Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Parasolka z Rossmanna i klątwa rupieciowego kapitalizmu

Parasolka z Rossmanna i klątwa rupieciowego kapitalizmu autor ilustracji: Julia Tworogowska

Kapitalizm się krztusi, a my wraz z nim. Nadmiarem „śmieciowych” produktów, szybkością ich tworzenia, jeszcze szybszym tempem ich zużywania. Rezygnacja z kapitalistycznej syllogomanii jest dzisiaj ćwiczeniem duchowym. Po pierwsze, nie gromadź.

„Ten pan jest chory i zbiera to wszystko dla samego zbierania. Raz na kilka miesięcy przyjeżdżają służby miejskie i wywożą te graty na śmietnisko.” – pewnie mniej więcej tak brzmiały słowa mojego ojca, kiedy jako dzieciak pierwszy raz przechodziłem z tatą obok domu tamtego mężczyzny.

Od tego spaceru minęło już ponad 20 lat, ale podwórko jednego z wolnostojących domów przy ul. Kilińskiego w Mielcu wciąż pozostaje tak samo zawalone, aż na wysokość kamiennego płotu, przypadkowym zestawem pordzewiałych blach i resztek zniszczonych sprzętów domowych.

Dopiero kilka tygodni temu zdecydowałem się skorzystać z popularnej wyszukiwarki internetowej na literę „g”, aby sprawdzić, czy mój ojciec miał rację z tą chorobą. I faktycznie, istnieje zaburzenie obsesyjno-kompulsyjne określane mianem syllogomanii, zespołu Diogenesa albo patologicznego zbieractwa.

Nie mam specjalnych wątpliwości, współczesny kapitalizm cierpi właśnie na syllogomanię. Jego patologiczna potrzeba produkowania gargantuicznej masy nadmiarowych i zbytecznych produktów podpada już pod kulturowy rodzaj zaburzenia obsesyjno-kompulsyjnego.

Przez to żyjemy dzisiaj w paradoksalnej epoce „anachronicznej nowoczesności”. Tak jak nasi przodkowie przed tysiącami lat funkcjonowali w modelu zbieracko-łowieckim, gromadząc to, co niezbędne dla życia i przetrwania w nieprzyjaznym świecie, tak dzisiaj weszliśmy w etap ponowoczesnego zbieractwa-łowiectwa. Dekadenckiego, bo skupionego na gromadzeniu rzeczy zasadniczo zbędnych.

Kapitalistyczny zespół Diogenesa przejawia się w rozbudowanej internetowej infrastrukturze, która ma przed sobą tylko jeden cel- skupić na moment naszą rozproszoną uwagę i przekonwertować nasze kliknięcia w sprzedawane nam produkty. Badacze ukuli już odpowiedni termin na zdefiniowanie tego nowego modelu biznesowego- to kapitalizm kognitywny.

Dla kapitalizmu kognitywnego sposobem na uzyskanie rentowności jest praca na informacjach oraz wiedzy osób korzystających na co dzień z sieci. Istotą nowego modelu jest rejestrowanie ruchu użytkowników, maksymalna jego intensyfikacja, a następnie monetyzacja za pośrednictwem reklam.

Tak wygląda choćby Facebook z jego sekretnymi algorytmami, które stopniowo zamieniają serwis w tablicę ogłoszeniową pełną treści sponsorowanych oraz reklam skrojonych idealnie pod nasze wcześniejsze wyszukiwania. Tak wygląda choćby Instagram coraz mocniej redukowany do narzędzia promocji różnorakich kosmetyków i innych modnych ciuchów pod płaszczykiem perfekcyjnie wykadrowanych zdjęć. Podobny los czeka pewnie również, prędzej czy później, rosnącego w siłę i popularność TikToka.

Cała ta rozbudowana infrastruktura kapitalizmu kognitywnego poddana jest władzy ideologii optymalizmu-skrócizmu. Optymalizować algorytmy wyszukiwań, skracać maksymalnie czas od wyboru produktu do jego dostarczenia- tak brzmią jej kardynalne prawdy wiary. Analogowym przedłużeniem tego internetowego ekosystemu są rosnące w ostatnich latach jak grzyby po deszczu paczkomaty. To one są materialnym wcieleniem ideologii optymalizmu-skrócizmu.

Wspomnienie było już rozmazane, dlatego znów musiałem się wspomóc wyszukiwarką na literę „g”. Pralka Predom-Polar, kultowa PRL-owska marka. Stała w łazience mojego rodzinnego mieszkania ponad 20 lat. Maszyna nie do zdarcia, nawet jak coś szwankowało, to tato błyskawicznie przywracał ją do pełnej gotowości bojowej trzema machnięciami śrubokrętu. Prawdziwy symbol przemysłowej trwałości, czasów, kiedy produkt miał jak najdłużej pozostawać sprawny i jak najłatwiej poddawać się bieżącym reparacjom.

Po drugiej stronie mamy czarną parasolkę z Rossmana. Tani szmelc za dwie dychy, który nadaje się do wyrzucenia po dwóch burzach i czterech mocniejszych podmuchach wiatru. Doskonały symbol współczesnego kapitalizmu z krótką datą ważności i produktami celowo kalibrowanymi w ten sposób, aby zepsuć się niedługo po standardowym okresie gwarancji.

