uzyskanie ubezpieczenia zdrowotnego. Brak perspektyw często popycha uzależnionych w stronę poważniejszych przestępstw w celu zdobycia pieniędzy na kolejne narkotyki, co prędzej czy później skutkuje powrotem do więzienia.
Uzależnienie od narkotyków, wysoka przestępczość, niewłaściwe odżywianie wynikające z biedy, brak pomocy medycznej to główne powody wczesnych śmierci wśród najuboższej części amerykańskiego społeczeństwa.
Tragedie rodziców tragediami dzieci
Opisane wyżej problemy często mają swoje podłoże już w dzieciństwie. Uzależnienie rodzica odbija się bardzo mocno na psychice dziecka, a taki sam wpływ mają problemy rodzinne, takie jak regularne kłótnie, przemoc domowa, czy rozwód rodziców. Są to częste przypadki problemów wśród najniższych warstw społeczeństwa, które odbierają dzieciom jakże potrzebne poczucie psychicznej stabilności i pociągają za sobą problemy w szkole.
Tam zaś słabe oceny, nieodrabianie zadań domowych, a niekiedy agresywne zachowanie na początkowych etapach edukacji często przekreślają szanse dziecka na całe życie. Z uwagi na fakt, że szkoły średnie często przyjmują praktykę wyrzucania problematycznych uczniów, tacy uczniowie w dorosłym życiu zasilają szeregi osób bez wykształcenia średniego, z mizernymi perspektywami na znalezienie dobrze płatnej pracy. W dodatku, otoczeni złymi wzorcami, już jako nastolatkowie wpadają w sidła nałogów i zaczynają powielać błędy rodziców.
Rozwiązaniem tego problemu nie jest jednak z pewnością odbieranie dzieci rodzicom, praktykowane często w Stanach Zjednoczonych. Choć wydaje się, że w ten sposób ratuje się najmłodszych przed zgubnym wpływem uzależnionych lub inkarcerowanych opiekunów, to jednak taka decyzja wyrywa dzieci z tkanki rodzinnej.
Efekt ten jest wzmocniony przez brak ułatwień do adopcji dzieci przez ich krewnych – nawet dziadkowie są traktowani jak osoby obce i muszą spełnić odpowiednie warunki formalne. To zaś w praktyce jeszcze szybciej prowadzi do problemów społecznych dzieci w rodzinach zastępczych oraz do ich zupełnego zagubienia po osiągnięciu pełnoletności. Na Zachodnim Wybrzeżu istnieją wręcz gangi specjalizujące się w wynajdywaniu takich dzieci, a następnie werbowaniu ich do sprzedawania narkotyków lub oddawania się prostytucji.
W ten sposób kolejne pokolenia ubogich Amerykanów popadają w problemy społeczne. W rodzinach robotniczych, które w latach 50. i 60. spełniły swój amerykański sen, w kolejnym pokoleniu pojawiły się problemy ze znalezieniem odpowiednio płatnej pracy i z uzależnieniem od opioidów. Dzisiaj natomiast kolejne pokolenie popada w te same problemy z powodu wyrwania ich z tkanki społecznej przez problemy rodziców.
Kryzys ten oraz spowodowane nim przedwczesne zgony wielu osób z klasy niższej, w wyniku przedawkowania, prowadzenia złego stylu życia czy samobójstwa, zaczęto wręcz określać zbiorczo śmiercią z rozpaczy. Podkreśla to, że realną przyczyną ich wczesnej śmierci są problemy życiowe, które wpędziły ich w autodestrukcyjne zachowania.
Odarci z dumy
Koncepcja amerykańskiego snu jest wpisana w amerykańskie społeczeństwo, a zwłaszcza w wyobrażenia o życiu i awansie społecznym kultywowane przez białych przedstawicieli klasy robotniczej. Dla nich ta koncepcja, połączona z wynikającą z niej wizją self-made man’a, jest wyznacznikiem statusu i dumy. Promuje ona pracowitość i zaradność, która przez dziesiątki lat była kluczem do sukcesu w Stanach.
