Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

800 tys. dzieci z Ukrainy. Polska szkoła udźwignie to wyzwanie?

Według danych Straży Granicznej od początku wojny na Ukrainie granicę polsko-ukraińską przekroczyło już blisko 2,9 mln osób. Choć dynamika przyjazdów spada, to każdego dnia granicę przekracza ponad 20 tys. ludzi. W ogromnej większości są to kobiety z dziećmi, których integracja z polskim społeczeństwem i stworzenie dla nich warunków rozwoju w Polsce jest ogromnym wyzwaniem. Dzieci będą musiały pójść do szkół, a polski system oświatowy, który boryka się z coraz większymi problemami, będzie musiał jakość udźwignąć ciężar zorganizowania lekcji dla kilkuset tys. nowych uczniów.

Jeśli możesz przekaż nam 1% podatku. Nasz numer KRS: 0000128315.
Wspierasz podatkiem inny cel? Przekaż nam darowiznę tutaj!

Skala wyzwania i ambitne założenia

6 kwietnia Ministerstwo Edukacji i Nauki podało informację, że w Polsce jest ok. 700-800 tys. dzieci uciekających z Ukrainy, z czego do placówek oświatowych różnego szczebla trafiło ok. 166 tys. z nich. Resort szacuje, że w przedszkolach znalazło się 36 tys. dzieci z Ukrainy, 115 tys. w podstawówkach, a kilkanaście tys. w liceach i szkołach branżowych. Z oficjalnych danych dowiadujemy się, że nowi uczniowie trafiają przede wszystkim do dużych miast wojewódzkich, głównie do Warszawy (14 743 uczniów). Na następnych miejscach znajdują się Wrocław (5743), Kraków (5643), Łódź (4736), a pierwszą piątkę zamyka Poznań (4200).

Już na podstawie tych liczb można dostrzec problem z równomierną relokacją uchodźców na terenie całego województwa. Co więcej, analogiczny problem widać w skali całego kraju. Nie wszystkie regiony cieszą się tą samą popularnością. Na końcu listy znajdują się bowiem województwa świętokrzyskie i podlaskie z liczbą uczniów poniżej 3 tys. Zdecydowanie przodują województwa mazowieckie – 30 965 , dolnośląskie – 17 443 oraz śląskie – 17 266 uczniów.

Część ekspertów prognozuje, że nawet połowa tych osób może już w naszym kraju pozostać. Oznacza to, że polska szkoła, która od lat funkcjonuje w logice przechodzenia od kryzysu do kryzysu, musi sprostać kolejnemu, gigantycznemu wyzwaniu. Na razie nikt z nas nie wie, jak długo potrwa ta wyjątkowa sytuacja i jak wielu uchodźców pozostanie w Polsce po zakończeniu wojny na Ukrainie. Wszyscy życzymy sobie i naszym sąsiadom, by trwało to jak najkrócej. Jednak działać już teraz musimy tak, by przygotować nie tylko system, ale przede wszystkim dzieci – tak samo polskie, jak i ukraińskie – na nową rzeczywistość. Już wkrótce jesienią w szkołach obok polskich dzieci uczyć się może nawet kilkaset tys. młodych Ukraińców. Naszym obowiązkiem jest zrobić wszystko, by zminimalizować wszelkie płynące z tego trudności i wykorzystać pojawiające się szanse.

Polski rząd, w tym Ministerstwo Edukacji, zareagowało odpowiednimi zmianami w prawie. Sytuację w oświacie określa przede wszystkim specustawa podpisana 12 marca przez prezydenta oraz rozporządzenie MEiN z 21 marca. 14 marca powstała także specjalna Rada ds. Edukacji Uchodźców, która w założeniu ma spotykać się co tydzień i na bieżąco reagować na problemy związane z sytuacją w szkole. Jednak do tej pory rada po niespełna miesiącu funkcjonowania zdołała spotkać się zaledwie dwa razy.

Już teraz wprowadzono także szereg zmian i ułatwień, a kolejne są przygotowywane. Wiele z nich brzmi sensownie. Niestety jest też kilka, które uczniom nie pomogą. Ponad tymi regulacjami, mniej lub bardziej fortunnymi, rozpisano szereg bardzo ambitnych założeń, które – jak to zwykle bywa – nie wytrzymują konfrontacji z realiami finansowymi i lokalowymi, a nawet na poziomie szkolnych relacji.