A naprawa? Paaaniee, daj pan spokój, to już trzeba nową suszareczkę kupić, szkoda czasu na reparację tego 3-letniego starocia. A nasza poczciwa pralka Predom-Polar tylko uśmiecha się z politowaniem spod swojego szarego panelu sterowania z charakterystycznym niebieskim logo firmy. Fundamentalna zasada współczesnego kapitalizmu brzmi: produkować jak najwięcej, ale tak żeby szybko się psuło. Aby znów produkować jak najwięcej. Czego nie rozumiesz?

Dzisiejszy kapitalizm zadłużył się intelektualnie u Karola Marksa z jego pojęciem fetyszyzmu towarowego, które produktom nadaje fałszywą wartość quasi-sakralną. Tak jak miało to miejsce choćby w przypadku Steve’a Jobsa, najwyższego proroka i kapłana kultu „nadgryzionego jabłka”. We współczesnym kapitalizmie nie sprzedaje się już bowiem produktów jedynie ze względu na ich wartość użytkową i jakość wykonania.

Dziś handluje się jednocześnie określonym stylem życia, który dany produkt ma sobą reprezentować; sprzedaje się poczucie wartości, konkretną tożsamość – wolny rynek zaczyna pełnić rolę współtwórcy ludzkiej osobowości. Parafrazując Kisielewskiego, kapitalizm to ustrój bohatersko zaspokajający ludzkie pragnienia, które sam wcześniej wykreował.

Konsekwencje tego kompulsywnego nadmiaru rzeczy są paradoksalne. Jak pisał filozof Walter Benjamin dorastający na przełomie XIX i XX w., „gdziekolwiek spoglądałem, widziałem otaczające mnie ekrany, poduszki, lamperie, które łaknęły mojego obrazu, jak cienie w Hadesie łakną krwi ofiarnego zwierzęcia”. Dzisiaj tych demonicznych cieni jest jeszcze więcej, ale jednocześnie są one jeszcze mocniej wypłukane z cielesności.

Kapitalizm z syndromem syllogomanii stworzył nam bowiem „śmieciową materialność” na obraz i podobieństwo „śmieciowego żarcia” z fast foodów. Produkty jednorazowego użytku, projektowane, aby zostać jak najszybciej wyrzucone i zastąpione kolejnymi. Niekończąca się pętla produkcji-konsumpcji, gdzie rzeczy są już tylko pretekstem do zaspokajania pragnień wywoływanych 24 h/7 dni w tygodniu. I materialną przestrzenią do doklejenia aktualnie popularnego logo.

Kapitalizm tak bardzo nadmiarowy w biegunce wypuszczanych produktów, że aż tracący swoją cielesną powłokę i przepoczwarzający się stopniowo w Wielkiego Ducha Konsumpcji. Tak prezentuje się gnoza pragnąca wyzwolenia człowieka z materii skrojona na miarę naszych późnokapitalistycznych czasów.

Nic więc dziwnego, że ten pseudognostycki model kapitalizmu spotkał się w ostatnich latach z kontrkulturową odpowiedzią w postaci minimalizmu. Owszem, naczelna zasada tego ruchu, czyli „posiadaj nie więcej niż 100 rzeczy” trąci arytmetyczną przesadą, jak to w efekcie wahadła na nadmiarowe modus operandi współczesnej kultury.

Ale sam duch ascetyzmu kryjący się za „8 rzeczami, które w zupełności wystarczą ci do życia” jest czymś godnym pochwały. Tak, niestety dożyliśmy czasów, w których świadoma decyzja o nie gromadzeniu „śmieciowych produktów” nabiera już duchowego wręcz charakteru. Ostatecznie bowiem życie podług przykazania „nie gromadź” może być faktycznie rodzajem duchowego ćwiczenia.

W popularnej przypowieści z Ewangelii św. Mateusza bogaty młodzieniec starał się robić wiele dla zbawienia swojej duszy. I Jezus pochwalił go za te wysiłki, ale jednocześnie wezwał do tego, aby sprzedał wszystko co ma i rozdał ubogim. I wówczas młodzieniec „odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości”.

Przez lata intepretowałem ten fragment Pisma w sposób najbardziej oczywisty: jako krytykę bogactwa, sugestię z ducha marksowską, że milionerom trudniej będzie wejść do Królestwa Niebieskiego. A co jeśli nie o same zera na koncie tutaj chodzi? Ani nawet o ekonomiczno-klasowy egalitaryzm Nowego Jeruzalem?

Mam poczucie, że możemy tę przypowieść odczytać jako wezwanie do odrzucenia logiki kapitalistycznej syllogomanii, zastępując fragment „miał bowiem wiele posiadłości” słowami „miał bowiem wiele kont w różnych serwisach sprzedażowych”. Bogactwo nie jest złe same w sobie. Jego duchowy grzech polega nie tyle na zajmowaniu fizycznej przestrzeni wokół nas nadmiarem zbędnych rzeczy, lecz zaśmiecaniu naszego serca i naszej duszy, w których zaczyna brakować czasu, miejsca oraz uwagi dla naszych bliźnich i dla samego Boga.

Chciwość to tylko pierwszy krok- za nim podąża zło większe i rozleglejsze. Kapitalizm z jego zespołem Diogenesa, z jego kompulsyjnym konsumpcjonizmem może odwracać nasz wzrok od właściwego i finalnego celu naszej ziemskiej wędrówki. Wędrówki, na którą nigdy w pełni nie wyruszymy, bo wywalimy się na rupieciach. Takich jak na podwórku tego anonimowego mężczyzny z ulicy Kilińskiego w Mielcu.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.