Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Konserwatyzm w kleszczach „mniejszego zła”. Odnowa chadecji alternatywą dla populizmu?

przeczytanie zajmie 4 min

Dramatycznie kurczy się przestrzeń dla przywiązanego do umiaru i ostrożnej zachowawczości konserwatysty. Konserwatywne zasady prowadzenia polityki – choćby oparcie sporu o racjonalne argumenty, odwaga czynienia dobra w życiu państwowym, troska o naród polityczny rozumiany w kategoriach wspólnoty przeszłych i przyszłych pokoleń czy wreszcie niezgoda na odrzucenie etycznego wymiaru życia wspólnotowego – stały się zasadami nie z tego świata. Populizm bierze konserwatystę w złowrogie kleszcze „mniejszego zła”. Stawia go przed złowrogim wyborem między „barbarzyńcami broniącymi okopów naszej cywilizacji” a „barbarzyńcami chcącymi okopy naszej cywilizacji zniszczyć” – twierdzi Piotr Trudnowski w ankiecie „Kultury Liberalnej”. Publikujemy pełen tekst opinii prezesa Klubu Jagiellońskiego, którego skróconą i zredagowaną wersję, wraz z głosami Michała Szułdrzyńskiego z „Rzeczpospolitej” i Stefana Sękowskiego z „Nowej Konfederacji”, przeczytać można na łamach liberalnego tygodnika.

Populizm nie ma ideologicznych barw

Z perspektywy konserwatysty należy dostrzec, że popełniamy błąd, gdy pod hasłem populizmu widzimy jedynie rzekomy „populizm prawicowy” i twierdzimy, że populizm i liberalizm są jakiegoś rodzaju przeciwieństwem. Populizm nie jest ideologią, za to staje się dominującą formą ekspresji ponowoczesnej demokracji, w której dzięki internetowi rozhermetyzowała się debata publiczna. Od strony psychologii polityki nie ma wszak wielkiej różnicy w emocjonalnych szarżach alt-rightu przeciw imigrantom a równie przegrzanymi histeriami lewicy i liberałów o faszyzmie stojącym u bram. Fakt, że dziś w siłę rośnie akurat ów „prawicowy populizm” wynika głównie z tego, że zagospodarowuje emocje niedopuszczane przez ostatnie dekady do głównego nurtu debaty publicznej, a więc ma większy potencjał mobilizacji.

Przekleństwa naszej nowej debaty publicznej – bańki społecznościowe, efekt potwierdzenia i atencyjna przewaga złych informacji i negatywnych emocji nad dobrymi – wzmacniają populizmy bez względu na barwy, które niosą na sztandarach.

Sądzę, że za dekadę lub szybciej liberałowie i subtelni socjaldemokraci będą mieli podobne problemy z populizmem „w swoich barwach”, jakie dziś niepokoją konserwatystów. Wzrost populizmu to nie ewolucja w świecie doktryn politycznych, ale ewolucja zasad komunikowania się i psychologii politycznej.

Zgadzam się równocześnie, że dramatycznie kurczy się przestrzeń dla przywiązanego do umiaru i ostrożnej zachowawczości konserwatysty. Konserwatywne zasady prowadzenia polityki – choćby oparcie sporu o racjonalne argumenty, odwaga czynienia dobra w życiu państwowym, troska o naród polityczny rozumiany w kategoriach wspólnoty przeszłych i przyszłych pokoleń czy wreszcie niezgoda na odrzucenie etycznego wymiaru życia wspólnotowego – stały się zasadami nie z tego świata.

Konserwatysto, wybierz sobie barbarzyńcę!

„Prawicowy populizm” – o ten, jak mniemam, chodziło organizującej ankietę redakcji „Kultury Liberalnej” – bierze konserwatystę w złowrogie kleszcze „mniejszego zła”. Z jednej strony – wypycha go na pozycje zwyczajnie społecznie/psychologicznie/komunikacyjnie nieatrakcyjne skazując na polityczną porażkę. Troska o instytucje, praworządność czy interes przyszłych pokoleń to przecież abstrakcyjne nudy w porównaniu z „cywilizacyjną wojną z szaleństwami lewicowego barbarzyństwa”. Choćby socialmediowy udział w niej gwarantuje jeśli nie zawsze skoki endorfin, to z pewnością równie pociągający zastrzyk adrenaliny.

To sprawia, że część konserwatystów stojąc przed spolaryzowanym wyborem „barbarzyńcy broniący okopów naszej cywilizacji” a „barbarzyńcy chcący okopy naszej cywilizacji zniszczyć” opowiada się po stronie tych pierwszych. Robi to chcąc zachować łączność z bliskim sobie, w polskich przynajmniej warunkach, zachowawczym, rozemocjonowanym i podatnym na manipulacje demosem.