Trzy możliwości wypełnienia obowiązku szkolnego

  1. Kontynuacja nauki w systemie ukraińskim

Według polskiego prawa oświatowego, każde dziecko w wieku 7-18 lat przebywające w Polsce jest objęte obowiązkiem szkolnym bądź obowiązkiem nauki pod rygorem sankcji wobec opiekunów. Zasady te dotyczą także dzieci, które nie mają polskiego obywatelstwa, w tym dzieci, które uciekły do Polski przed wojną.

Dla dzieci przybywających z Ukrainy MEiN przygotował trzy możliwości spełnienia obowiązku. Pierwszym z nich jest kontynuacja nauki w systemie ukraińskim w trybie zdalnym. Ukraińskie Ministerstwo Edukacji i Nauki 14 marca uruchomiło specjalną platformę, dzięki której ukraińscy uczniowie mogą kontynuować naukę, korzystać zarówno z lekcji w czasie rzeczywistym, jak i cyfrowej wersji podręczników, filmów i materiałów edukacyjnych.

Rodzic lub opiekun dziecka, który chce wybrać tę możliwość, musi jedynie złożyć oświadczenie w gminie właściwej dla miejsca aktualnego pobytu. Część osób, zwłaszcza tych, które liczą na szybki powrót na Ukrainę, oraz tych, dla dzieci których nauka w polskiej szkole byłaby zbyt dużym kosztem, zwłaszcza psychicznym, skorzysta z tego rozwiązania.

Z kilku względów, o których później, jest to i dla uczniów, i dla systemu model bardzo korzystny. To, co możemy zrobić, to z całych sił wspierać dzieci. Nie możemy ograniczać się wyłącznie do pomocy rządowej. Powinniśmy się także zaangażować jako społeczeństwo, chociażby poprzez pomoc w zapewnieniu uczniom warunków lokalowych i sprzętowych do pobierania nauki.

  1. Zostać w polskiej szkole

Uczniowie, którzy w wystarczającym stopniu znają nasz język, mogą dołączyć do polskich klas. Decyzja o przyjęciu bądź nie nowych uczniów leży w gestii dyrektorów szkół. Podobnie jak wszyscy cudzoziemcy do tej pory także oni mają zagwarantowaną możliwość korzystania z dodatkowych lekcji języka polskiego oraz lekcji wyrównawczych.

MEiN na okoliczność znacznego przyrostu cudzoziemców w polskich ławkach zmienił część przepisów. Po pierwsze, zwiększyły się górne limity uczniów w klasach. Od teraz grupy przedszkolne mogą liczyć 28 osób, a klasy nauczania początkowego 29 uczniów (zamiast dotychczasowych 25). Dodatkowe miejsca są dostępne jedynie dla dzieci z Ukrainy. Klasy od 4 wzwyż, które nie miały nigdy ministerialnych limitów, mogą więc teraz rosnąć do woli, czyli właściwie do liczby mieszczących się w klasie ławek. Jak przekonuje Minister Edukacji, to rozwiązanie tymczasowe do końca bieżącego roku szkolnego.

Na podstawie dotychczasowych doświadczeń wiemy jednak, że rozwiązania w zamyśle prowizoryczne często okazują się tymi najtrwalszymi, co zwłaszcza w tym wypadku nie wróży niczego dobrego. Duże klasy to nie tylko spadek komfortu, ale i efektywności nauczania, a dołączenie do szkół większej liczby niepolskojęzycznych dzieci siłą rzeczy obniży poziom edukacji.

Nie trudno sobie także wyobrazić, jaki może wywołać to efekt dla nastrojów w społecznych. Choć w organizacji to rozwiązanie najtańsze i najprostsze, priorytetem powinno być jednak tworzenie nowych klas, w tym oddziałów przygotowawczych, by warunki nie odbiły się na jakości nauczania zarówno polskich, jak i ukraińskich dzieci. Do tego potrzeba jednak pieniędzy i nauczycieli. Tych ostatnich zaś nie ma. Są za to nowe przepisy.

W tym roku szkolnym nauczyciele będą mogli pracować dłużej, brać nadgodziny w wymiarze wyższym niż pół etatu. To jednak znowu rozwiązanie chwilowe. Dobrze wiemy, jak już teraz, zwłaszcza po pandemicznych reorganizacjach pracy, obciążeni są nauczyciele.