Jednak postawa ta okazuje się zgubna, gdy państwo zaczyna systemowo usuwać uboższym grupom społecznym grunt spod nóg. Nagle pracowite osoby tracą pracę, popadają w długi i szybko lądują na marginesie społeczeństwa. Gdy otrzymują pierwszy państwowy bon na żywność często orientują się, że pobierają pomoc socjalną jak „nieroby”, którymi jeszcze niedawno gardzili.
Wśród milionów Amerykanów pojawia się spadek poczucia dumy z własnego życia. Zaczyna im też towarzyszyć dysonans poznawczy, bo z jednej strony wiedzą, że nie dorastają do ideału zgodnie z którym, jeśli sam sobie nie radzisz, to coś z Tobą jest nie tak, a z drugiej strony mają przekonanie, że to nie oni ponoszą winę za swoją sytuację (wszak sami wiedzą, że nie brakuje im pracowitości ich rodziców lub dziadków).
Powoduje to poszukiwanie przyczyny życiowej porażki w osobach trzecich, najczęściej imigrantach lub Afroamerykanach. W białej klasie robotniczej tworzy się poczucie, że grupy te spychają ich w kolejce do realizacji upragnionego amerykańskiego snu.
Łączy się to z pewnym poczuciem osamotnienia przez główną tradycyjnie prorobotniczą siłę w amerykańskiej klasie politycznej, czyli Partię Demokratyczną. Współczesna Partia Demokratyczna w warstwie narracyjnej wyraźnie porzuciła bowiem interes białych robotników, na rzecz interesów mniejszości etnicznych, głównie wspomnianych imigrantów i Afroamerykanów.
Poczucie dowartościowania z faktu wykonywanej pracy to jednak nie jedyne źródło dumy, której białej klasie robotniczej się odmawia. Afroamerykanów zachęca się do bycia dumnymi ze swojego koloru skóry, za to biała skóra jest wyłącznie powodem do wstydu za rasizm.
W nowoczesnej, liberalnej narracji Demokratów biali nie mogą być dumni ze swojej kultury, gdyż jest ona konserwatywnym, opresyjnym reliktem. Z kolei inne kultury są często automatycznie afirmowane jako ubogacające społeczeństwo.
Gdy zaś głosują na niewłaściwego (wedle elit) polityka, to i tego wyboru mają się wstydzić. Z biegiem czasu biali robotnicy zaczęli mieć poczucie bycia zapomnianymi. Białe elity były obiektem zainteresowania tradycyjnej Partii Republikańskiej, zaś społeczności czarnoskóre i imigranci stanowiły elektorat Partii Demokratycznej. Nikt za to nie interesował się białymi „bidokami”.
W tym kontekście istotnym jest spostrzeżenie, że głównymi ofiarami „śmierci z rozpaczy” są mężczyźni. To oni najczęściej popadają w używki, alkoholizm i w konsekwencji popełniają samobójstwa. Odpowiedzią wielu z nich na ten stan rzeczy jest popadanie w kult tak zwanej toksycznej męskości, która jest kolejnym elementem, za który też zdaniem wielu powinni się oni wstydzić – a to dokłada się do ich poczucia resentymentu.
Resentymentu, opartego w dużej mierze na utracie wiary w mainstreamowe narracje. W książce Skradziona duma. Strata, wstyd i triumf prawicy Arlie Russell Hochshield przedstawia przykład dwóch takich dominujących narracji i ich wypaczeń z perspektywy białej klasy robotniczej.
Pierwsza to klasyczna narracja o amerykańskim śnie białego przedstawiciela klasy średniej, który „zaczynał od niczego i do czegoś doszedł”. Gdy jednak popatrzy się głębiej okaże się, że najczęściej jednak jakieś podstawy już tam były: wykształceni rodzice, stabilny dom, poduszka finansowa na studia. Dla osób niemających podstaw był to ideał niemal nieosiągalny.