Z drugiej jednak strony ów „prawicowy populizm” poniekąd również konserwatystę łechcze. Sprawia, że choć jeszcze niedawno jego poglądy choćby w – słusznie redaktorzy „Kultury Liberalnej” punktują niedoskonałość tego terminu – tzw. sprawach światopoglądowych były zachowawczym dziwactwem, to nagle te antykwaryczne z punktu widzenia niedawnego mainstreamu opinie na polskim gruncie zaczynają sytuować się niemal w centrum debaty publicznej. Obietnica liberalno-lewicowego salonu brzmi więc – „Możemy się różnić w ocenach związków partnerskich czy początku ludzkiego życia, ale przecież jesteście kulturalnymi ludźmi rozumiejącymi, że Trybunał Konstytucyjny jest ważny, a agresję należy jednoznacznie potępić. W Waszych kraciastych marynarkach i eleganckich fularach bliżej Wam przecież do nas, liberałów, niż do agresywnych dresiarzy z brakami w uzębieniu”.

W teorii pozwala to na mówienie własnym głosem, ale w praktyce – wobec jego małej wyrazistości i braku wspomnianej „psychologicznej” atrakcyjności w dzisiejszej debacie – kończy się porzuceniem konserwatywnej agendy, tudzież pozostaniem zachowawczych kwiatuszkiem do liberano-lewicowego kożucha. Gdy osią społeczno-medialnej polaryzacji są tzw. spory światopoglądowe oraz te godnościowe-statusowe, to konserwatyzm ów traci smak niczym ewangeliczna sól.

To przypadek znakomitych polskich konserwatystów-instytucjonalistów, którzy najpewniej w najbliższych wyborach dołączą do lewicowo-liberalnego obozu status quo ante. Swoją niezgodę na populistyczny kurs  głównego nurtu prawicy wyrażą płacąc cenę dzielenia list z postkomunistami, udziału w marszach Komitetu Obrony Demokracji (broniących tego, co owi konserwatyści-instytucjonaliści przez całą swoją polityczną drogę w III RP zwalczali) czy wspólnego konferowania z feministkami spod czarnych parasolek dążących do zmiany ustawodawstwa bioetycznego w kierunku nie do pogodzenia z nauczaniem Kościoła Katolickiego.

Nadzieja w odnowie chadecji

Wnioski? „Jeszcze płyniemy, ale lód nad nami zamarza”. Odrzucenie logiki „mniejszego zła” na rzecz logiki „większego dobra” to wybór w praktyce skazujący zapewne na pozostanie w kurczącej się niszy ze świadomością, że najbardziej prawdopodobny scenariusz to „umierać, ale powoli”.

Osobiście cień nadziei widzę w politycznym radykalizmie rodem z myśli Jana Pawła II, choćby encykliki Veritatis splendor czy adhortacji Christifideles laici, o czym obszernie pisałem swego czasu na łamach pisma „Pressje” wydawanego przez Klub Jagielloński. To na poziomie zasad – niezgoda na zaakceptowanie polityczności jako jednoznacznej i bezalternatywnej przestrzeni zła, zobowiązanie do realizacji „dobrej polityczności” na gruncie kształtowania opinii publicznej i jednoznaczne stanie na wielu „rozłącznych” z perspektywy dzisiejszej, spolaryzowanej debaty stanowiskach.

Na poziomie programu zaś to właśnie owe „rozłączne” stanowiska – troska o kolejne pokolenia; szacunek dla środowiska; obrona cywilizacji życia; działanie na rzecz regulacji bioetycznych chroniących przyrodzoną godność osoby ludzkiej; praktyczna empatia dla ofiar wojen i kryzysów; odrzucenie konsumpcjonizmu; pacyfizm i budowanie ładu międzynarodowego w oparciu o wzajemny szacunek i porozumienie narodów, a nie egoizmy i pseudo-realizm; rynek pracy i kultura przedsiębiorczości stawiająca w centrum człowieka, a nie zysk; niezgoda na polityczną pseudo-poprawność zakazującą wartościowania różnych sposobów życia; wreszcie sprzeciw wobec niszczenia instytucji i obyczajów w życiu politycznym.

To, jak sądzę, potencjalne fundamenty odrodzenia się chrześcijańskiej demokracji, która w przeciwieństwie do swojej zachodnioeuropejskiej karykatury mogłaby być skuteczną formą politycznej ekspresji niepopulistycznych konserwatystów.

Jej ziszczenie się w omówionych we wstępie warunkach spolaryzowanej i histerycznej debaty publicznej to obstawianie zera na politycznej ruletce. Alternatywą dla takiej gry przeciw trendom ponowoczesnej demokracji jest jednak wybór któregoś „mniejszego zła”, co jednak wydaje mnie się scenariuszem zdecydowanie mniej atrakcyjnym.

Niniejszy tekst to pełna treść opinii przygotowanej na zamówienie „Kultury Liberalnej”, która opublikowała go w skróconej i zredagowanej wersji. W niniejszej wersji lead, tytuł, wyimy i śródtytuły pochodzą od redakcji klubjagiellonski.pl.