Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy republikańskim i niepartyjnym stowarzyszeniem, które próbuje oddziaływać na politykę w duchu troski o dobro wspólne. Piszemy pogłębione artykuły o polityce, gospodarce, historii i kulturze. Formułujemy obywatelskie postulaty zmian i wysyłamy petycje do władz. Publikujemy komentarze ekspertów i tematyczne raporty. Działamy w całej Polsce.

Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony. Informujemy, że korzystamy z cookies.

Skandal w Ordo Iuris. Zdrada wartości nie oznacza, że same wartości należy wyrzucić do kosza

Skandal w Ordo Iuris. Zdrada wartości nie oznacza, że same wartości należy wyrzucić do kosza Print screen z nagrania https://www.youtube.com/watch?v=fgB2z_v0iCs

Uzasadniona jest krytyka podwójnych moralnych standardów „ideowych frontmenów”. Problem polega na tym, że dla strony lewicowo-liberalnej „afera rozporkowa” w znienawidzonym Ordo Iuris to okazja, żeby pójść o krok dalej i twierdzić, że zdrada wartości przez gorliwych głosicieli oznacza, że i same wartości należy wyrzucić do kosza. Na takie połączenie nie może być już zgody.

Memy (niektóre naprawdę dobre) zalały internet, a na łamach lewicowo-liberalnych mediów pojawił się wysyp krytyczno-prześmiewczych artykułów. Przeciwnicy „Porno Iuris” mają teraz swój czas, na który w istotnej mierze zapracowali sami krytykowani. Czas złośliwej satysfakcji i uśmiechów w duchu internetowego klasyka: „Jakby Zych upadł i głupi ryj sobie rozwalił!”.

Celem tego tekstu nie jest rozstrzyganie, czy plotki i informacje, które zalały internet są faktycznie prawdziwe. Całe to medialne zamieszane oraz reakcje i komentarze ideowych przeciwników Ordo Iuris są dla mnie okazją do szerszego zastanowienia się nad rolą życiowej integralności w głoszeniu wartości w życiu publicznym. Integralność to bowiem wartość o znaczeniu fundamentalnym. Zarówno w życiu osobistym, jak i szczególnie w działalności publicznej. Trudno bowiem przekonywać innych do sposobów życia, których sami nie praktykujemy, oraz ideałów, które sami zdradzamy. Przemawia za tym także czysta pragmatyka.

Brak spójności poglądów i życiowej praktyki to jednocześnie wyraz zwyczajnej ludzkiej niedojrzałości. Celnie pisał o tym na łamach „Rzeczpospolitej” Michał Szułdrzyński: „Radykalizmem nie da się zastąpić dojrzałości. Tak, zwykłej dojrzałości polegającej na poczuciu realizmu, na wzięciu odpowiedzialności za siebie, za bliskich, za konsekwencje swoich wyborów. Niedojrzałość jest bardzo łatwo maskować właśnie popadaniem w radykalizm.”

Listę słusznych zarzutów, które muszą w tych okolicznościach wybrzmieć, kontynuuje Jan Maciejewski: zgubne przekonanie, że „wystarczy nienawidzić zła, żeby stać się dobrym”; traktowanie Tradycji Kościoła jako estetycznego kostiumu i zbroi przeciwko zepsuciu świata; redukcja depozytu wiary do rodzaju bojowego lajfstajlu, retorycznego oręża w kulturowej wojnie idei; wreszcie mocne słowa: „Powrót do przeszłości pomylić z powrotem do raju. Tak jakby odtworzenie dawnych kulturowych form zmazywało grzech pierworodny. A zapięte na spinki koszule i zawiązane pod szyją krawaty były odpowiednikiem niewinnej, rajskiej nagości.”

Dla strony lewicowej afera w Ordo Iuris to jednak doskonała okazja do nieuzasadnionego utożsamienia osób i głoszonych przez nich wartości. Krytycy zdają się wyciągać wniosek, że skoro „frontmeni” konserwatywnych wartości mieli je osobiście zdradzić, to i same wartości można już wyrzucić do kosza.

Tymczasem na takie połączenie zgody być nie może. To tak jakbym z góry odrzucił całość lewicowej agendy światopoglądowej, bo jeden z najpopularniejszych ich głosicieli, czyli Margot, to zwyczajny chuligan i przemocowiec. Nigdy nie przyszło mi jednak do głowy z góry wykluczać obecności w debacie publicznej wartości, z którymi się nie zgadzam, tylko dlatego, że znajdą się osoby, które do nich nie dojrzały lub popełniły czyny kompromitujące je same. Moralny upadek konkretnych osób nie canceluje głoszonych przez nich wartości.