Drugą jest narracja Afroamerykanina, któremu w życiu się nie powiodło, gdyż całe życie zmagał się z rasizmem. Na tej podstawie ubogi biały mężczyzna może sobie zadać pytanie: „Skoro urodzenie się białym mężczyzną jest takim przywilejem, czym wytłumaczyć moją sytuację, jeśli nie porażką?”
Gdy połączyć te informacje z faktem, że „czerwone” stany głosujące na Republikanów i Trumpa, są najbardziej dotknięte globalizacją i zmianami społecznymi po latach 70., powody, dla których głosują one w wyborach na ruch MAGA stają się wyraźniejsze.
Mimo że tradycyjnie to Partia Demokratyczna była partią ludzi pracujących, tak w ostatnim półwieczu skompromitowała się ona w oczach wyborców najpierw poparciem liberalnych zmian gospodarczych, a następnie promowaniem „narracji wstydu”. Na tę ostatnią odpowiednią odpowiedź znalazł natomiast Donald Trump.
Rytualne leczenie ze wstydu
Jak zauważa w swojej książce Hochshield, Trump wynalazł czterostopniowy rytuał odwstydzający. Pierwszym jego krokiem jest zwykle jakaś prowokacyjna wypowiedź publiczna, naruszająca ogólnie przyjęte zasady politycznej przyzwoitości. Drugi krok wymaga „współpracy” ekspertów i komentariatu politycznego, których mimowolną rolą w tym rytuale ma być głośne wyrażanie oburzenia na wcześniejsze słowa Trumpa.
W trzecim kroku Trump przedstawia siebie jako ofiarę rytuału zawstydzania. Jest kolejną osobą, która ma się za siebie wstydzić, tak jak „bidoki”. To jest krok, w którym osoby te zaczynają empatyzować z nim jako ofiarą osądu elit, którego przez lata sami byli obiektem.
W czwartym, kluczowym kroku, Trump przechodzi do kontrofensywy i odpiera ataki zawstydzaczy. Staje niejako w obronie nie tylko siebie, ale i wszystkich innych zawstydzanych. Co więcej, w tym kroku wskazuje on, że to tak naprawdę zawstydzacze powinni się wstydzić, gdyż to oni są prawdziwie złymi ludźmi. To powoduje autentyczne dowartościowanie każdego jego słuchacza dotkniętego uczuciem utraty dumy.
Z biegiem czasu wykształcił się nieco bardziej zawoalowany, piąty krok rytuału, którym jest konsolidacja poparcia dla odwetu wobec zawstydzaczy. Ten mechanizm pozwolił Trumpowi na odbicie się od dna po przegranych wyborach i ataku na Kapitol, a tym samym na triumfalny powrót do Białego Domu 4 lata później.
To co stało się po ataku na Kapitol było wręcz modelowo rozegranym przykładem rytuału odwstydzającego. Pierwszą reakcją wśród większości wyborców Trumpa było niedowierzanie i szok spowodowany bezpardonowym atakiem na amerykańską świętość.
Problem pojawił się jednak, gdy liberalne media zaczęły obarczać wstydem za niego nie tylko Trumpa i uczestników ataku, ale też jego zwykłych wyborców. Elity znalazły się wtedy w klasycznym drugim kroku rytuału wstydu.
Trump wykorzystał zatem proces, który mu wówczas wytoczono, do uczynienia z niego trzeciego kroku. Przedstawił siebie jako ofiarę spisku wymiaru sprawiedliwości i liberalnych elit, które wytoczyły mu proces – jako przedstawiciela wszystkich swoich wyborców, którym zarzucono współodpowiedzialność za szturm, którego zdecydowana większość nawet nie popierała.