Wiemy także, ile wynoszą ich pensje. W tym roku dostali kolejne ekstremalnie trudne zadanie i choć za dodatkowe godziny dostaną wynagrodzenie, to nikogo nie trzeba przekonywać, że efektywność pracy przemęczonego pracownika drastycznie spada. A „dobicie” nauczycieli to ostatnie, na co w tych warunkach możemy sobie pozwolić. Ściągani są też nauczyciele będący już na emeryturze lub świadczeniach kompensacyjnych. Bez takiej pomocy, a także dużego zaangażowania rodziców, wolontariuszy i samych dzieci, trudno będzie opanować tę sytuację.

Do pracy zatrudniane będą także osoby przybyłe z Ukrainy. W roku 2021/2022 na stanowisku pomocy nauczyciela pracę podjąć mogą osoby posiadające znajomość języka polskiego w mowie i piśmie w stopniu umożliwiającym pomoc uczniowi, który nie zna języka polskiego albo zna go na poziomie niewystarczającym do korzystania z nauki. Taka osoba nie będzie musiała potwierdzać znajomości języka polskiego odpowiednimi dokumentami. Pomoc nauczyciela nie musi mieć ani wyższego wykształcenia, ani wykształcenia pedagogicznego. Jej głównym zadaniem będzie dbanie o integrację szkolną, pomoc w komunikacji, także między szkołą a opiekunami, pomoc w tłumaczeniach czy niwelowaniu problemów wynikających z różnic programowych.

Dyrektorzy mogą zatrudniać także nauczycieli. Możliwości są dwie. Pierwszą jest zatrudnienie zgodnie z Kartą Nauczyciela na takich zasadach, jakie obejmują nauczycieli polskich. W takim wypadku konieczna będzie nostryfikacja dyplomu. Jest ona trudna ze względu na czas trwania procedury (do 90 dni), koszt uznania dyplomu (ok. 3 tys. zł) oraz konieczność posiadania odpowiednich dokumentów, które często pozostały w kraju pochodzenia lub uległy zniszczeniu.

Dlatego MEiN apeluje do odpowiedzialnych za to jednostek o skracanie czasu i zwalnianie z opłat za uznanie dokumentów. Drugie rozwiązanie jest prostsze. Można tego dokonać na podstawie prawa oświatowego, w którym to dyrektor potwierdza kwalifikacje nauczyciela. Jednak skorzystanie z szybszej ścieżki sprawia, że nauczyciel zostanie zatrudniony na podstawie Kodeksu pracy, a nie Karty Nauczyciela.

W polskich szkołach braki kadrowe to jeden z większych problemów. Uciekinierzy z Ukrainy mogliby wypełnić te luki, których przezwyciężenie staje dziś jeszcze bardziej dojmującą potrzebą. Jednak nauczyciel bez znajomości języka na nic w szkole się nie przyda. Stąd ORE uruchomiło językowe kursy przygotowawcze dla chętnych pedagogów. Na szkolenia online obejmujące kurs na poziomie A1 zapisało się do tej pory 1000 osób. Podobnie jak w przypadku dzieci, także u dorosłych należy zarówno teraz, jak i przez wakacje postawić na intensywne kursy naszego języka.

Problemy z komunikacją pojawiają się też na innym poziomie. Ogłoszenia widniejące na stronach MEiN i podległych mu instytucji nie są najprostszym sposobem dotarcia do potencjalnie zainteresowanych pedagogów. Z informacji podanych przez ministra Czarnka wynika, że do tej pory formularz zgłoszeniowy do pracy wypełniło 3,5 tys. osób, ale nie wiemy, ilu aplikujących otrzymało zatrudnienie. Rozwiązaniem tego problemu mogłyby być lokalne sieci wymiany i dostarczania informacji. Ogromną rolę mogą odegrać także organizacje pozarządowe. To one mogą skutecznie tworzyć i wykorzystywać bazy chętnych do pracy pedagogów oraz ofert zatrudnienia, a także pośredniczyć w kontaktach ze szkołami i kuratoriami.