Podobnie błędne jest defensywne i etycznie kapitulanckie założenie, że skoro poszczególni ludzie, nawet z medialnego świecznika, odznaczają się moralną hipokryzją i zdradzają głoszone wartości, to należy spuścić z aksjologicznego tonu i obniżyć poprzeczkę. A ryzyko, że takie głosy wkrótce zaczną się pojawiać jest moim zdaniem naprawdę duże.

Głosy w duchu pełnego usprawiedliwienia ludzkiej słabości i wyrozumiałości dla grzechów. Podkreślanie, że te zasady to już są przecież niedzisiejsze, że nie przystają, że trącą średniowieczną myszką. Wezwanie, by pójść wreszcie z duchem czasów, bo rygoryzm odstręcza. Że „dajcie już spokój, niech każdy żyje zgodnie z własnymi wartościami” – takie podejście również uważam za błędne.

Jako pojedynczy ludzie nie dostajemy do wzorców i wymagań. Upadamy, grzeszymy, raz po raz musimy się nawracać. Dokładnie tak to zawsze wyglądało w przeszłości, wygląda teraz i będzie wyglądać w przyszłości. W ten sposób działa ludzka natura skażona grzechem pierworodnym. Przekonanie, że wystarczy popuścić z wymagań, które często przewyższają nasze aktualne możliwości, to ślepa uliczka.

To oczywiście oznacza jednocześnie, że nie wystarczy pójść w prostą moralistykę i potępiać wszystkich „lewackich odstępców”. Nie warto przekonywać, że katolicyzm jest jak magiczna różdżka lub coachowy podręcznik do dobrego życia, w którym hajsik będzie regularnie wpadał na konto, bo w podzięce za nasze „zdrowaśki” Jezus zhakuje przelewy w mBanku. Wiara nie działa tak, że gdy się modlisz, to żaden „skok w bok” nigdy się już nie zdarzy. Takie założenie to naiwna bzdura.

Celnie o tym wyzwaniu połączenia ognia i wody, rygoryzmu i heroizmu zasad z grzeszną naturą człowieka, pisał, znów na łamach „Rzeczpospolitej”, Tomasz Terlikowski. „Wiara jest drogą, i to nie prostą autostradą, ale niekiedy ledwo widoczną ścieżką, niekiedy z niej zbaczamy, a czasem na nią powracamy. Upadamy i wstajemy, i to nie zawsze jest przyjemne. Moralność jest na tej drodze wskazówką, ale nawet Biblia uświadamia, że zachowanie tych norm niekiedy bywa trudne, a czasem wymaga heroizmu” – przekonuje publicysta.

Najgorsze co w obecnej sytuacji mogłyby uczynić szeroko rozumiane środowiska konserwatywne to zamilknąć zawstydzone, schować się do kąta i poddać się moralnemu szantażowi lewicy w stylu „no fajne te wasze małżeństwa. A żonę najlepszego kumpla już zbałamuciłeś?”.

Oczywiście nie oznacza to, że należy teraz wejść w buty Ordo i głosić analogiczne do nich postulaty. Propozycja, żeby jednorazowego pobicia żony nie traktować jako przemocy domowej jest kuriozalna i skandaliczna. Ustawa przewidująca karanie więzieniem kobiet, które zdecydują się na aborcję, to ślepa uliczka. Wydłużenie procedury rozwodowej poprzez obowiązkowe mediacje można by rozważyć dopiero pod warunkiem, że koszty mediacji wzięłoby na siebie państwo.

Sami na łamach Klubu Jagiellońskiego wielokrotnie pisaliśmy artykuły promujące kulturowo-społeczną agendę Kościoła katolickiego czy wpisujące się w szeroko rozumiany konserwatyzm. Od wydania numeru „Pressji” pt. Nowa chadecja forsujemy rozwiązania czerpiące całymi garściami z katolickiej nauki społecznej, od początku zeszłego roku działa nasz podcast „Kultura poświęcona”, w którym szukamy Boga w postchrześcijańskim świecie. Jednocześnie nasze diagnozy, postulaty, promowane wartości i forma życia są nieraz bardzo dalekie od agendy Ordo Iuris, choć często wywodzą się z podobnych fundamentów. Również dlatego nie zgadzamy się, by upadek niedawnych liderów tego środowiska miał z automatu oznaczać wyrugowania z debaty publicznej głosów konserwatystów i katolików.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki 1% podatku przekazanemu nam przez Darczyńców Klubu Jagiellońskiego. Dziękujemy! Dołącz do nich, wpisując nasz numer KRS przy rozliczeniu podatku: 0000128315.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.