Następnie z wcześniejszej narracji o sfałszowaniu wyborów i spisku elit stworzył krok czwarty, w którym zaatakował wszystkich oskarżycieli. Tym samym pozostał już tylko krok piąty, ponownie mobilizujący wobec niego elektorat i zmieniający układ sił w Partii Republikańskiej – kto był przeciwko Trumpowi, ten od teraz stał po stronie zawstydzaczy.
Rytuał ten nie dotyczy jednak tylko polityki wewnętrznej Trumpa. Ten sam modus operandi widać na arenie międzynarodowej chociażby wtedym, gdy Donald Trump razem z J. D. Vancem atakują werbalnie Europę za jej słabość i dekadentyzm.
Rytuał wstydu był też jedną z przyczyn konfrontacji w Gabinecie Owalnym z Wołodymyrem Zełeńskim. Ukraiński prezydent bowiem w tradycyjny sposób próbował oskarżać USA o zbyt małe zaangażowanie w pomoc Ukrainie, co miało wywołać w Amerykanach poczucie zawstydzenia.
Jednak to, co działało w Europie oraz przy administracji Partii Demokratycznej, było zdecydowanie kontrproduktywne w spotkaniu z nowym prezydentem. Donald Trump nie może się bowiem wstydzić, tak jak już nigdy nie mają się wstydzić zwykli Amerykanie.
Fabryki to nie wszystko – potrzeba wspólnoty
Ruch MAGA daje biednym Amerykanom odpowiedź na ich problemy godnościowe, jednak nie odpowiada bynajmniej na przyczyny ich położenia. Odpowiedzią na kryzys klasy robotniczej nie będzie sama reindustralizacja.
Prawdziwa przyczyna tego kryzysu leży bowiem w istotnych przemianach amerykańskiego kapitalizmu ostatniego półwiecza. Problemem jest choćby biznes, który porzucił zupełnie swoją społeczną rolę pracodawcy, która zbudowała amerykański sen, a stał się zfinansjalizowaną strukturą nastawioną wyłącznie na krótkoterminowy zysk i zadowolenie akcjonariuszy.
Kolejną przyczyną jest osłabienie pomocy państwowej, która przez stulecie budowała amerykański sen. Jak zauważają Nicholas D. Kristof i Sheryl WuDunn w przywoływanej już książce Biedni w bogatym kraju. Przebudzenie z amerykańskiego snu, to ziemia nadawana każdemu przez rząd mobilizowała pionierów do wypraw na zachód w XIX wieku.
Później zaś to państwowa edukacja i dopłaty do uniwersytetów pozwoliły zbudować w połowie XX wieku dobrze wykształconą klasę robotniczą i średnią, a w końcu to rządowe dopłaty do zakupu domów pozwoliły jej się ustabilizować.
Podkreślić tu należy rolę ówczesnej wspólnotowości, która pozwoliła z podatków płaconych przez elity i z pracy przez nie oferowanej, stworzyć podstawy rozwoju klasy robotniczej i średniej.
Ten pozytywny wpływ instytucji państwowych widać nawet dzisiaj. Wszak sam wiceprezydent J. D. Vance, który w Elegii dla bidoków zdaje się promować narrację o konieczności samoobudzenia się mieszkańców Pasa Rdzy, wyszedł ze swojej biedy głównie dzięki wsparciu instytucji publicznej – wojska.
Trzeba Vance’owi oddać, że po służbie wykonał ogrom pracy, dzięki której dotarł na szczyt, jednak, jak sam opisuje, to właśnie służba w Korpusie Marines była dla niego pierwszą szansą poznania życia innego niż żywot „bidoka”.
Stany Zjednoczone stworzyły system społeczny, w którym – wbrew koncepcji American dream – punkt wyjścia jest często jednocześnie punktem dojścia. Bez powrotu do prawdziwie egalitarnego społeczeństwa, walczącego z biedą zamiast zamykającego ją w więzieniu, klasa robotnicza będzie tylko dalej pogrążać się w kryzysie.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