Zatrudnienie pedagogów z Ukrainy wydaje się rozwiązaniem nieuniknionym, zwłaszcza w perspektywie coraz większych braków kadrowych. Szczególną jednak uwagę zwrócić należy zwłaszcza na dwa elementy. Po pierwsze, jest to poziom językowy nowych nauczycieli, którzy muszą osiągnąć na tyle wysoką kompetencję językową, aby problemy w komunikacji nie odbiły się na jakości kształcenia uczniów. Po drugie, istotne są kwestie finansowe. Zatrudnienie nowych pedagogów w oparciu o Kodeks pracy bardzo mocno obciąży samorządy, które nie będą w stanie pokryć kosztów pensji nauczycieli z subwencji budżetowej.

  1. Stworzyć oddziały przygotowawcze

Dzieci nieznające języka mogą zapisać się do oddziału przygotowawczego. Mogą także skorzystać z pomocy osoby władającej językiem kraju pochodzenia, która została zatrudniona w charakterze pomocy nauczyciela. Wreszcie istnieje możliwość skorzystania z dodatkowych zajęć językowych i wyrównawczych w zakresie przedmiotów nauczania, organizowanych przez organ prowadzący szkołę.

Oddział przygotowawczy nie jest niczym nowym w polskim szkolnictwie. Do tej pory trafiały do niego dzieci przybywające z zagranicy – zarówno obywatele polscy, jak i cudzoziemcy nieznający w sposób wystarczający polskiego. Nauka w oddziale przygotowawczym trwa, co do zasady, jeden rok szkolny, ale może być skrócona lub wydłużona. Dziecko, które jest gotowe, może zostać w każdej chwili przeniesione do regularnej klasy. Kształcenie w nich jest ukierunkowane przede wszystkim na naukę języka polskiego, która zajmuje nie mniej niż 6 godzin w tygodniu (przy min. 20 godzinach zajęć w klasach 1-3). Pozostały wymiar godzin może być wykorzystany na dowolne zajęcia.

Oddziały przygotowawcze nie są rozwiązaniem idealnym. Po pierwsze, ze względów organizacyjnych, bo kolejne klasy wymagają miejsca, nauczycieli i pieniędzy. Ministerstwo zapowiada rozluźnianie przepisów dotyczących np. wymogów sanitarnych, żeby zajęcia dla dzieci można było organizować chociażby w biurowcach lub salkach, które oferują różne podmioty. Pozwoli to oszczędzić czas na dostosowanie obiektów, czego wymagają dzisiejsze, dość rygorystyczne przepisy.

Problemem jak zawsze są pieniądze. Co prawda, dodatkowe fundusze zostały obiecane, bo wspomniana specustwa zapowiada możliwość zwiększenia rezerwy części oświatowej subwencji ogólnej o środki pochodzące z budżetu państwa, a także możliwość uzyskania przez jednostki samorządu terytorialnego (JST) środków z Funduszu Pomocy. Jednak te pieniądze potrzebne są już dziś, a nie za miesiąc, stąd apel ZNP o jak najszybsze przelewy do samorządów. Bo to właśnie na samorządy oraz na samych dyrektorów spadł główny ciężar odpowiedzialności.

Ponadto nie wiadomo, ile dokładnie wyniesie dodatkowe wsparcie. Na każde dziecko ukraińskie dołączające do polskiej klasy przysługuje taka sama subwencja jak na dziecko polskie. Jednak uczeń w oddziale przygotowawczym to dodatkowe 40% tej kwoty, a kolejne 150% przysługuje na dziecko, które uczy się dodatkowo języka polskiego. Warunkiem otrzymania pieniędzy jest zgłoszenie każdego dziecka do Systemu Informacji Oświatowej. Konkretną zmianą w przepisach jest przesyłanie środków co miesiąc, a nie, jak to było dotąd, w systemie rocznym. Wiceminister Piontkowski zapowiada jeszcze dodatkowe pieniądze w wysokości 5 tys. zł na każde ukraińskie dziecko w przedszkolu.

Konsultacje z Ministerstwem Finansów w tej sprawie wciąż trwają, niemniej na taką deklarację stanowczo odpowiedział Marek Wójcik, ekspert ze Związku Miast Polskich, który wskazał, że daje to ok. 400 zł na dziecko miesięcznie, co jest kwotą o co najmniej połowę za małą, zwłaszcza biorąc pod uwagę specyfikę warunków przyjmowania dzieci niepolskojęzycznych i zatrudnienia dodatkowego personelu. W podobnym tonie wypowiedziała się Agata Saracyn z Unii Metropolii Polskich. Wyliczyła, że koszty utrzymania oddziału przygotowawczego pokrywają się z subwencji dopiero przy 20 dzieciach. Wszędzie tam, gdzie uczniów będzie mniej, koszt bierze na siebie JST.

Kwestie logistyczne i finansowe to jedno. Trzeba jeszcze zwrócić uwagę na fakt, że polskie placówki nie mają żadnego doświadczenia w tej kwestii. Większość polskich szkół i nauczycieli nie została nigdy przygotowana do prowadzenia takich oddziałów. W tym roku było ich w całej Polsce 115, a w ubiegłym jedynie 60. Jak wykazała kontrola NIK-u w 2020 roku, resort Edukacji Narodowej, mimo że liczba cudzoziemców w polskich szkołach sukcesywnie się zwiększała, nigdy się tematem na poważnie nie zainteresował.

Co prawda, proces integracji i adaptacji do nowych warunków przebiegał dobrze i bardzo dobrze, jak oceniło to odpowiednio 83% i 91% rodziców polskich obywateli powracających do kraju oraz rodziców cudzoziemców, jednak tak dobre wyniki były spowodowane w zasadzie wyłącznie zaangażowaniem kadry pedagogicznej. Jednocześnie już wtedy, jak wynika z tej samej kontroli, 23% dzieci doświadczało zachowania nietolerancyjnego sporadycznie, a 4% często. Źle wdrażane oddziały przygotowawcze mogą spowodować efekt segregacji i marginalizacji przybyłych dzieci.

Oddziały przygotowawcze zapewnią ciągłość nauczania i dadzą poczucie bezpieczeństwa

Żadne z powyższych rozwiązań nie jest idealne. Nikt nie był przygotowany, że coś takiego może się wydarzyć. Nikt też nie wie, jak długo ten stan potrwa ani jak wielu uczniów pozostanie z nami i nie wróci po wojnie do Ukrainy. Wierzymy, że będzie to możliwe jak najszybciej, ale musimy myśleć długoterminowo i przygotować się na to, że setki tys. dzieci mogą zostać w polskich szkołach na dłużej.

Wydaje się, że wprowadzane przez rząd rozwiązania, choć mają szereg oczywistych wad, przynajmniej w teorii dość dobrze korespondują z charakterem i skalą wyzwania. Sądzę, że z omówionych do tej pory propozycji najlepszym pomysłem w obecnych warunkach są oddziały przygotowawcze. Szkoła nie może ograniczyć swoich zadań względem uciekających przed wojną dzieci tylko do zapewnienia im wiedzy. Ten aspekt jest oczywiście potrzebny, by nie dopuścić do nieodwracalnych braków w ich edukacji. Niemniej pierwszą potrzebą, którą musimy zaspokoić, jest zapewnienie poczucia bezpieczeństwa. Jeżeli dziecko nie czuje się bezpieczne, żaden system nauczania nie będzie dawał efektów.

Najlepiej zaś te cele wypełniają właśnie oddziały przygotowawcze. Powinna to być bezpieczna przestrzeń w tych trudnych okolicznościach, gdzie dziecko we własnym rytmie oswoi się z nową sytuacją, nauczy języka, pozna kulturę i dowie się, jak żyć w nowej społeczności. Nauka języka, integracja i wsparcie zdrowia psychicznego – właśnie te zadania powinniśmy uznać za priorytetowe.

Zakładając, że nowi uczniowie zostaną w szkole dłużej, powinniśmy dołożyć wszelkich możliwych starań, żeby przygotować ich do wejścia do polskich klas od września. Intensywne nauczanie języka (także w okresie wakacji) oraz integracja powinny rozpocząć się już teraz. Nie sposób komfortowo uczestniczyć w lekcji języka polskiego, posługując się ukraińskim i cyrylicą. Jednak gra w piłkę, malowanie czy śpiew to już zajęcia, w których dogadamy się bez języka albo z pomocą tłumacza. A dzieci, by oswoić się ze sobą nawzajem, potrzebują miejsc, w których mogą funkcjonować na równych zasadach. Tyczy się to zarówno dzieci ukraińskich, jak i polskich, dla których sytuacja jest przecież nowa. Szkoła nigdy nie była miejscem bez problemów. Bez pandemii i wojny dzieci i nauczyciele mieli wystarczająco dużo wyzwań. Dzisiaj nic z tego, co było, nie znika, a pojawiają się kolejne trudności, na które nikt nie był przygotowany.

Dlatego wszystkim potrzeba wspólnych zajęć z muzyki, plastyki czy sportu. Nie tylko dlatego, że zajęcia artystyczne są jednym z lepszych narzędzi do przepracowania traum, a sport najszybciej może sprawić, że kogoś włączymy do naszej ekipy. Niezależnie od tego, ilu Ukraińców w Polsce zostanie, to nasze dzieci będą miały z nimi najsilniejsze relacje rodzące się w szkolnych ławkach i na korytarzach. To szansa na zbudowanie naprawdę trwałych i szczerych więzi z innym narodem, czego skutki zobaczymy za kilkanaście i kilkadziesiąt lat.

Oprócz pracy na polu ściśle edukacyjnym i integracyjnym stworzenie dobrych warunków dla uczniów z Ukrainy będzie wymagało zorganizowania pomocy psychologicznej, także dla polskich uczniów. Dołączanie nagle do szkół takiej liczby nowych dzieci, które nie mówią w naszym języku, mają inny kod kulturowy i na dodatek są obarczone bagażem doświadczeń wojennych, jest sytuacją dezorientującą i wybijającą z bezpiecznego rytmu. Zapewnienie opieki psychologicznej wszystkim dzieciom powinno być jednym z priorytetów, nie mniej ważnym niż znalezienie odpowiedniej liczby ławek.

Włączanie uchodźców do szkolnego ekosystemu musi być przemyślane i prowadzone z ogromną uważnością. Wesprzeć i przygotować do nowej pracy trzeba również nauczycieli. Warto pomyśleć chociażby o adekwatnej do ich potrzeb ofercie doskonalenia zawodowego czy szerokim wsparciu udzielanym przez organizacje pozarządowe. Jeżeli cała operacja przebiegnie pomyślnie, uda się to przede wszystkim dzięki nauczycielom i dzieciom.

Jak wesprzeć system oświaty wobec kryzysu?

Polskie szkoły mierzą się z wyzwaniami edukacyjnymi i logistycznymi, których skala staje się szczególnie duża w obliczu fali uchodźców z Ukrainy, dlatego nie możemy zostawiać ich bez wsparcia. Pomocą mogą służyć NGO-sy, które są w stanie odciążyć nauczycieli i dyrekcję na wielu poziomach. Mogą one udzielać wsparcia dzieciom, np. poprzez organizację dla dodatkowych zajęć, szkoleń językowych, udzielania pomocy psychologicznej lub pracy asystentów kulturowych.

Natomiast nauczyciele mogą dostać od organizacji pozarządowych materiały edukacyjne i informacyjne, a także szkolenia z wiedzy i kompetencji do nauczania dzieci z innych kultur. Dyrektorom zaś przyda się pomoc logistyczna, chociażby w kontakcie z przyjeżdżającymi. Na zaangażowaniu organizacji pozarządowych skorzystają także sami rodzice, mogą im zostać udzielone informacje i wsparcie właśnie w szkołach, które siłą rzeczy staną się jednymi z ważniejszych środowisk nowej rzeczywistości.

Ciekawym przykładem współpracy z NGO-sami jest Warszawa, do której przyjechało najwięcej uchodźców i która stoi przed największym wyzwaniem. Stolica podpisała porozumienie z Polskim Centrum Pomocy Międzynarodowej, które w ramach projektu „Cash for Work” datkami z USA pokryje stanowiska pracy dla 200 asystentów nauczycieli. Umowy podpisano już z 70 osobami.

Wszystkie te działania są ważne. Już dziś widzimy, że wydarzenia ostatnich tygodni nie doprowadziły do katastrofy humanitarnej przede wszystkim dzięki oddolnym działaniom obywateli i organizacji pomocowych, a nie skoordynowanej akcji państwa. Potencjał trzeciego sektora dla zarządzenia kryzysem uchodźczym dostrzegają także instytucje państwowe. Przykładem tego jest MEiN, który otwiera się na wsparcie ze strony organizacji, firm, samorządów i osób prywatnych. Na stronie ministerstwa w ramach akcji #SzkoładlaWas znajdziemy specjalny formularz, gdzie zgłaszać mogą się wszyscy chętni do udzielenia edukacyjnej pomocy Ukrainie. Zgłoszenia przyjmowane są przez koordynatora wojewódzkiego działającego przy kuratoriach oświaty.

Wsparcie działań organizacji pozarządowych, już nie tylko w temacie edukacji, uruchomiła KPRM, przeznaczając 10 mln zł w ramach konkursu Narodowego Instytutu Wolności dla NGO-sów pomagających uchodźcom. W ustawie z 12 marca pojawiają się też ułatwienia w postaci możliwości zlecenia organizacjom realizacji zadania publicznego, które są mogą otrzymać bez konieczności stawania w otwartym konkursie ofert.

Rzeczywiste trudności i symboliczne ułatwienia

O ile jednak wprowadzane zmiany na pewno pomogą w doraźnym reagowaniu na sytuację, o tyle największy zarzut względem ministerstwa można postawić z perspektywy systemowej. Nie sposób wymienić wszystkich komplikacji, z którymi zderzą się szkoły, ale już część z nich może się dla nich okazać się poprzeczką nie do przeskoczenia.

Weźmy pierwszy przykład z brzegu. Dołączając do szkół i oddziałów przygotowawczych i tym samym realizując obowiązek szkolny, ukraińskie dzieci wchodzą w polski system oświatowy z wszystkimi jego prawami i obowiązkami. Jednym z takich obowiązków jest system klasyfikacji i oceniania uczniów. Rozporządzenie z dnia 21 marca w żaden sposób nie opisuje modelu nauczania ukraińskich dzieci, a to znaczy, że podlegają one dokładnie takim samym zasadom oceniania i klasyfikacji jak dzieci polskie. Taki stan rzeczy musi martwić, m.in. ze względu na różnice kulturowe.

Jednak największe kontrowersje budzi opis trybu przystępowania uchodźców do egzaminów kończących szkołę, który obszernie opisano we wspominanym akcie prawnym. Zgodnie z rozporządzeniem uczeń obcokrajowiec powinien przystąpić do egzaminów – ósmoklasisty, maturalnego lub zawodowego – na takich samych zasadach jak uczeń polski. Nieprzystąpienie do egzaminu kończącego podstawówkę oznacza konieczność powtarzania klasy.

Jeżeli uczeń chce się dostać na studia, matura musi zostać zdana na odpowiednim poziomie. Jeżeli chce się dostać się do szkoły średniej, musi przystąpić do egzaminu z matematyki, języka obcego oraz języka polskiego. I tak jest na każdym szczeblu edukacji. Na arkuszu z matematyki polecenia będą w języku ukraińskim. W tym samym języku można będzie udzielić odpowiedzi. Język nowożytny to do wyboru angielski, niemiecki, francuski, rosyjski, włoski lub hiszpański. Tutaj polecenia i odpowiedzi udzielane są w wybranym języku obcym.

Najbardziej dyskusyjny jest egzamin z języka polskiego. MEiN, co prawda, wprowadził pewne ułatwienia i zezwolił na ułożenie poleceń w języku ukraińskim, możliwość korzystania ze słownika, obecność tłumacza na początku egzaminu oraz wydłużony czas pracy. Nie ma jednak się co czarować. Wszystkie udogodnienia są jedynie symboliczne, bo teksty w arkuszu zostały zapisane po polsku, tak samo pytania dotyczą kanonu literatury polskiej.

Teoretycznie sprawa przedstawia się łatwiej z egzaminem ósmoklasisty. Można go nie zdać tylko wtedy, jeśli się do niego nie przystąpi. Wystarczy wynik nawet 0 punktów, a egzamin już jest zaliczony. Oczywiście z niewielką liczbą punktów trudno dostać się do dobrego liceum. Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że ocena z egzaminu w takim trybie w żaden sposób nie oddaje faktycznych możliwości dziecka.

Miejsca w szkołach dla takich uczniów pewnie gdzieś się znajdą, choć sprawę komplikuje fakt, że w nadchodzącym roku szkolnym do szkół średnich rekrutować się będzie 1,5 rocznika, bo w ósmych klasach są dzieci, które zaczynały naukę jako 6-latki. Rekrutacja byłaby więc i bez nadzwyczajnej sytuacji trudniejsza.

Trudno o sprawiedliwe rozstrzygnięcie

Przystępowanie do polskich egzaminów po 3 miesiącach nauki w naszym systemie i klasyfikowanie się na ich podstawie nie jest dla ukraińskich dzieci pomocą. Dołożenie im stresów nie pomaga. Rekrutowanie na ułatwionych zasadach również nie jest rozwiązaniem, zarówno ze względu na niesprawiedliwość względem polskich dzieci, jak i nich samych. W tej układance w o wiele lepszym położeniu znajda się prawdopodobnie uczniowie, którzy zakończą naukę w systemie ukraińskim i na tej podstawie będą rekrutowani do szkół. Każde z możliwych rozwiązań niesie ze sobą problem. Trudno wprowadzić system, który byłby sprawiedliwy i nie krzywdził nikogo. Minimalizować należałoby jednak sytuacje, które zgadzają się na papierze, a w rzeczywistości tworzą jedynie sztuczne nierówności.

Kompromisem mogłoby być zastąpienie egzaminu z języka polskiego egzaminem z języka ukraińskiego. Część typowo językowych zagadnień powtarza się w ramach podstaw programowych w obu systemach szkolnych, zatem nie ma potrzeby, aby to zmieniać. Zróżnicować dla dzieci z Polski i z Ukrainy można by część dotycząca lektur lub szeroko rozumianej kultury.

Oczywiście to także rodzi trudności, ponieważ uczniowie przystępowaliby do tego samego egzaminu, ale w zależności od narodowości dostaliby różne arkusze z pytaniami, aczkolwiek zapewne udałoby się znaleźć w obu kanonach treści podobne. To nie odda oczywiście ich kompetencji w zakresie języka polskiego, ale pozwoli przystąpić do rekrutacji na względnie sprawiedliwych warunkach. Wakacje mogłyby natomiast posłużyć jako czas nauki polskiego i niwelowania różnic. Nowy rok pokaże, czy uczniowie będą gotowi wejść do polskich klas, czy też będzie lepiej, jeśli dołączą do oddziałów przygotowawczych.

Pojawiają się też głosy, by ukraińscy uczniowie mogli dokończyć ósmą klasę. Nie przystępowaliby wtedy do majowych testów, ale przeszliby we wrześniu specjalnie dla nich przygotowany test kompetencji. Na jego podstawie dowiedzieliby się, która klasa jest dla nich odpowiednia. Problem w tym, że rekrutacje do szkół średnich kończą się w czerwcu i w związku z tym albo należałoby zarezerwować dla nich część miejsc, albo godzić się, że od września mamy możliwość rozszerzenia klas o kolejne osoby. Tu znowu wracamy do problemu wyjściowego, czyli nierówności oraz do chyba niemożliwej do pokonania dezorganizacji pracy szkół, które kolejny rok muszą przecież zaplanować znacznie wcześniej niż na chwilę przed pierwszym dzwonkiem.

Niezależnie jednak od wyboru poszczególnego rozwiązania musimy pamiętać, że stoimy przed gigantycznym wyzwaniem organizacyjnym, którego zarówno skala, jak i charakter są bezprecedensowe. Jeśli chcemy mu sprostać, potrzebna jest dobra współpraca między resortami oświatowymi z Polski i Ukrainy, dodatkowe pieniądze z budżetu, a najlepiej także ze źródeł zagranicznych, współpraca z samorządami, wsparcie trzeciego sektora, a także pomoc od każdego, kto zechce jej udzielić.

Musimy być świadomi tego, że wypracowanie w pełni satysfakcjonującego rozwiązania, które zadowoli wszystkich, jest w zasadzie niemożliwe. Błędy i niedociągnięcia są nieuniknione. Niemniej solidarnością społeczeństwa i instytucji publicznych musimy ograniczyć ich liczbę. Tylko w ten sposób unikniemy zbędnych napięć między Polakami a Ukraińcami. Uchodźcy już teraz doświadczyli ogromnej życzliwości od polskiego społeczeństwa. Dobre zarządzenie sytuacją w szkolnictwie pozwoli tę atmosferę utrzymać i sprawić, by koszty ponoszone przez najbardziej niewinnych, czyli dzieci, były choć trochę mniejsze.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki 1% podatku przekazanemu nam przez Darczyńców Klubu Jagiellońskiego. Dziękujemy! Dołącz do nich, wpisując nasz numer KRS przy rozliczeniu podatku: 0000128315.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.